- Miałem dzisiaj pisać sprawdzian z historii i powiem ci, że nawet się nauczyłem. Ale jak na złość Kogut się rozkraczył – westchnął Ryan.
- Przypadek? – zapytał Mike, zabawnie podnosząc brwi – Nie sądzę.
To miało zabrzmieć sarkastycznie. Ryan tak często powtarzał: „Nie wierzę w przypadki”, że teraz nie musiał już tego robić.
Ryan oparł się o lśniącą w słońcu maskę camaro.
- Hej, czy to nie Walker? – zapytał Mike.
Jakiś samochód wyraźnie zwolnił, dzięki czemu mogli dojrzeć jego wścibskiego kierowcę. Mężczyzna za kierownicą niewątpliwie przypominał ich nadętego nauczyciela łaciny, wychowanka Wilczej Góry o znienawidzonym przez wszystkich imieniu: Chris Walker. Na Ryanie, niewiele mogło zrobić wrażenie ale pojawienie się nauczyciela o tej porze i w tym miejscu było dość zaskakujące. Mężczyzna w aucie wychylił rękę przez otwartą szybę i wyrzucił coś przez okno.
Mina Mike była bezcenna, kiedy jego usta ułożyły się w kształcie litery „o”, poczym zaklną i schował się za autem.
Jednak Walker nie zamierzał zatrzymywać się na dłużej, nawet na nich nie zerknął. Zasunął szybę i ruszył z warkotem dalej.
- Pojechał sobie? – pisnął Mike, wychylając się znad camaro.
- Ta… - odparł Ryan nadal patrząc w kierunku odjeżdżającego nauczyciela.
Mike westchnął i wrócił do pozycji sprzed minuty.
- Coś mu zrobiłeś, że teraz tak się go boisz? – spytał po chwili Ryan.
- Daj spokój, przecież miałem z nim pierwszą lekcję. Jakby mnie teraz tu zobaczył z pewnością zakablowałby do dyrektora i dostałbym kolejną naganę… Chyba tym razem by mnie już wyrzucili.
Wtedy coś zabrzęczało w kieszeni Mike’a, a on z niechęcią na twarzy wyjął komórkę sprawdzając wiadomość.
- Zaczynam się obawiać o ludzkość – westchnął z poirytowaniem – Matt coraz bardziej przypomina mi ciebie.
Ryan popatrzył na niego znacząco.
- Przyjedzie o piątej ze swoją dziewczyną do naszego mieszkania – warknął.
Ryan także nie wydawał się być jakoś szczególnie zadowolony.
- Mówiłeś, że zaprasza nas na miasto…
- Napisał mi, że zmienił zdanie – szybko dodał Mike.
Po chwili chłopak ruszył w stronę swojego bmw i wyjął z niego papierową torbę z fast foodu.
- Znaj moją litość – powiedział i wręczył ja Ryanowi.
Ryan spojrzał na Mike’a, który stał oparty o camaro i z nieobecnym wzrokiem żuł jeden z rzemyków na nadgarstku.
- Mam nadzieję, że w tym hamburgerze nie ma sosu – powiedział Ryan.
- Wyluzuj – parsknął drwiąco Mike, wypuszczając rzemyk z zębów – Korniszonów też nie ma.
Przywiózł ze sobą dwa różne dodatki do paliwa, a także szmatę do ochrony spodni przed skutkami spotkania z kanistrem. W jego wykonaniu uruchomienie samochodu wydawało się banalne.
- Szybki quiz, panie Bailey. Trzy rzeczy, które znajdują się przy drodze?
- Samochody – odparł Mike z pobłażaniem w głosie – Chevrolety camaro.
- I zapalniczka – doszedł do sedna Ryan, podnosząc z trawy przedmiot, który wyrzucił ich nauczyciel.
- Nie wiedziałem, że Walker pali – Mike uśmiechnął się, jakby właśnie znalazł jakąś kolejną ciekawostkę, którą mógłby wykorzystać przeciwko nauczycielowi – W końcu nic szczególnego. Każdy może palić. Nawet ten gbur od siedmiu boleści, który uważa, że czekolada psuje mózgi.
Ryan kiwnął głową i w ciszy przyglądał się zużytej zapalniczce w kolorze ciemnej zieleni. Z niewiadomych powodów schował ją do kieszeni od spodni i wrócił do towarzysza.
Obydwoje stali w słońcu późnego poranka. Mike zakręcał korek barku. Słońce zaróżowiło mu policzki.
To był dzień podobny do wielu innych w ciągu minionych osiemnastu miesięcy. Zwykle przed nastaniem wieczoru Mike i Ryan zdążyli się już wielokrotnie pokłócić, nauczyciele wybaczali nieobecność chłopców, a potem Ryan, Mike i największy szkolny kujon szli na pizzę, aby we troje stawić czoła Mattowi.
- Spróbuj zapalić, Ryan – powiedział Mike.
Ryan usiadł za kierownicą, ale nie zamknął drzwi.
- No dalej, Kogucie! – warknął.
Ryan przekręcił kluczyk. Silnik zawył, na chwilę ucichł, a potem z ogłuszającym rykiem powrócił do życia. Camaro był gotów zmierzyć się z nadchodzącym dniem. Nawet radio działało, leciała piosenka Caroline Martin, która dla Ryana zawsze brzmiała jak historia o gołębiu z jednym skrzydłem. Zjadł zimną frytkę z przywiezionego przez chłopaka zestawu.
Mike zajrzał do samochodu.
- Pojadę za tobą. Do szkoły powinieneś jakoś dojechać, ale to na pewno nie koniec – powiedział – Coś tu jest nie tak.
- Świetnie – odparł Ryan, przekrzykując silnik.
Mike pognał do swojego auta i już po chwili bmw pulsowało z tyłu stłumioną, ledwo słyszalną linią basów.
Camaro z trudem wjechało na asfaltową drogę.
Ryan zastanawiał się czy Chris Walker ich zauważył. Bo jeśli tak, lepiej byłoby dla nich nie przychodzić dzisiaj do szkoły. Wszyscy jego uczniowie wiedzą, że jak ich nauczyciel się już czegoś uczepi będzie walczył do ostatniej kropli potu. Ryan miał już multum kłopotów, z którymi musi stawić czoła, więc ten wydawał się dla niego zbyteczny.
sobota, 31 stycznia 2015
Od Faust 'a ( CD. Richarda )
Naburmuszony z powodu niedosytu wiadomości jakie jedynie cząstkowo podsuwał mi pod nos Richard, wcisnąłem świecący na czerwono, guzik otwierający drzwi pojazdu. Nie zrobiły tego od razu oczywiście, zdążyłem jeszcze co najmniej trzy razy powtórzyć te czynność nim zatrzymaliśmy się na właściwym przystanku.
I raz jeszcze dla przesadnej pewności kiedy do drzwi zaczęły się już rozstępować przede mną.
Wyskoczyłem na chodnik przenosząc ciężar ciała z nogi na nogę po czym obróciłem się do mojego towarzysza przytakując w jego stronę.
- Lubisz spacery? Chyba nie będziesz mieć mi za złe, przejścia jeszcze paru kroków wzdłuż tych kamieniec? - Nie oczekiwałem odpowiedzi, ani też jego protest nie zrobił by mi różnicy. Po prostu chwile odczekałem póki nie znalazł się przy mnie wraz z odjazdem autobusu, do którego wpakowała się nowa fala pasażerów.
- Więc mieszkasz w mieszkaniu? - Zagaił temat, gdy tak sobie szliśmy, choć właściwie za niecałą sekundę miałem postawić pierwszy krok na schodach na piętro niezbyt zachęcającego budynku.
- A kto w tych czasach mieszka w normalnym domu? Coś jakbyś trafił, z tym, że to jest kamienica. Nie wiem jaka jest między tymi ustrojstwami różnica… To ma chyba po prostu wyglądać… no ten… leciwej. - Tak, Patrząc na to co prezentowało sobą to miejsce, mój opis był dość odpowiedni.
- Leciwej? - Rich powoli brnął po schodach w ślad za mną. No jasne… Pewnie takich sformułowań nie uczą w podręcznikach, nie ma w słownikach. Zresztą czy takie słowo w ogóle tak naprawdę istnieje? Nie miałem co do tego stu procentowej pewności, ale to nie teraz był mój problem. Jak mu to powiedzieć…
- Noo lata, ma sporo lat. W sensie to miejsce, czaisz angolu? - Jego spojrzenie było niewyraźne, ale przytaknął. Tak przynajmniej sądziłem, potem szturchnął mnie w plecy na tyle mocno, że przed padł bym jak długi przed drzwiami własnego mieszkania.
- Nie wiem co znaczy to całe angol, but you do not call me that. - Spojrzałem na niego spode łba rozmasowując obolałem miejsce po czym bez dłuższego cackania się przekręciłem klucz i nacisnąłem mocno na klamkę. Te równie leciwe drzwi lubiły się zacinać dość często, ale jakoś żadne z nas czyli ja i ojciec, nie pokusiliśmy się o zmianie w tym domu czegokolwiek. I tak robiłem wszystko łącznie z praniem i gotowaniem.
Zatrzymała mnie dłoń Rich’a, a zresztą drzwi i tak ledwie się zdążyły otworzyć, nie mam pojęcia czemu chłop tak panikował. Mój stary to po prostu glina? No bez przesady. Nie każdy wsadzi cię od razu za kraty, a na pewno nie on.
- Słuchaj, nie wiem o co ta spina to tylko mój… - Nie dokończyłem bo gdy ledwie uniosłem głowę w jego stronę ten się do mnie nachylił. Znów niebezpiecznie blisko, znów dysząc i łaskocząc mi nieznośnie skórę.
