piątek, 13 lutego 2015

Od Richarda ( CD. Faust 'a )

Obudziłem się bardzo wcześnie, niewyspany i spięty, ale czego innego można się było spodziewać?
Ciężkim krokiem poszedłem do łazienki i stanąłem przed lustrem. Wyglądałem dość koszmarnie, nawet bardziej niż zazwyczaj, bo do szwów na oku i na czole, oraz blednących już czarno-żółtych sińców dołączyły i wory pod oczami, a do tego niewyspanie kac sprawiły, że byłem blady jak ściana.
- Fu*ck... - wymamrotałem podsumowując przekleństwem swój stan.
Kiedy ubrany już zszedłem na dół do salonu, połączonego z jadalnią i kuchnią ciotka krzątała się przy garach.
- Dobrze, że wstałeś. Masz, zrobiłam Ci śniadanie - powiedział przymilnie, kładąc przede mną jakąś dziwną sałatkę zalaną olejopodobnym czymś wymieszanym z ziołami.
Minąłem stół i ruszyłem do lodówki, żeby wyciągnąć z niej sok.
- Przecież to same witaminy! Ostatnio nie najlepiej z twoim zdrowiem, powinieneś dbać o siebie.
- Nie jestem głodny... - wymamrotałem.
- Musisz coś zjeść. To niezdrowo tak wychodzić bez śniadania - skarciła jak zwykle.
- Wszystko gra... Jak będę głodny to coś sobie kupię i tyle.
Dalej jakoś nie bardzo słuchałem co nawijała moja opiekunka z przymusu. Piłem sok i.. gryzłem się z własnymi myślami. Dość ponurymi, dodajmy do tego. Zdawałem sobie sprawę z tego co zrobiłem i jakie to mogło mieć konsekwencje... Sam nie mogłem się nadziwić własnej głupocie i temu, jak ten chłopak na mnie działał. Jeszcze nigdy nie spotkałem kogoś przy kim nie mogłem się powstrzymać aż do tego stopnia, żeby mi solidnie odjebało. Coś było ze mną zdecydowanie nie tak...
- Wstaniesz wreszcie? - usłyszałem.
Uniosłem głowę i zamrugałem gwałtownie, wracając do rzeczywistości.
- What..? - spytałem.
- Do szpitala mamy jechać. Zdjęcie szwów... - powiedziała ciotka zniecierpliwionym głosem. - Co się z tobą dziej, źle się czujesz?
- Everything alright... Chodźmy już - wstałem i wyszliśmy.
Zostałem zawieziony do szpitala, tam przyjął mnie chirurg, zdjął opatrunki i zaczął oglądać jak goją się rany.
Siedziałem sztywno i niespokojnie. Nie cierpiałem szpitali i lekarzy... Wszystkie wspomnienia matki, jakie miałem, zamiast być ciepłe i miłe, przeplatały się ze strachem i chłodem sterylnych, szpitalnych pomieszczeń. Pamiętam ją tylko chorą, słabą, podłączoną do różnych rurek, które zdawały mi się wtedy jakimiś ssawkami, które wyciągały z mamy życie.
- Powinieneś następnym razem bardziej na siebie uważać - zalecił lekarz, spoglądając na mnie karcąco.
- Right... - wymamrotałem tylko. - A co z gipsem? Nie dałoby rady go już zdjąć?
- Nie. Musisz go nosić jeszcze co najmniej tydzień, do czasu, gdy kość dobrze się zrośnie, to było niebezpieczne złamanie...
- Dobra... Dziękuję.
Przed wyjściem zajrzałem jeszcze do łazienki. Wyglądałem nader malowniczo z różową, świeżą wciąż szramą biegnącą przez lewe oko, szczególnie, że było widać jeszcze dziury po szwach. Bosko...
Wyszedłem za szpitala i ruszyłem na przystanek autobusowy, mijając tym samy samochód ciotki.
- A dokąd ty się wybierasz? - krzyknęła za mną.
- Muszę odwiedzić... kolegę - wyjaśniłem tylko i ruszyłem dalej, wyjmując z kieszeni papierosa i zapalając go.
Początkowo włóczyłem się po mieście próbując się zdecydować na coś sensownego... Nic mi jednak do głowy nie przychodziło.
Droga do domu Fausta dłużyła mi się niemiłosiernie... Czułem się jakbym jechał co najmniej na ścięcie, ale nigdy nie byłem tchórzem i musiałem zwyczajnie go jakoś... przeprosić? Jak przeprosić za coś takiego?
Potarłem skronie, wzdychając ciężko.
Wysiadłem z autobusu i skierowałem się do kamienicy, w której mieszkał chłopak.
Stanąłem przed drzwiami jeszcze się wahając... Miałem nadzieję, że ojciec chłopaka nie zastrzeli mnie na miejscu...
Wdusiłem dzwonek i czekałem... Nikt mi nie otworzył, zza drzwi usłyszałem jednak:
- Czego chcesz?
To był głos Fausta, zniekształcony przez przeszkodę między nami, ale jego...
- Tak... To niestety ja... Nie oczekuje że mnie wpuścisz po tym wszystkim... - zacząłem, bo czego mogłem się spodziewać? - Chciałem przeprosić... Zaa .. No wiesz co.
- Nie martw się nie gniewam się - usłyszałem.
- Chyba sobie ze mnie żartujesz! - Warknąłem.
To był jakiś chory żart? Ja tego chłopaka formalnie rzecz biorąc zgwałciłem, a on się niby nie gniewa?
- Przepraszam - powiedziałem po chwili, zdając sobie sprawę, że moja złość jest nie na miejscu.
Faust otworzył i wyleciał przez drzwi, cały czerwony... ale co najbardziej rzuciło mi się w oczy, wpół nagi.
- Przestań przepraszać kretynie! - wrzasnął na mnie i.. wpadł a mnie, potykając się o własne nogi. Złapałem go i podtrzymałem.
Pociągnąłem nosem, spojrzałem na jego lekko błyszczące oczy i od razu wiedziałem co jest grane.
- Jesteś pijany... - burknąłem, unosząc go lekko i wnosząc do mieszkania.
- Wcale nie... Nie wypiłem wcale tak dużo... - stwierdził, gdy sadzałem go na kanapie.
- Jak uważasz... - rzuciłem tylko, oddalając się od niego niemal pod ścianę.
- Myślałem, że nie wrócisz - powiedział chłopak i uśmiechnął się blado.
- Ta.. Być może tak byłoby lepiej, ale wiem, co zrobiłem i... chciałem przynajmniej przeprosić i sprawdzić czy wszystko z tobą w porządku...
- Czuję się dobrze - zaszczebiotał, wstając, ale nie zdołał ukryć grymasu , który przebiegł mu po twarzy gdy poruszył się gwałtowniej.
- Ta... jasne... - burknąłem.
Nie było zbyt przyjemnie patrzeć na to, że sprawiłem temu chłopakowi ból. W końcu był wobec mnie uprzejmy, nawet więcej, traktował mnie jakbym był jego dobrym znajomym, a ja... ja go zwyczajnie skrzywdziłem.
- Zostaniesz jeszcze? Prawda? Muszę zrobić obiad dla taty... A później o wyjdzie będziemy mogli pogadać, co ty na to? - zaproponował.
- Chcesz, żebym tu został? A twój ojciec... wie już?
- Nie wie i się nie dowie. A teraz chodź... - powiedział i złapał mnie za rękę, po czym pociągnął do kuchni.
Nie bardzo wiedziałem co się dzieje, dałem się więc posadzić na krześle przy stole i oglądałem jak Faust w swoim kusym ubraniu, o ile koszulkę i stringi można nazwać ubraniem, krząta się przygotowując jedzenie. Widok chłopka,a co chwilę schylającego się, lub sięgającego po coś co stało wyżej był... miły dla oka to raz, a dwa, sprawił, że było mi niewygodnie.
Siedziałem więc tak, czekając aż chłopak skończy, gdy do kuchni wszedł ojciec Fausta.
- Dzień dobry... - przywitałem się.
- O! Znalazła się zguba - zaśmiał się na mój widok. - Malina, co z ciebie za gospodyni? Żeby gość o suchym pysku siedział!
- Dziękuję, ale nie mam na nic ochoty - rzuciłem.
- A ty coś taki markotny? - spytał.
- Tato! Idź się szykować, zaraz będziesz mieć jedzenie! - burknął Faust, wyganiając ojca z kuchni.
- Dobra dobra... Tylko nic nie spal... - pomarudził mężczyzna i wyszedł.
Znów zostaliśmy sami, a ja pogrążyłem się w myślach. Sądziłem, że solidnie mi się oberwie, a tu... nic?
- Smacznego - powiedział ktoś, a ja zobaczyłem tylko, że Faust kładzie przede mną talerz.
- Nie jestem głodny - stwierdziłem, co nie d o końca było prawdą, bo nie jadłem jeszcze dziś nic.
Chłopak wziął widelec, nabrał coś na niego i zaczął machać mi nim przed ustami.
- Mam cię nakarmić? No to powiedz aaaaa....
Zaśmiałem się na to i zabrałem widelec.
- Dzięki... - powiedziałem.
- Nie ma sprawy, jedz na zdrowie.
- Nie o to mi chodzi... Tylko o to, że nikomu nie powiedziałeś o tym... incydencie - wyjaśniłem.
- Nie ma za co - Faust wyszczerzył się w szerokim uśmiechu.
Zaśmiałem się znowu krótko na to i zabrałem się do jedzenia.

Fauściu? ^.^

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz