Chyba pierwszy raz trafiłem w miejsce gdzie mnie zwyczajnie przyjęli nie zerkając na mnie podejrzliwie, tak dla pewności, czy aby nie wyciągnę kosy z kieszeni i nie zechcę kogoś zaszlachtować. Nie miałem zbyt dobrych skojarzeń z tutejszą policją. Dlaczego? Bo większość nie kwapiła się pytać, widzieli obcokrajowca, na dodatek ta moja „gębą gangstera”, więc byłem dla nich pierwszym możliwym podejrzanym. Bo przecież amerykaniec przyjechał zapewne handlować prochami, gwałcić i palić. W końcu po co by innego?
Zostałem zaproszony do środka, poczęstowany piwem i papierosem, dziwnym trafem nazwano mnie przy okazji „chłopakiem Maliny”. Miło, naprawdę. Faust zniknął w kuchni, co potwierdzał zapach roznoszący się wkrótce po mieszkaniu. Zapach dość przyjemny, szczególnie, że jakoś nie kłopotałem się wcześniej sprawami tak przyziemnymi jak zjedzenie choćby śniadania…
Pan Mafiu, interesujące imię, naprawdę, wyjął album ze zdjęciami i zaczął wskazywać mi kolejne zdjęcia. Gdyby nie to, że już poznałem Fausta, czy też Malinę, jak nazywał go ojciec, to przysiągłbym, że na fotografiach siedzi uśmiechnięta dziewuszka.
- O! A tu Malina miała cztery latka i dobrała się do moich prezerwatyw. Urocze prawda? – spytał wskazując małe pyzate dziecko trzymające paczuszkę z ogumieniem w ząbkach, chyba starając się dobrać do środka.
Z trudem powstrzymałem śmiech.
- So sweet – wymamrotałem.
Faust postawił przede mną talerz i sam usiadł.
- Oczywiście. Urocze! – fuknął i wpakował gorącą potrawę do ust.
Oczywiście zakrztusił się.
- Drink! – nakazałem, podając mu piwo, bo nic innego do picia nie miałem pod ręką.
Chłopak posłusznie napił się, ale po tym skrzywił.
- Uważaj nieco z gorącym. Krzywdę sobie zrobisz – zganiłem go. Co u niego wywołało rumieniec.
- No Malinko! Wreszcie się będzie miał kto tobą opiekować jak widzę! – ryknął mężczyzna.
Faust odburknął coś chyba nieco urażony. Trzeba było przyznać, że ta dwójka tworzyła niezwykle specyficzną rodzinkę, ale nie przeszkadzało mi ich wariactwo. Wręcz przeciwnie, było przynajmniej interesująco.
Zabrałem się do jedzenia. Ładowałem kolejną łyżkę do ust, gdy natrafiłem na wzrok niby to ukradkiem, wpatrującego się we mnie chłopaka. Jego spojrzenie było dość jasne do rozszyfrowania. Ciotka zerkała na mnie tak samo kiedy już udało jej się usadzić mnie do wspólnego posiłku. Tylko, że te ponoć lekkie i pożywne wynalazki mojej ciotki były przeważnie wstrętne, a to co zrobił Faust, nazwa wyleciała mi z głowy, było naprawdę dobre.
- Bardzo smaczne – rzuciłem i puściłem mu oko, na co speszony odwrócił się i szybciej zaczął wiosłować łyżką.
Po posiłku wstałem i pomogłem pozbierać naczynia, choć Faust twierdził, że nie trzeba.
Gdy zerknęliśmy do salonu Mafiu siedział z pilotem w ręce i skakał po kanałach, ja zaś zostałem zaprowadzony do pokoju chłopaka. No powiedzmy, bo ściany były różowe, a łóżko zasłane narzutką z falbanką.
- Seriously? – wymsknęło mi się.
- No co? Dawno nie było tu malowane… - bronił się Faust.
- Ok. ok… Jak się tobie podoba, to chyba jest dobrze – dobrałem się do płyt z filmami, ułożonych na półce.
- Więc…. Skąd jesteś, bo chyba w Polsce się nie urodziłeś? – spytał chłopak, gdy ja robiłem małą rewizję.
- Yes. Urodziłem się i wychowałem w Stanach Zjednoczonych. Konkretniej w New Haven w Connecticut – odpowiedziałem.
- A długo już mieszkasz tutaj? – kolejne pytanie.
- Dwa lata.
- A dlaczego tu w ogóle przyjechałeś?
- Jakby to ode mnie zależało to nie byłoby mnie tutaj. To mój ojciec nagle zachciał wrócić. Sprzedał firmę, pozbierał graty i tyle. Byłem nieletni, nie mogłem zostać w Stanach sam.
- To też mieszkasz z ojcem?
- Nie – wreszcie znalazłem coś, co by mnie interesowało i dobrałem się do telewizora z odtwarzaczem DVD. – Mieszkam z ciotką…
- To gdzie twój tata? – Faust zadał kolejne pytanie.
Spojrzałem na niego uważnie. Ciekawskie, małe stworzenie. Mimo to ciekawie było spotkać kogoś, kto chciał wiedzieć i pytał, a nie pisał własne domysły, bo tak było najwygodniej i najszybciej.
- Mój ojciec zwiał. I don’t know where, or is He still alive – wyjaśniłem. – And I don’t want to talk about this. Ok?
- Ok… ok… - uśmiechnął się do mnie słodko. – Shrek? – zdziwił się, gdy puściłem wybraną bajkę.
- Ty lubisz różowe ściany… Ja bajki. Something wrong? – rozsiadłem się wygodnie na miękkim łóżku.
Faust oczywiście usiadł obok mnie, wyciągając się nieco do tyłu.
- Dlaczego nie lubisz gliniarzy? Znaczy policji?
- They don’t like me… Od tego zacznijmy.
- To znaczy?
- To znaczy, że dość często jestem dla nich oczywistym podejrzanym. Jestem nerwowym, napakowanym obcokrajowcem, który straszy innych rzucając wrogie spojrzenia. Przecież to oczywiste, że kogoś już zabiłem, tylko moja dziana rodzinka i układy trzymają mnie na wolności – burknąłem sarkastycznie.
- A zabiłeś kogoś? – spytał chłopak i nachylił się w moją stronę ożywiony.
- Yeah, sure… Tych co mi to zrobili – pomachałem mu przed nosem ręką w gipsie - niemal pozabijałem… To znaczy skoro jeszcze nie siedzę to żaden się nie przekręcił.
- A dlaczego ktoś ci to zrobił?
- Zwykłe nieporozumienie – rzuciłem. – Chłopcy źle dobrali słowa pod moim adresem to raz, a dwa zamiast przeprosić zaatakowali. No i się… zdenerwowałem.
- A często się denerwujesz? – chłopak lekko się skrzywił.
- Ponoć decydowanie za często… Ale mniejsza o to. Can we just sit and watch?
- No dobrze… tylko jeszcze jedno pytanie. Mogę? – zrobił wielkie, błagalne oczka.
- Alright.
- Dlaczego do mnie podszedłeś?
- Sam do końca nie wiem. Zwyczajnie jak to się tutaj mówi… Wpadłeś mi w oko, tak? Choć muszę przyznać, że początkowo uznałem, że niezła z ciebie laska – zaśmiałem się. – Swoją drogą to twojemu ojcu też się płeć myli… No a skoro już przy tym jesteśmy, to jesteś taki i zachowujesz się jak dziewczyna tak z własnej woli, czy to dlatego, że twój tata wolałby córkę?
- I tak i nie... – zaczął chłopak, opierając się z tyłu na rękach i machając nogami. - Po prostu przyzwyczaiłem się do bycia traktowanym jak dziewczyna i dość późno mi uświadomiono że nie jestem Malina, a Faust. Ale jak widać to mi nie przeszkadza.
- If you say so – rzuciłem. – A inni?
- Inni?
- Daj spokój. Tolerancja w tym kraju… Stop, w tym kraju nie ma tolerancji. Większość ludzi, którzy dowiedzieli się, że gustują i w kobietach i w mężczyznach raczej nie przebierali w słowach, nie mówiąc już o tym, że zaczynali na mnie patrzeć jak na jakiegoś chorego zboczeńca czy coś.
- Przykro mi… Tak nie powinno być.
- I am fine. Przywykłem i chyba dobrze, bo zostanę na tym… zadupiu jeszcze jakiś czas. I pomyśleć, że czekałem na tę swoją pieprzoną osiemnastkę jak głupi… A teraz co? Shit!
Przerwał nam mój telefon. Odebrałem odruchowo, niestety, bo dzwoniła ciotka.
- Boże najdroższy! Richard! Wiesz ile razy próbowałam się do ciebie dodzwonić? Wszystko w porządku? Wracaj do domu! – usłyszałem.
- Mam tu slaby zasięg, a do domu mi się nie spieszy.
- Jak to ci się nie spieszy?! To gdzie ty niby jesteś?- ciotka panikowała jak zawsze.
- U kolegi, alright? Wrócę jakoś wieczorem… chyba. A ty się tam nie martw – rozłączyłem się i wyłączyłem telefon. – Gosh…
Sięgnąłem po pilot i pogłośniłem nieco film.
Faustuś ?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz