czwartek, 19 lutego 2015

Od Faust 'a ( CD. Richarda )

Przypatrywałem się mu z zaciekawieniem. Moje oczy skryte pod burzą pofalowanych włosów uważnie przypatrywały się każdemu ruchowi ręki, czy tym bardziej ust Richarda. Sam nie wiem skąd to nagłe zainteresowanie, ale jakoś niezbyt mi to przeszkadzało. Miałem jednak nadzieje, że jemu również.
- Coś się stało? - Spytał wyrywając mnie z zamyślenia.
Siedzieliśmy na kanapie, tato jeszcze nie wyszedł i latał po pokojach próbując na szybko skompletować zawartość swojej torby. To między innymi przez to sytuacja była trochę niezręczna.
I choć teraz akurat buszował u siebie w pokoju naciągając na siebie swoje czarne obcisłe dżinsy które niedawno zresztą mu podałem. Normalnie pewnie nawet nie przejął by się zbytnio wybierając się do pracy w bokserkach i przepoconej bluzce na ramiączkach. Ale o kwestii jego wyglądu dbał syn czy też jak woli córka.
- Cóż… - Gorączkowo szukałem jakiejś wymówki, czekałem na zesłany z nieba jęk ojca o to gdzie podział okulary które na pewno zdążył już założyć na nos. W ostatniej chwili, gdy już zadawał mi się Kończyc czas na przygotowanie mojej niesamowitej i mądrej odpowiedzi, zauważyłem dość istotny szczegół… No, szczegół to może nie bo było tego dość sporo, jak mogłem nie zauważyć braku opatrunku na twarzy Rich’a. Szwów i tak dalej…
- Widzisz dopiero teraz zauważyłem, że czegoś tu brak. - Mruknąłem nachylając się w jego stronę, lekko dotykając jego policzka. Nie odważyłem się jednak przejechać opuszkiem palca po początku jego szramy idącej przez oko.
- Chodzi o brak tych wszystkich wacików i bandaży ? - Zaśmiał się odsuwając natychmiast od siebie moją dłoń.
Usiadłem więc znów spokojnie, bliżej znacznie bliżej niego i lekko naciągnąłem koszulkę zakrywając mały odcinek gołej skóry na udach. Nie robiłem tego dlatego, że się wstydziłem, ale gdy martwiłem się, że zrobiłem coś nie tak jak trzeba zawsze musiałem coś tłamsić.
- Czy.. Czy to bardzo boli? - Spojrzałem na niego ukradkiem, zakładając niesforne kłaki za uchem i poprawiając przy okazji okulary.. Trochę zapaćkane przez parę której narobiłem krzątając się przy garach. W sumie głupiutki zapomniałem o zdjęciu ich z nosa zanim w ogóle zabrałem się do roboty.
Może to właśnie dlatego dopiero teraz zauważam to wszystko.
- Boli? Nie, nigdy jakoś szczególnie nie bolało. A zresztą co cię to obchodzi? - Spojrzałem na niego z uniesioną jedną brwią i ponownie dociskając szkła na do nosa. Naprawdę musiał się tak wygłupiać przy mnie? Nie mógł choć raz potraktować mnie poważnie? Może serio powinienem poinformować tatę co wydarzyło się tamtej nocki.
- Nie wygłupiaj się, to nie wygląda mi na Blizne po ranach które nie są warte uwagi… - Westchnąłem lekko muskając blizne. Skrzywiłem się nawet jeśli on zupełnie nie zareagował.
- Na pewno nie twojej uwagi. - Uciął krótko odchylając głowę do tyłu i gapiąc się w sufit.
- Słuchaj… - Zacząłem, ale przerwało mi nawoływanie ojca. Rich nawet nie drgnął tylko spojrzał na mnie wyczekująco. Zastanawiał się pewnie kiedy w koniu moje wścibskie oczy dadzą mu spokój.
Cóż… Trochę to bolało… Tak tylko troszkę. Pocierając nieśmiało ramiona ze spuszczoną głową, wstałem w końcu, idąc ku uciesze wszystkich do innego pokoju. Pomieszczenie było co prawda małe, ale swoją czystość zachowywało tylko i wyłącznie dzięki mnie, no i rzeczy oczywista był to pokoik taty.
- Widziałeś moje okulary? - Zupełnie jakbym tego nie przewidział wcześniej.
- Są na czubku twojej głowy. Chyba coraz gorzej widzisz tato, nie trzeba będzie zainwestować w coś lepszego? - Luźno postawiłem te propozycje choć i tak wiedziałem, że ją odrzuci. To też oczekując, że sprawa mojego pobytu tu, sądząc po nerwowym spojrzeniu ojca, się przedłuży. Oparłem się lekko o framugę drwi.
- Dobrze wiesz że nie mam na o czasu Malinko. Gdzie ja to… - Podszedłem do taty z lekkim rozbawieniem na ustach i dzierżąc w dłoni grzebyk kazałem mu się jednym gestem dłoni schylić, ale koniec końców i tak musiałem stanąć na palcach, spiąć tyłek. Do tego wszystkiego nie opuszczało mnie wrażenie, jakby mrowienie… ktoś mnie obserwował. To było zupełnie jak w galerii.
- Kiedy ty ostatnio się czesałeś co? - Spytałem by nie okazywać mojego zainteresowania, sprawą obserwatora mojego tyłka.
- Nie mam… - Pacnąłem tatę lekko grzebieniem w policzek.
- Masz go aż za dużo, ale go przepijasz i marnujesz na siedzenie przed telewizorem… aa tłuszczyk zalega. - Zachichotałem szczypiąc go w lekko już wystający brzuszek. Na co ten mi od pacnął.
- Starość nie radość Malinko, sama kiedyś wspomnisz moje słowa. - Mądrala się znalazł.
- Kobiety ci trzeba! Może w końcu jakiś porządna zadbała by o to byś otrzeźwiał. - Warknąłem poprawiając mu źle zapięte guziki w koszuli.
- Jasne, jasne… wmawiaj sobie tak dalej Malinko. Przyznaj, że tak naprawdę chciała byś mieć mamusie. - Z tym facetem po prostu nie dało się gadać. Jak grochem o ścianę! Malinka too, Malinka tamto… Żaden owoc!
W końcu wróciłem do salonu, stając przy stoliku i odprowadzając powoli ojca wzrokiem. Póki nie zniknął za drzwiami. Co za ulga… Jednak to uczucie bycia obserwowanym nadal. nie przestawało gdzieś majaczyć.
- Richard? - Obróciłem się zgrabnie, tak że lekko podwinęło mi koszulkę i gdy odwróciłem się do chłopaka, przyłapałem go na wganianiu się w moje stringi. Odchrząknąłem.
- Lubisz kakao? - Uśmiechnąłem się jakby nigdy nic, chociaż miałem ochotę jednocześnie zdzielić go w mordę jaki i skakać z radość.
- To jak? - Dopytywałem się podchodząc do niego coraz bliżej, aż w końcu się wręcz nachylając. Odgarniając włosy do tyłu z zarumienionych i ciepłych rumieńców, które kwitły na moich policzkach ilekroć się do niego zbliżałem.
- Kakao? - Powtórzył, przekrzywiając słodko głowę i krzywiąc się z zamyśleniu.
- Inaczej gorąca czekolada. Więc? - Zarumieniłem się jeszcze bardziej muskając jego nos paluszkiem.
- Mogę i lubić. - Mruknął, odwracając szybko spojrzenie w bok.
- Co znaczy mogę? - Ciągnąłem dalej czując dziwne gorąco gdy przysiadłem na jego kolanach.
- Jeśli ty mały je lubisz to ja też mogę. - Był jakiś spięty. Rozumiałem czemu i taki był mój cel… Tylko nie mam pojęcia czemu tak się na to uparłem.
-Wiesz, ja naprawdę nie jestem zły. - Zamruczałem, spoglądając na niego z pod ponownie zaparowanych okularów.
-Mówiłeś, ale ja wciąż niezbyt potrafię to zrozumieć.
- Czemuu? - Jęknąłem kręcąc się na nim nie spokojnie.

Rychuuuu? Cemuuu?

piątek, 13 lutego 2015

Od Richarda ( CD. Faust 'a )

Obudziłem się bardzo wcześnie, niewyspany i spięty, ale czego innego można się było spodziewać?
Ciężkim krokiem poszedłem do łazienki i stanąłem przed lustrem. Wyglądałem dość koszmarnie, nawet bardziej niż zazwyczaj, bo do szwów na oku i na czole, oraz blednących już czarno-żółtych sińców dołączyły i wory pod oczami, a do tego niewyspanie kac sprawiły, że byłem blady jak ściana.
- Fu*ck... - wymamrotałem podsumowując przekleństwem swój stan.
Kiedy ubrany już zszedłem na dół do salonu, połączonego z jadalnią i kuchnią ciotka krzątała się przy garach.
- Dobrze, że wstałeś. Masz, zrobiłam Ci śniadanie - powiedział przymilnie, kładąc przede mną jakąś dziwną sałatkę zalaną olejopodobnym czymś wymieszanym z ziołami.
Minąłem stół i ruszyłem do lodówki, żeby wyciągnąć z niej sok.
- Przecież to same witaminy! Ostatnio nie najlepiej z twoim zdrowiem, powinieneś dbać o siebie.
- Nie jestem głodny... - wymamrotałem.
- Musisz coś zjeść. To niezdrowo tak wychodzić bez śniadania - skarciła jak zwykle.
- Wszystko gra... Jak będę głodny to coś sobie kupię i tyle.
Dalej jakoś nie bardzo słuchałem co nawijała moja opiekunka z przymusu. Piłem sok i.. gryzłem się z własnymi myślami. Dość ponurymi, dodajmy do tego. Zdawałem sobie sprawę z tego co zrobiłem i jakie to mogło mieć konsekwencje... Sam nie mogłem się nadziwić własnej głupocie i temu, jak ten chłopak na mnie działał. Jeszcze nigdy nie spotkałem kogoś przy kim nie mogłem się powstrzymać aż do tego stopnia, żeby mi solidnie odjebało. Coś było ze mną zdecydowanie nie tak...
- Wstaniesz wreszcie? - usłyszałem.
Uniosłem głowę i zamrugałem gwałtownie, wracając do rzeczywistości.
- What..? - spytałem.
- Do szpitala mamy jechać. Zdjęcie szwów... - powiedziała ciotka zniecierpliwionym głosem. - Co się z tobą dziej, źle się czujesz?
- Everything alright... Chodźmy już - wstałem i wyszliśmy.
Zostałem zawieziony do szpitala, tam przyjął mnie chirurg, zdjął opatrunki i zaczął oglądać jak goją się rany.
Siedziałem sztywno i niespokojnie. Nie cierpiałem szpitali i lekarzy... Wszystkie wspomnienia matki, jakie miałem, zamiast być ciepłe i miłe, przeplatały się ze strachem i chłodem sterylnych, szpitalnych pomieszczeń. Pamiętam ją tylko chorą, słabą, podłączoną do różnych rurek, które zdawały mi się wtedy jakimiś ssawkami, które wyciągały z mamy życie.
- Powinieneś następnym razem bardziej na siebie uważać - zalecił lekarz, spoglądając na mnie karcąco.
- Right... - wymamrotałem tylko. - A co z gipsem? Nie dałoby rady go już zdjąć?
- Nie. Musisz go nosić jeszcze co najmniej tydzień, do czasu, gdy kość dobrze się zrośnie, to było niebezpieczne złamanie...
- Dobra... Dziękuję.
Przed wyjściem zajrzałem jeszcze do łazienki. Wyglądałem nader malowniczo z różową, świeżą wciąż szramą biegnącą przez lewe oko, szczególnie, że było widać jeszcze dziury po szwach. Bosko...
Wyszedłem za szpitala i ruszyłem na przystanek autobusowy, mijając tym samy samochód ciotki.
- A dokąd ty się wybierasz? - krzyknęła za mną.
- Muszę odwiedzić... kolegę - wyjaśniłem tylko i ruszyłem dalej, wyjmując z kieszeni papierosa i zapalając go.
Początkowo włóczyłem się po mieście próbując się zdecydować na coś sensownego... Nic mi jednak do głowy nie przychodziło.
Droga do domu Fausta dłużyła mi się niemiłosiernie... Czułem się jakbym jechał co najmniej na ścięcie, ale nigdy nie byłem tchórzem i musiałem zwyczajnie go jakoś... przeprosić? Jak przeprosić za coś takiego?
Potarłem skronie, wzdychając ciężko.
Wysiadłem z autobusu i skierowałem się do kamienicy, w której mieszkał chłopak.
Stanąłem przed drzwiami jeszcze się wahając... Miałem nadzieję, że ojciec chłopaka nie zastrzeli mnie na miejscu...
Wdusiłem dzwonek i czekałem... Nikt mi nie otworzył, zza drzwi usłyszałem jednak:
- Czego chcesz?
To był głos Fausta, zniekształcony przez przeszkodę między nami, ale jego...
- Tak... To niestety ja... Nie oczekuje że mnie wpuścisz po tym wszystkim... - zacząłem, bo czego mogłem się spodziewać? - Chciałem przeprosić... Zaa .. No wiesz co.
- Nie martw się nie gniewam się - usłyszałem.
- Chyba sobie ze mnie żartujesz! - Warknąłem.
To był jakiś chory żart? Ja tego chłopaka formalnie rzecz biorąc zgwałciłem, a on się niby nie gniewa?
- Przepraszam - powiedziałem po chwili, zdając sobie sprawę, że moja złość jest nie na miejscu.
Faust otworzył i wyleciał przez drzwi, cały czerwony... ale co najbardziej rzuciło mi się w oczy, wpół nagi.
- Przestań przepraszać kretynie! - wrzasnął na mnie i.. wpadł a mnie, potykając się o własne nogi. Złapałem go i podtrzymałem.
Pociągnąłem nosem, spojrzałem na jego lekko błyszczące oczy i od razu wiedziałem co jest grane.
- Jesteś pijany... - burknąłem, unosząc go lekko i wnosząc do mieszkania.
- Wcale nie... Nie wypiłem wcale tak dużo... - stwierdził, gdy sadzałem go na kanapie.
- Jak uważasz... - rzuciłem tylko, oddalając się od niego niemal pod ścianę.
- Myślałem, że nie wrócisz - powiedział chłopak i uśmiechnął się blado.
- Ta.. Być może tak byłoby lepiej, ale wiem, co zrobiłem i... chciałem przynajmniej przeprosić i sprawdzić czy wszystko z tobą w porządku...
- Czuję się dobrze - zaszczebiotał, wstając, ale nie zdołał ukryć grymasu , który przebiegł mu po twarzy gdy poruszył się gwałtowniej.
- Ta... jasne... - burknąłem.
Nie było zbyt przyjemnie patrzeć na to, że sprawiłem temu chłopakowi ból. W końcu był wobec mnie uprzejmy, nawet więcej, traktował mnie jakbym był jego dobrym znajomym, a ja... ja go zwyczajnie skrzywdziłem.
- Zostaniesz jeszcze? Prawda? Muszę zrobić obiad dla taty... A później o wyjdzie będziemy mogli pogadać, co ty na to? - zaproponował.
- Chcesz, żebym tu został? A twój ojciec... wie już?
- Nie wie i się nie dowie. A teraz chodź... - powiedział i złapał mnie za rękę, po czym pociągnął do kuchni.
Nie bardzo wiedziałem co się dzieje, dałem się więc posadzić na krześle przy stole i oglądałem jak Faust w swoim kusym ubraniu, o ile koszulkę i stringi można nazwać ubraniem, krząta się przygotowując jedzenie. Widok chłopka,a co chwilę schylającego się, lub sięgającego po coś co stało wyżej był... miły dla oka to raz, a dwa, sprawił, że było mi niewygodnie.
Siedziałem więc tak, czekając aż chłopak skończy, gdy do kuchni wszedł ojciec Fausta.
- Dzień dobry... - przywitałem się.
- O! Znalazła się zguba - zaśmiał się na mój widok. - Malina, co z ciebie za gospodyni? Żeby gość o suchym pysku siedział!
- Dziękuję, ale nie mam na nic ochoty - rzuciłem.
- A ty coś taki markotny? - spytał.
- Tato! Idź się szykować, zaraz będziesz mieć jedzenie! - burknął Faust, wyganiając ojca z kuchni.
- Dobra dobra... Tylko nic nie spal... - pomarudził mężczyzna i wyszedł.
Znów zostaliśmy sami, a ja pogrążyłem się w myślach. Sądziłem, że solidnie mi się oberwie, a tu... nic?
- Smacznego - powiedział ktoś, a ja zobaczyłem tylko, że Faust kładzie przede mną talerz.
- Nie jestem głodny - stwierdziłem, co nie d o końca było prawdą, bo nie jadłem jeszcze dziś nic.
Chłopak wziął widelec, nabrał coś na niego i zaczął machać mi nim przed ustami.
- Mam cię nakarmić? No to powiedz aaaaa....
Zaśmiałem się na to i zabrałem widelec.
- Dzięki... - powiedziałem.
- Nie ma sprawy, jedz na zdrowie.
- Nie o to mi chodzi... Tylko o to, że nikomu nie powiedziałeś o tym... incydencie - wyjaśniłem.
- Nie ma za co - Faust wyszczerzył się w szerokim uśmiechu.
Zaśmiałem się znowu krótko na to i zabrałem się do jedzenia.

Fauściu? ^.^

czwartek, 12 lutego 2015

Od Faust 'a ( CD. Richarda )

Stanąłem wciąż lekko utykając przed szafą i rozsunąłem zamaszyście drzwi.
Szafa w moim pokoju zajmowała całą jedną ścianę. Była biała, ale przede wszystkim wielka, a co z tym się wiąże, także i pojemna. Schyliłem się więc z lekkim grymasem bólu do dolnej partii ciała, gdzie znajdowały się również białe plecione koszyki na bieliznę. Wydobyłem ze sporej kolekcji konkret który na te chwile mnie interesował. Stringi, męskie koronkowe stringi. Zapewne nikt by w to nie uwierzył, a jednak męskie. No bo skoro nikogo nie brzydzą w tej branży siatkowane gdzie penis, prezentuje się jak uciśnięty kawał pasztetowej. To czemu by i nie dodać temu trochę więcej taktu i wyobraźni by stworzyć właśnie majtki w tym stylu.
Mówiąc krócej... Tak to ja sam je zrobiłem.
Naciągnąłem je w końcu na tyłek, czując jak przyjemnie ciasno przywierają do mojego ciała. Był wczesny ranek, ojciec cały dzień miał spać przygotowując się do nocnej zmiany w pracy, co oznaczało zero picia, jego oko ma być czujne przez całą nockę! Wystarczyło więc tylko teraz na gołe ciało naciągnąć przydługawą bluzkę z pingwinem i związać włosy w kucyk.
Mogłem teraz siąść spokojnie... Syknąłem gdy tylko próbowałem tego dokonać, co spowodowało wyciśnięcie z moich ust głośnego i siarczystego wiązadła przekleństw.
Udało mi się jednak w końcu położyć na materacu, tylko co teraz.
Nie miałem pojęcia co robić. Był co prawda piątek i za około pięciu minut miał bym wychodzić do szkoły. Nie miałem jednak takowego zamiaru.
Była ledwie piąta, a ja nie byłem w stanie usnąć. Rozmyślałem o nim, o Richardzie.
O tym jak zwiał, zostawił mnie samego... O bólu który czułem wraz z narastającym podnieceniem. Przeszedł mnie ponownie dreszcz, po całym ciele, trzęsącą się dłonią sięgnąłem do własnego krocza. Przejechałem lekko palcami po materiale stingów, z moich ust natomiast dobył się jęk który stłumiłem dłonią. Cóż byłem w dotyku dość... Stwardniały i niezbyt miałem pojęcie co z tym czynić, a już na pewno czemu tak było.
Moja dłoń zabrnęła dalej, wsuwając się w majtki i stykając się z moim członkiem znów zaczęła go drażnić. Natychmiast to przerwałem czując niebezpieczne ciepło, ukryłem twarz w poduszce pochlipując i próbując się uspokoić. Cały czas o nim myślałem i nie miałem zamiaru przestać. Nie obchodziło mnie, że uciekł. Naprawdę, choć może powinno.
Nie miałem siły nawet wstać, ale musiałem... Jeśli chciałem zwinąć jeden czy dwie puszki piwa... Nigdy nie piłem więc to mogło by być ciekawe.
Sięgnąłem więc po napój i nim się obejrzałem byłem wstawiony, świat kręcił mi się przede mną oczyma, a ja czułem jak z oczu same płyną mi łzy. Nie sądziłem, że można dostać takiej huśtawki nastrojów będąc jedynie troszkę podpitym po paru łykach.
Nie byłem teraz w niczym lepszy od baby w ciąży.
Położyłem się, z tego wszystkiego czułem jak głowa mi niebezpiecznie ciężeje. Podkurczałem nóżki i zakrywając się kocem z głośnym pomrukiem zadowolenia zamknąłem oczy... Co prawda bałem się mojego snu, ale poczułem się naprawdę senny.
Zadrżałem lekko czując czyjeś spojrzenie na moim ciele. Nie chciałem jeszcze otwierać oczu, ale w tym wypadku było to raczej dość konieczne, tak też więc uczyniłem i wtedy omal nie spadłem z wygodnego legowiska na kanapie. Choć to nie mogło się też stać gdyż on będąc nade mną blokował mnie w swoich ramionach. On to znaczy Richard.
Uśmiechał się do mnie, był tu przy mnie i gładził czule po policzku. Z moich ust dobył się cichutki jęk, wtedy też Rich mnie bez ostrzeżenia pocałował. Czułem jak te głupie rumieńce palą mi twarz, a będąc dokładnym policzki. Usiłowałem się ruszyć by zmienić nieco pozycje i wtedy natrafiłem na jego krocze. Stęknął jeszcze w moich ustach, lekko się krzywiąc gdy podrażniłem naumyślnie tym razem i zresztą nie tylko jednym jedynym, jego twardniejąc uwięziony w ciasnych spodniach członek.
Warknął przyciskając mnie mocniej do materacu poczym pieszcząc moje drżące ciało począł schodzić coraz to bardzie w dół by unieść delikatnie moje biodra i we mnie prędko wejść.
Wrzasnąłem, oplatając go nogami z zachwytem i mrucząc oddałem się wciąż nieco bolesnej przyjemność.
Niestety był to tylko sen, a ja wybudzając się powoli nie znalazłem przy sobie Rycha, a jedynie ujrzałem moją dłoń ubrudzoną jakąś dziwną substancją i zaciśniętym w niej moim własnym przyrodzeniem. Syknąłem jak sparaliżowany gdy doszło w końcu do mnie to uczucie przyjemność i... Jakby ulgi.
Z westchnieniem podniosłem się z kanapy i pokierowałem w stronę łazienki opłukać dłonie pod ciepłą wodą, a i obmyć sobie twarz. Zdołowało mi się, że trochę się zdążyłem spocić dlatego dla zwykłej pewności ponownie sięgnąłem po dezodorant.
Gdy nagle po pomieszczeniu rozszedł się dźwięk dzwonka do drzwi. Zdziwiłem się bo kto mógł przyjść o tej godzinie, zwykle nie miewaliśmy gości, a koledzy z pracy taty to na pewno nie byli. Wiedzieli przecież doskonale jaki dziś dzień i tym bardziej nie przynosili trunku aż do soboty. Gdy spojrzałem na zegar nie ukrywałem zdziwienia, było wczesne popołudnie, musiałem trochę długo przysnąć i niedługo trzeba będzie przygotować wałówkę do pracy ojcu. Gdy w stanie na pewno będzie głodny jak wilk.
Podszedłem w końcu do drzwi i stając na palcach zerknąłem przez judasza na złotą czuprynę Richarda. Serce zabiło mi mocniej. Jednak wrócił!
Z ledwością powstrzymałem się w ostatniej chwili przed odbezpieczeniem wszystkich zamków w drzwiach. Drżące ręce wtuliłem w pierś i oparłem się o drzwi.
- Czego chcesz? - Skrzywiłem się zabrzmiało to gorzej niż przewidziałem.
- Tak... To niestety ja... Nie oczekuje że mnie wpuścisz po tym wszystkim... - Co za kretyn, nawet nie wiesz jak trudno było mi się powstrzymać. - Chciałem przeprosić... Zaa .. No wiesz co. - Westchnąłem spoglądając po sobie. Tak bardzo chciałem go w puścić, ale czy to była odpowiednia decyzja.. Sam nie wiem.
- Nie martw się nie gniewam się. - Uśmiechnąłem się pocierając niezręcznie ramiona, choć on nie miał prawa tego widzieć.
- Chyba sobie ze mnie żartujesz! - Warknął i dopiero po chwili zdał sobie sprawę ze swojego nieodpowiedniego tonu. - Przepraszam.
Niewytrzymałe i w końcu otworzyłem drzwi nie zwracając uwagi na swój ubiór.
- Przestań przepraszać kretynie! - Wrzasnąłem cały czerwony... Dopiero teraz przypominałem sobie o tym, że jestem troszkę podchmielony i tym oto nagłym ruchem wpadłem mu w ramiona z zawrotnej głowy.

Rychu? Widzem gwiazdki

wtorek, 10 lutego 2015

Od Jenny ( CD. Emilie ) : Cukiernia

- Pffffffffffffft, jasne że tak! Chodź. - prycham ze śmiechem i łapę Emilie za łokieć. Ciągnę ją na chodnik, a potem puszczam i wypytuję o najbliższą cukiernie. Ona mówi, że przy niedalekim przystanku jest jedna fajna cukiernia więc właśnie tam się kierujemy. Nie wiem czemu, Emi jest taka nieśmiała. Dla mnie nigdy nie było problemem takie wyjście czy w ogóle kontakty z ludźmi ale może po prostu niektórzy tak mają.
- To... skąd jesteś? - pyta Emilie. - Słyszę akcent więc...
- Indie.
- Indie? No, nieźle.
- Taaaaa, powiedzmy. Strasznie tam mają... hm, delikatnie ujmując, staroświeckie zwyczaje.
- Uch, rozumiem, że nie bardzo ci one odpowiadają?
- No... mało powiedziane.
- Huh, aż tak?
- Eh, nie pytaj, nie pytaj. - śmieję się i w tym samym momencie wchodzimy do cukierni.
Cóż. Cukiernia jak cukiernia. Całkiem okey. Brązowo - beżowe ściany, barek po lewej, krzesła i stoliki na całej sali. Kilka kanap dla większych grup. My z Emilie siadamy przy jednym ze stolików koło okna. Przez chwilę opowiadamy sobie jak było w szkole i jakich nudów musiałyśmy wysłuchiwać. Potem podchodzi do nas kelnerka.
- Dla mnie duża gorąca czekolada i ciastko nr 10, to z czekoladą i chrupkami. - mówię uśmiechnięta. Taaaaaaaaaaaaaaaaaaak, czekolada. Mogłabym ją pochłaniać w kilogramach.
- Ja poproszę cappuccino i ciastko z masą kawową. - prosi Emi i kelnerka odchodzi. - Ty to masz chyba osobny żołądek na czekoladę co? - śmieje się.
- Wiesz, badania wykazały, że... - zaczynam ze śmiechem
- Dobra, dobra. Nie widzi mi się słuchać o twoich wnętrznościach. - stopuje Emilie.
- Ale to jest fascynująca historia! - udaję oburzenie.
- Tak tak. Wiem. A tak na marginesie... Spójrz, miłość jest tuż, tuż. - ostrzega Emilie i wskazuję ręką za moją głowę. Jestem przekonana, że chodzi jej o czekoladę i już się odwracam kiedy zamiast upragnionego zamówienia, widzę za szybą cukierni jakiś kolesi. Jeden z nich ma czarną bluzę z wielkim rysunkiem ognia.
- Ty...mówiłaś o tym? - pytam koleżanki i wskazuję głową na chłopców. Ona tylko się uśmiecha i kiwa głową. W tym samym momencie podchodzi do nas kelnerka i stawia zamówienia. Łapię czekoladę w ręce i przechylam do ust. Nagle Emilie odsuwa się od szyby i trochę zdziwiona patrzy na zewnątrz. Podążam za nią wzrokiem. Otóż, ci sami goście sterczą za szybą i gapią się na nas, uśmiechają głupi i coś tam krzyczą oraz gestykulują. Zlewam ich totalnie, ukazując tylko grzecznie środkowy palec, oczywiście nie przerywając picia wspaniałego napoju.

Emilie? Jestem bardzo ułożona :3 

poniedziałek, 9 lutego 2015

od Emilie(CD Jenny)

Zastanowiłam się.
-Zdaje się że o czternastej-powiedziałam zerkając na Jennę.
-Ja też-uśmiechnęła się w nie jasny dla mnie sposób po czym zeskoczyła z parapetu-To chcesz gdzieś iść?
Potaknęłam.
-A-a do kąt?-spytałam.
Dziewczyna przez chwilę milczała.
-Może...-rozejrzała się dookoła.Gdzieś z boku stał niski, gruby chłopak z babeczką pokrytą różowym lukrem, od którego dosłownie czuć było wysoką zawartością kalorii-...do cukierni?
-D-dobrze.
-Czyli ustalone-powiedziała ponownie się szczerząc.
Zadzwonił dzwonek. Czyli pora na matematykę.

 Nigdy z matmy dobra nie byłam i nigdy nie przykładałam do niej większej wagi. W czasie wakacji zawsze zapominałam wszystko z poprzedniego roku szkolnego. Jakby nie patrzeć matematyka prawie nigdy nie była mi do egzystencji zbyt potrzebna. Do liczenia gęsi nie potrzeba raczej mnożenia, dzielenia, wyciągania pierwiastka liczby czy innych pierdoł. Wystarczy po kolei liczyć pamiętając ile ich powinno być. Jeżeli jest ich za mało odejmuje się znalezione od liczby wszystkich i wychodzi ile się zgubiło. Nie ma się więc co dziwić, że szybko przestałam słuchać nauczycielki. A tak w ogóle to chyba za mną nie przepada. Pierwszego dnia szkoły spóźniłam się na jej lekcję, przerwałam wykład, a w efekcie straciła przeze mnie wątek.
 Kilka następnych zleciało równie szybko co ta nieszczęsna matematyka, której omal nie przespałam. Na historii nawet udało mi się zasnąć. O dziwo nauczycielka nic nie zauważyła, ale za to klasa miała niezły ubaw.  Spałam może dwadzieścia minut. Na w-f 'ie trochę się poruszałam.
 Za to na angielskim ,,popisałam się" swym akcentem. Połowa klasy o mało z krzeseł nie pospadała słysząc na końcu zdania niby anielski wyraz, ale bez krztyny angielskiego akcentu, już nawet nie polskiego, a rosyjskiego. Brzmiało to trochę jak rzężenie starego, upitego dziadygi z bynajmniej nie właściwym zgryzem.

 Po ostatniej lekcji wyszłam na plac z wyraźną ulgą. Odetchnęłam świeżym powietrzem.
-Witam-usłyszałam znajomy głos.
Odwróciłam się, w moją stronę szła Jenna,
-H-hej-znowu się zająknęłam-T-to idziemy do tej c-cukierni?
Ta pokiwała głową.

Jenna?Sory za długość i tak, możesz mi mówić Emi.

sobota, 7 lutego 2015

Od Jenny

Ranek. Słońce wkurzająco włazi mi między palce. Nie ma mowy o dalszym spaniu. Wstaję ze zmrużonymi oczami i toczę się do łazienki. Ogarniam się, żeby nie przestraszyć ludzi na ulicy i wlokę się na dół, do kuchni. Robię sobie szybko śniadanie i mocną kawę. To będzie długi i dziwny dzień... Powinnam chyba... Uch, no tak. Jestem w piżamie! Wypadałoby się jednak ubrać. Wkładam czarny podkoszulek na ramiączkach, koszulę w czarno-czerwoną kratkę, jeansy i czarne trampki. Włosy łapię w koka i wypadam z domu. Wsiadam na skuter i jadę do nowej szkoły.

Idę korytarzem nowej szkoły. Kilka par oczu spogląda na mnie ale nikt się nie odzywa, wszyscy są zajęci sobą. Poza tym, to dopiero początek roku, tak naprawdę nikt nikogo nie zna. Oglądam się na boki, rysuję w głowie mapę.
Dzwonek oznajmia lekcję. Z tego co widzę na rozpisce, mam w tym momencie chemię. No cóż, jedna z najgorszych lekcji, ale niech będzie. Może komuś się coś zapali? Kto wie?
Siadam w jednej z ławek pod oknem i szybko lustruję klasę. No, to dokładnie to, czego się spodziewałam ale nich będzie. Lekcja przemija niestety bez wybuchów, a gadanina nauczyciela wpływa mi jednym uchem, a drugim wypływa. Mam jakieś zapiski, coś wiem i tyle. Gdy dzwoni dzwonek wszyscy się uśmiechają i jak najszybciej wychodzą z klasy. Ja nie należę do wyjątków i również czym prędzej zwijam się do wyjścia. Na przerwie siadam na parapecie i wyciągam szkicownik. Kurde, ołówek jest tak krótki, że za niedługo będę musiała kupić nowy, myślę i rozpoczynam swoją mantrę rysunkową od początku. Najpierw oko, potem ogień. Dalej jakieś nieokreślone zawijasy i znów ogień...
- Widzę że ogień nie tylko na włosach. - słyszę głos za sobą. Odwracam się i widzę dziewczynę w moim wieku, z równie czerwonymi włosami co ja. Uśmiecham się półgębkiem i zamykam zeszyt.
- Moja fobia. - odpowiadam. - Jestem Jenna.
- Emilie. - mówi dziewczyna. Zrzucam nogi z parapetu robiąc jej miejsce. Emilie korzysta z tego i siada.
- To... co myślisz o jakże cudnej chemii? - pyta.
- Wybacz, ale nie mogę wyrazić opinii.
- Czemu?
- Bo kompletnie nic nie pamiętam. - śmieję się. Emi odpowiada tym samym.
- No tak, poza tym w sumie temat szkoła chyba niezbyt cię interesuje.
- Bingo. Wyglądam aż tak źle?
- Nie, ale rzadko się spotyka osoby z tatuażem, pierdyliardem kolczyków w uchu rysującą oczy, ogień i dzikie wstążki, która interesuje się szkołą. - mówi Emi wymachując ręką. Prycham.
- A czy ktokolwiek... Dobra, o czym my w ogóle gadamy?! Teoretycznie podstawowym pytaniem powinno być skąd jesteś, co lubisz najbardziej robić itp. ale... Zapytam lepiej o której wychodzisz z tej szkółki? Może poszłybyśmy gdzieś, co ty na to? - kończę znienawidzony temat propozycją.


                                 Emilie? Mogę mówić Emi, prawda?

piątek, 6 lutego 2015

Od Jade (CD Nelly)

Lekcja Chemii,której nienawidzę.Pomyślałam,że się wyrwę z lekcji.Myślałam jak o zrobić,żeby mnie nikt nie nakrył.Myślałam,myślałam,aż nagle wpadła na mnie jakaś dziewczyna.
-Gdzie łazisz,kobieto!
-Jade co ty robisz?!
-Oł...Nelly.I'm sorry.
-Nic się nie dzieje,ale musisz tak mówić?
-No wiesz,muszę to robić by no wiesz...Yyy
-Dobra nie tłumacz się,wiem o co chodzi.Ale gdzie ty idziesz?Zaraz się spóźnisz na Chemię.
-Walić chemię,uciekam.
-No co ty?!
-Dobra,bo mnie zaraz ktoś nakryje.Powiedz,że się źle poczułam czy coś,ja idę do pielęgniarki.
-Po co?
-Nie rozumiesz,nakłamię jej,że boli mnie brzuch lub coś innego.
-Ok.Pa!
-Pa!
Jak mówiłam,poszłam do pielęgniarki.Miała fajny gabinet jak na szkołę.
-Dzień dobry,prosze Pani,bo mam taka sprawę.
-Tak?
-Strasznie boli mnie brzuch...
-Aha,a czemu?
-No nie wiem,chyba coś zjadłam przeterminowanego lub coś innego.
-Ok,dam Ci tabletkę i miętę.Jaką teraz masz lekcję?
-Chemię...
-No dobrze zadzwonię do twoich rodziców,żeby cię zawieźli do domu.
-Nie,nie ma potrzeby.Mama jest w pracy a ojczym w pojechał za granicę.
-Ale może mama się zwolni?
-Nie,bo ona ciężko pracuje na awans,a ma takiego szefa,że...
-No dobrze pójdę do twojej wychowawczyni zanieść zwolnienie.
Gdy wyszłam udawałam,że jeszcze mnie boli dalej brzuch.Zadzwonił dzwonek.Nagle ze schodów zszedł Andrew.
-Hej dziewczynko,zaraz się spóźnisz na lekcję.
-Po pierwsze nie jestem dziewczynką,a po drugie zrywam lekcję.
-Haha okej,dziewczynka Pff...Mogę się zerwać z tobą.
-What,ty chyba żartujesz?
-Yy nie,chodź.
Andrew pociągnął mnie za rękę i schowaliśmy się za ścianą.Był za blisko mnie,za blisko,ale nawet mi się podobało.Po chwili usłyszałam kroki.Andrew się wychylił.
(szept)-To dyr,bądź cicho.
-Sam bądź cicho i odsuń się.
-Co,przeszkadzam ci?
-Nie...
-A może się zawstydziłaś co?
-Ty chyba jaja se robisz.
Nagle odchylił się i przycisnął mnie do ściany.Tego było za wiele.Na szczęście dyrektor odszedł,a ją mogłam zrobić to co chciałam.Odepchnęłam Andrew.
-Co ty robisz?!-Odpowiedziałam krzycząc,ale nie za głośno.
-No co chciałem się ukryć.
-Ta przyciskając mnie do ściany swoim ciałem.
-Hmm myślałem,że Ci się to spodoba.wiele lasek się za mną kręcą.
-Co!Ale nie ja.
-Ok,to co idziemy.
-No
Wyszliśmy z budy.Ah to powietrze.Zauważyłam,że moje włosy trochę wyblakły.Postanowiłam je przefarbować,gdy wrócę do domu.
-W ogóle zapomniałem,jak Ci na imię?
-Jade a ty?-jakbym nie wiedziała
-Andrew.A do której klasy chodzisz?
-3a gimnazjum,a co?
-Tak sie pytam.
-Aha.
I tak sobie rozmawialiśmy.Gdy była już moja ulica,zaproponował mi odprowadzenie mnie.Oczywiście zgodziłam się.
-No to mój dom.To do zobaczenia.
-Czekaj,czekaj moge do ciebie wpaść?
-No nie wiem...Chyba.
-No to na co czekamy.
Weszliśmy.Na szczęście żaden z moich rodziców nie było w domu.Poszliśmy do mojego pokoju,który był posprzątany.Ale mi ulżyło.

Andrew?

środa, 4 lutego 2015

Od Richarda ( CD. Faust 'a ) :

W głowie kręciło mi się niemiłosiernie, a świat wokół mnie odstawiał przeróżne ewolucje i to lotnicze. A mimo to moje myśli zaprzątało coś zupełnie innego. Coś, co zagłuszało nawet szum w uszach. Tym czymś było nagie, mokre i przyjemnie prężące się ciało Fausta, którego przyciskałem do siebie mimo jego niezdarnego oporu. Pomyśleć, że zajrzałem tu chcąc ochlapać jedynie twarz chłodną wodą…. Teraz miałem gdzieś, że ściekają po nie strugi ciepłej wody, która wsiąkała w moje ubrania. Równie nieistotne były opatrunki, czy gips, który irytował, krępując ramię, choć to od dawna nie było już w temblaku i jako tako posłużyło mi do przytrzymania chłopaka przy sobie.
- Rich… Co ty wyrabiasz? – usłyszałem nieco spanikowany głos chłopaka, gdy oderwałem się na chwilę od jego ust.
- You’re so cute… - wymruczałem mu do ucha, skubiąc je lekko.
- R-Rich… - znów protest, tym razem słabszy, gdy moja zdrowa dłoń zaczęła błądzić po jego nagim pośladku.
- You’ll be my birthday gift… I want you… - stwierdziłem I znów wpiłem się w jego usta, podczas gdy moja dłoń wjechała między jego pośladki, a palce odnalazły wejście do jego wnętrza.
Pieściłem go tak chwilę, wciąż nie przestają całować, a on drżał w moich objęciach, początkowo nieporadnie próbując mnie odepchnąć. Nie pozwoliłem mu na to, byłem silniejszy… znacznie silniejszy.
Faust chyba chciał coś powiedzieć, może po raz kolejny zaprotestować, gdy rozpiąłem sobie spodnie i szybko obróciłem chłopaka tyłem do siebie, zmuszając, żeby oparł się drżącymi dłońmi o ścianę kabiny. Przytrzymałem go i wszedłem w niego szybko i dość brutalnie, choć jego spięte mięśnie stawiały mi opór. Z ust Faust wydobył się przeciągły, pełen bólu krzyk, który zdusiłem, zakrywając mu usta.
- Szszszzza… - wymruczałem mu do ucha, dalej zakrywając mu usta i wbijając się w niego głębiej.
Faust był taki rozkosznie ciasny, tak słodko wił się i pojękiwał, choć skutecznie tłumiłem jego krzyki. Brałem go szybko i mocno, ogłupiony przez pożądanie i alkohol. Sam nie wiem co w tamtej chwili myślałem… Czy w ogóle widziałem cokolwiek oprócz rządzy. Wiem tylko, że gdy wreszcie sięgnąłem spełnienia niemal pociemniało mi przed oczami z rozkoszy.
Gdy puściłem chłopaka ten zachwiał się i upadł z głuchym jękiem, a ja zobaczyłem krew… To mnie otrzeźwiło. Nie całkowicie, ale na tyle, żebym pojął co takiego narobiłem.
- Fuck… I’m… I should leave… - wydyszałem migiem zapinając spodnie i wychodząc z łazienki.
Zwyczajnie uciekłem. W przemoczonych ciuchach, jeszcze na klatce schodowej zakładając buty. Jakoś udało mi się dowlec do postoju taksówek i dojechać do domu. Ciotka czekała oczywiście z niezłą wiązanką na ustach… Tylko, że tym razem chyba za mało mi się oberwało… póki co.
Ściągnąłem ciuchy, które zdążyły już na nie przeschnąć, gdy spojrzałem na plamę krwi… nie swojej, zrobiło mi się niedobrze… Umyłem się szybko i wlazłem do łóżka. Długo nie mogłem zasnąć, a gdy wreszcie mi się udało roiły mi się jakieś koszmary…

                                              Fauściu? Plasiam? T^T

Od Faust 'a ( CD. Richarda )

Przechyliłem głowę niebezpiecznie tracąc równowagę i przechylając się w stronę Richa, w porę jednak się podparłem dłonią i odsunąłem jakby nigdy nic.
Spojrzałem na niego odruchowo czy przypadkiem nic nie zauważył, był jednak zbyt zaabsorbowany wyłączaniem telefonu.
- Przecież ona się po prostu tylko martwiła. - Stwierdziłem przeciągając się, trochę się zasiedziałem. Richard patrzył się na to jak się prężę z zaciekawieniem, jednak zaraz potem przybrał wyraz twarzy odpowiedni do swojej wypowiedzi.
- Yeh, but... No wiesz, jest zbyt nadopiekuńcza. - Westchnął wpychając do pierwszej lepszej kieszeni komórkę i wyciągnął rękę by coś pomajstrować przy ustawieniach dźwięku filmu.
- Nie wiem. Zauważyłeś, żeby się mną ojciec w ogóle interesował? - Rich skrzywił się, ale ponownie spojrzał na mnie. Wiem, że przeszkadzałem mu w oglądaniu zapewne po raz setny jak ten zielony grubas ucieka przed smoczycą z tym zabawnym osłem i tak dalej... Przykro mi, ale to na pewno nie zniszczy mu seansu tym bardziej, że na pewno znał teść tej bajki na pamięć.
- Niezbyt... Ale pytał się o.. O szkołę, prawda? - Znów się zająknął przy tym słowie, to było zabawne, ale sama jego uwaga niezbyt prowokowała mnie do śmiechu.
- Tak, tak pyta się tylko o to i nic więcej... Później nawet nie dostanę za to, że opuściłem po raz kolejny budę, żadnego wykładu. Spije się tylko bardziej i tyle z niego będzie.
Stwierdziłem w końcu, że z mojego oglądania tych zielonych przygód będą nici, to też wstałem i szybko przemknąłem do drzwi pokoju.
- Chcesz coś? Jogurt albo...
- Malina nie żartuj sobie! Prawdziwy mężczyzna pije tylko wódkę ! - Usłyszałem widząc chwile później tego chlejusa uśmiechniętego na fotelu.
- Zamknij się! I nie jestem żadną Maliną! - Warknąłem idąc w stronę kuchni poczym z wściekłością zatrzasnąłem lodówkę z której wyjąłem dwa jogurty. O ironio, że były właśnie malinowe. Otworzyłem jeden i nasypałem do niego płatków kukurydzianych, wszystko by było jak zwykle w takich sytuacjach gdyby nie fakt, że tym razem zrobiłem coś z goła innego niż zwykle. Powiedziałem ojcu prosto w twarz, że jestem płci męskiej... Powiedziałem, że nie jestem Maliną.
Usłyszałem trzask szklanki stykającej się z podłogą. Nawet Rich wyszedł z mojego pokoju ignorując idącą dalej bajkę by sprawdzić co się stało.
Zamieszałem jogurt i wpakowałem sobie porcje do ust, słysząc ukochane przeze mnie chrupnięcie.
- Tato? - Spytałem gdy w końcu przełknąłem to czym się tak delektowałem. Trochę zmartwiło mnie cisza która zapadła w mieszkaniu tak nagle.
Richard też wyglądał na zdezorientowanego gdy podałem mu jogurt wraz z łyżeczką.
- Mam nadzieje, że też lubisz sobie po chrupać. - To mówiąc puściłem mu oczko i postąpiłem pare kroków w stronę ojca by usłyszeć jęk, jak u ranionego dzikiego zwierzęcia.
- Moja córeczka dorasta! - Zaryczał ojciec przecierając poczerwieniałe i podkrążone oczy.
- Cóż ja teraz zrobię?! - Lamentował dalej.
- Oh udław się staruchu! Teraz widzisz o co cały ten cyrk? Kolego? - Właśnie, Richard nazwał mnie kolegą. To było trochę dziwne, ale miłe... Choć też czułem dziwne uczucie, jakby to było za mało. Znaliśmy się chwile więc nie miałem pojęcia o co mi chodzi, to bez sensu.
- Well... Ale ta propozycja z wódką to aktualna? - Zgromiłem go wzrokiem, po raz drugi zakrztusiłem się tego dnia... Tym razem mało nie połknąłem łyżki.
- Dobra! Nie to nie! Sam to zjem! - Wybuchnąłem i zabrałem oba jogurty do swojego pokoju.
- Najwyżej Malinie w tyłek pójdzie ! - Warknąłem niemal trzaskając drzwiami.
- Co go ugryzło? - Usłyszałem jeszcze głos Richard'a stłumiony, odległością i zaporą jaką tworzyły zamknięte drzwi oraz moje zawzięte chrupanie.
- Jak to Malina! Nie lubię gdy w domu zbyt dużo mówi się o chlańsku.

Brzuch mnie skutecznie rozbolał po tym wszystkim, wstyd było się przyznać, ale naprawdę wyszedłem na głupka. Te kubełki były stanowczo zbyt dużymi porcjami.
Nie miałem jednak zamiaru tego przyznać przed tymi pajacami.
Wstałem ociężale z podłogi przed telewizorem... Menu bajki już od dawna majaczyło na jego ekranie powtarzając te samą serie slajdów zachęcającą do oglądania i muzyczką która chyba tej nocy będzie mnie prześladować.
- Żwirek kręci z muchomorkiem co? - Ziewnąłem wciskając lekko przycisk wyłącz na pilocie. W końcu przemogłem się by skierować kroki w stronę wyjścia, trzeba było przecież wyłączyć to nadające o jakimś meczu pudło u nich, bo nie trudno zgadnąć, że byli już do tego średnio zdolni.
Zgarnąłem więc przelotem z szafy pierwsze leprze slipy i koszulkę nocną, zdaje się niebieską, usianą w takie jakby pszczółki. I dziwnymi rozsianymi na różnych fragmentach materiału wyrazami dźwiękonaśladowczymi głoszącymi " Bzzz bzzz", jak mniemam chodziło o buczenie tych owadów. Pchnąłem lekko drzwi, ciszę w salonie przecinał tylko szum telewizora i paplanina jakiś przypadkowych komutatorów sportowych.
- Żyjecie? - Nie usłyszałem odpowiedzi, więc podszedłem bliżej. I tak bym musiał by wyłączyć telewizor. Nim jednak znalazłem pilot, mało nie wywinąłem koziołka na jednej z pustych butelek po wódce.
- Cudnie... - Westchnąłem podnosząc to z ziemi i z brzdękiem stawiając na stoliku do kawy. Usłyszałem jęk. Należał on do Richard'a który dziwnym sposobem leżał właśnie pod tym stolikiem.
- Oh... Goliacie? - Potrząsnąłem jego ramie, uniósł się lekko i spojrzał na mnie szklistymi oczami. Zmierzwiłem mu rozczochrane włosy po czym przyłożyłem dłoń do czoła. Był rozpalony.
- Malinkaa.. - Szepnął z uśmiechem próbując pogładzić mnie to policzku. Speszyłem się i momentalnie wstałem ciągnąc go nieudolnie za sobą na kanapę. Był zbyt ciężki, a i nie chciałem urazić mu ręki która wciąż tkwiła w bandażu.
- No spójrz na siebie... Co twoja ciotka powie. - Uśmiechnąłem się ironicznie gdy przewrócił się na drugi bok mamrocząc coś niezrozumiale.
Wyłączyłem w końcu telewizor i udałem się do łazienki. Mimo iż mieliśmy osobę względnie obcą w domu, nie przepuszczę okazji do umycia się. Nie potrafię nie, nie myć się codziennie. Golić nóg... I tak dalej.
Gdy wszedłem do łazienki natychmiast zacząłem zdejmować koszulkę, dopiero wtedy przypomniałem sobie o zapobiegawczym zamknięciu drzwi. I mam za swoje.
- Tato... Już ci mówiłem, że nie będziesz rzygał kiedy ja mam zamiar się myć... Ale dobra, tylko szybko. - Westchnąłem odkładające kluczyk na pralkę i ostatecznie wyzbywając się pozostałych ubrań wskoczyłem pod prysznic. Związałem włosy w kok.
Woda była przyjemnie ciepła, rozluźniało mnie to. Nagle jednak za osłoną wszczął się jakiś niespokojny ruch. Wejście do brodzika zostało rozsunięte.
W pierwszej chwili nie wiedziałem co zrobić... Krzyczeć? Może i tak, ale ja jedynie gwałtowniej zaczerpnąłem powietrza i nawet nie stawiałem większego oporu gdy Rich wleciał w ubraniu pod prysznic, zaraz przy mnie... Przynajmniej nie miał butów... Był w skarpetkach. Ale ja.. Przecież byłem zupełnie nagi.
Prawie się poślizgnąłem więc złapałem się go kurczowo, na co ten od razu zareagował łapiąc mnie w objęcia i... Coś co wciąż niezbyt chciało do mnie dotrzeć.... Pocałował mnie.
Przeszedł mnie miły dreszcz. Choć zduszony natychmiastowo posmakiem wódki w jego ustach i ogólnie zapachem.
- Rich? - Jęknąłem próbując spojrzeć mu w oczy.

                                                     Rysieeek? Ty zboczuchu!

poniedziałek, 2 lutego 2015

Od Richarda ( CD. Faust 'a )

Chyba pierwszy raz trafiłem w miejsce gdzie mnie zwyczajnie przyjęli nie zerkając na mnie podejrzliwie, tak dla pewności, czy aby nie wyciągnę kosy z kieszeni i nie zechcę kogoś zaszlachtować. Nie miałem zbyt dobrych skojarzeń z tutejszą policją. Dlaczego? Bo większość nie kwapiła się pytać, widzieli obcokrajowca, na dodatek ta moja „gębą gangstera”, więc byłem dla nich pierwszym możliwym podejrzanym. Bo przecież amerykaniec przyjechał zapewne handlować prochami, gwałcić i palić. W końcu po co by innego?
Zostałem zaproszony do środka, poczęstowany piwem i papierosem, dziwnym trafem nazwano mnie przy okazji „chłopakiem Maliny”. Miło, naprawdę. Faust zniknął w kuchni, co potwierdzał zapach roznoszący się wkrótce po mieszkaniu. Zapach dość przyjemny, szczególnie, że jakoś nie kłopotałem się wcześniej sprawami tak przyziemnymi jak zjedzenie choćby śniadania…
Pan Mafiu, interesujące imię, naprawdę, wyjął album ze zdjęciami i zaczął wskazywać mi kolejne zdjęcia. Gdyby nie to, że już poznałem Fausta, czy też Malinę, jak nazywał go ojciec, to przysiągłbym, że na fotografiach siedzi uśmiechnięta dziewuszka.
- O! A tu Malina miała cztery latka i dobrała się do moich prezerwatyw. Urocze prawda? – spytał wskazując małe pyzate dziecko trzymające paczuszkę z ogumieniem w ząbkach, chyba starając się dobrać do środka.
Z trudem powstrzymałem śmiech.
- So sweet – wymamrotałem.
Faust postawił przede mną talerz i sam usiadł.
- Oczywiście. Urocze! – fuknął i wpakował gorącą potrawę do ust.
Oczywiście zakrztusił się.
- Drink! – nakazałem, podając mu piwo, bo nic innego do picia nie miałem pod ręką.
Chłopak posłusznie napił się, ale po tym skrzywił.
- Uważaj nieco z gorącym. Krzywdę sobie zrobisz – zganiłem go. Co u niego wywołało rumieniec.
- No Malinko! Wreszcie się będzie miał kto tobą opiekować jak widzę! – ryknął mężczyzna.
Faust odburknął coś chyba nieco urażony. Trzeba było przyznać, że ta dwójka tworzyła niezwykle specyficzną rodzinkę, ale nie przeszkadzało mi ich wariactwo. Wręcz przeciwnie, było przynajmniej interesująco.
Zabrałem się do jedzenia. Ładowałem kolejną łyżkę do ust, gdy natrafiłem na wzrok niby to ukradkiem, wpatrującego się we mnie chłopaka. Jego spojrzenie było dość jasne do rozszyfrowania. Ciotka zerkała na mnie tak samo kiedy już udało jej się usadzić mnie do wspólnego posiłku. Tylko, że te ponoć lekkie i pożywne wynalazki mojej ciotki były przeważnie wstrętne, a to co zrobił Faust, nazwa wyleciała mi z głowy, było naprawdę dobre.
- Bardzo smaczne – rzuciłem i puściłem mu oko, na co speszony odwrócił się i szybciej zaczął wiosłować łyżką.
Po posiłku wstałem i pomogłem pozbierać naczynia, choć Faust twierdził, że nie trzeba.
Gdy zerknęliśmy do salonu Mafiu siedział z pilotem w ręce i skakał po kanałach, ja zaś zostałem zaprowadzony do pokoju chłopaka. No powiedzmy, bo ściany były różowe, a łóżko zasłane narzutką z falbanką.
- Seriously? – wymsknęło mi się.
- No co? Dawno nie było tu malowane… - bronił się Faust.
- Ok. ok… Jak się tobie podoba, to chyba jest dobrze – dobrałem się do płyt z filmami, ułożonych na półce.
- Więc…. Skąd jesteś, bo chyba w Polsce się nie urodziłeś? – spytał chłopak, gdy ja robiłem małą rewizję.
- Yes. Urodziłem się i wychowałem w Stanach Zjednoczonych. Konkretniej w New Haven w Connecticut – odpowiedziałem.
- A długo już mieszkasz tutaj? – kolejne pytanie.
- Dwa lata.
- A dlaczego tu w ogóle przyjechałeś?
- Jakby to ode mnie zależało to nie byłoby mnie tutaj. To mój ojciec nagle zachciał wrócić. Sprzedał firmę, pozbierał graty i tyle. Byłem nieletni, nie mogłem zostać w Stanach sam.
- To też mieszkasz z ojcem?
- Nie – wreszcie znalazłem coś, co by mnie interesowało i dobrałem się do telewizora z odtwarzaczem DVD. – Mieszkam z ciotką…
- To gdzie twój tata? – Faust zadał kolejne pytanie.
Spojrzałem na niego uważnie. Ciekawskie, małe stworzenie. Mimo to ciekawie było spotkać kogoś, kto chciał wiedzieć i pytał, a nie pisał własne domysły, bo tak było najwygodniej i najszybciej.
- Mój ojciec zwiał. I don’t know where, or is He still alive – wyjaśniłem. – And I don’t want to talk about this. Ok?
- Ok… ok… - uśmiechnął się do mnie słodko. – Shrek? – zdziwił się, gdy puściłem wybraną bajkę.
- Ty lubisz różowe ściany… Ja bajki. Something wrong? – rozsiadłem się wygodnie na miękkim łóżku.
Faust oczywiście usiadł obok mnie, wyciągając się nieco do tyłu.
- Dlaczego nie lubisz gliniarzy? Znaczy policji?
- They don’t like me… Od tego zacznijmy.
- To znaczy?
- To znaczy, że dość często jestem dla nich oczywistym podejrzanym. Jestem nerwowym, napakowanym obcokrajowcem, który straszy innych rzucając wrogie spojrzenia. Przecież to oczywiste, że kogoś już zabiłem, tylko moja dziana rodzinka i układy trzymają mnie na wolności – burknąłem sarkastycznie.
- A zabiłeś kogoś? – spytał chłopak i nachylił się w moją stronę ożywiony.
- Yeah, sure… Tych co mi to zrobili – pomachałem mu przed nosem ręką w gipsie - niemal pozabijałem… To znaczy skoro jeszcze nie siedzę to żaden się nie przekręcił.
- A dlaczego ktoś ci to zrobił?
- Zwykłe nieporozumienie – rzuciłem. – Chłopcy źle dobrali słowa pod moim adresem to raz, a dwa zamiast przeprosić zaatakowali. No i się… zdenerwowałem.
- A często się denerwujesz? – chłopak lekko się skrzywił.
- Ponoć decydowanie za często… Ale mniejsza o to. Can we just sit and watch?
- No dobrze… tylko jeszcze jedno pytanie. Mogę? – zrobił wielkie, błagalne oczka.
- Alright.
- Dlaczego do mnie podszedłeś?
- Sam do końca nie wiem. Zwyczajnie jak to się tutaj mówi… Wpadłeś mi w oko, tak? Choć muszę przyznać, że początkowo uznałem, że niezła z ciebie laska – zaśmiałem się. – Swoją drogą to twojemu ojcu też się płeć myli… No a skoro już przy tym jesteśmy, to jesteś taki i zachowujesz się jak dziewczyna tak z własnej woli, czy to dlatego, że twój tata wolałby córkę?
- I tak i nie... – zaczął chłopak, opierając się z tyłu na rękach i machając nogami. - Po prostu przyzwyczaiłem się do bycia traktowanym jak dziewczyna i dość późno mi uświadomiono że nie jestem Malina, a Faust. Ale jak widać to mi nie przeszkadza.
- If you say so – rzuciłem. – A inni?
- Inni?
- Daj spokój. Tolerancja w tym kraju… Stop, w tym kraju nie ma tolerancji. Większość ludzi, którzy dowiedzieli się, że gustują i w kobietach i w mężczyznach raczej nie przebierali w słowach, nie mówiąc już o tym, że zaczynali na mnie patrzeć jak na jakiegoś chorego zboczeńca czy coś.
- Przykro mi… Tak nie powinno być.
- I am fine. Przywykłem i chyba dobrze, bo zostanę na tym… zadupiu jeszcze jakiś czas. I pomyśleć, że czekałem na tę swoją pieprzoną osiemnastkę jak głupi… A teraz co? Shit!
Przerwał nam mój telefon. Odebrałem odruchowo, niestety, bo dzwoniła ciotka.
- Boże najdroższy! Richard! Wiesz ile razy próbowałam się do ciebie dodzwonić? Wszystko w porządku? Wracaj do domu! – usłyszałem.
- Mam tu slaby zasięg, a do domu mi się nie spieszy.
- Jak to ci się nie spieszy?! To gdzie ty niby jesteś?- ciotka panikowała jak zawsze.
- U kolegi, alright? Wrócę jakoś wieczorem… chyba. A ty się tam nie martw – rozłączyłem się i wyłączyłem telefon. – Gosh…
Sięgnąłem po pilot i pogłośniłem nieco film.

                                                                 Faustuś ?