- Are you sure? - Jego mina mnie trochę przerażała, przełknąłem głośno ślinę i trochę bardziej naparłem na drzwi plecami. Ta niezbita powaga… Jeśli tylko spróbuje kłamać będę mieć kłopoty, nawet jeśli jakaś tam cicha nadzieja na przyjaźń zaczęła pomału kwitnąć, a szkoda. Naprawdę chciał bym mu ufać i niestety właśnie ufałem.
A znałem ledwie moment i że niby jak to wytłumaczyć?
- Oui! A teraz może w końcu wejdziemy? - Czułem jak pomału krew odpływa mi z twarzy, może racja, no był naprawdę czasem przerażający. Ale to tylko przez wzrost.
Na spełnienie mojej prośby, niemal błagalnej. Nie musiałem długo czekać bowiem ojciec wcześniej zdążył się zainteresować dziwną szamotaniną za drzwiami i pociągnął nie patyczkując się z delikatnością za klamkę.
Usłyszałem tylko głuchy jęk zawiasów, a zaraz potem opadłem na podłogę przygnieciony ciężarem ciała mojego niedoszłego kolegi.
- A cóż to? Nie uprzedzałeś, że przyprowadzisz swojego chłopaka, ale co ważniejsze… Czemu widzę cię tu a nie w szkole co? - Zostałem trącony w czubek głowy ciężkim glanem. Bolało chwile, ale tylko chwile.
- Tato to boli! Przestań! - Jęknąłem próbując wstać, ale że Rychowi się niezbyt śpieszyło to nie miałem innej opcji jak dalej leżeć na zimnej podłodze i przeklinać w duchu.
Blondyn zaś wpatrywały się w starszego mężczyznę niepewnie, oceniał w skali jeden do dziesięć chyba stan niebezpieczeństwa. Ale odetchnął z ulgą, zakładam więc, że mój ojciec był w dobrym chmurze. Przez co rozumiem, że towarzyszyła mu największa miłość jego życia. Puszka piwa.
- No dobra gołąbeczki wstawajcie, nie będę wam na pewno płacił za odkurzanie podłogi. O tym możecie pomarzyć.
- A z tobą synu - To mówiąc szturchnął mnie ponownie brudząc zeschniętym błotem moje czoło. - Pogadamy sobie później.
- Ah! La monstre! A ty… va te faire foutre! - Warknąłem, powoli stając na nogi i otrzepując się z brudu.
Nie wiem co mnie ugryzło, ani czemu powiedziałem by się odpieprzył, ale gdyby nie stawiał oporu to byśmy się nie znaleźli w tej dziwnej sytuacji. Rich patrzyła się na mnie jak na kosmitę, ale nie zamierzałem mu tego tłumaczyć. Właściwie cieszyłem się, że wypaliłem to w innym języku. Francuskim, którego swojego czasu udało mi się trochę łyknąć… nie było to nic szczególnego, ale można było rzucić pojedynczym słówkiem.
- Hej ty wielki i napakowany! Nie chcesz czegoś na rozluźnienie? - Mój ojciec znów pojawił się z nikąd w tym swoich bajecznych ufajdanych wiecznie smarem spodniach trzymając w ramionach napoczętą paczkę, którego nie pamiętam bym ostatnio wypisał na liście zakupów. Ale cóż poradzić.
- A może papieroska? - Zaśmiał się machając wymiętym pudełkiem które trzymał zawsze w którejś z kieszeni skórzanej kurtki. Nie miało zresztą znaczenia gdzie, jego kieszenie były niczym czarna dziura.
Raz, że dziurawa, a dwa, ze nie mogłem najeść tych paczek szlugów gdy miałem ochotę akurat je wywalić do kosza. I tak by to powrotem wygrzebał choćby ze śmietniska, ale warto było próbować.
Co dodatkowo mnie dość zasmuciło, ale było też i przewidywalne… No, niestety Richard z wielką chęcią przystał na propozycje, zresztą wyglądał na takiego. Po prostu wyglądał.
- A ty synu wyrodny, wysil się choć trochę i podgrzej te kretyńską fasolkę z puszki!
- W cale nie kretyńską tylko ty nie umiesz otwierać blaszaków bez odbezpieczania broni! - Odkrzyknąłem ale zabrałem się do roboty, przy okazji schylając się po dodatkowa porcje. W końcu mieliśmy gościa… Przypadkiem, choć przyprowadziłem go tu w zupełnie innym celu.
Mieszając znudzony pachnącą jak pachnącą potrawę, dodając do tego przecieru z pomidorów, szynki, kiełbasy i ziół, nasłuchiwałem podekscytowanego głosu mojego ojca opisującego moje wyczyny z dzieciństwa.
- O ! A tu Malina miała cztery latka i dobrała się do moich prezerwatyw. Urocze prawda? - Postawiłem przed nimi podając talerze ciepłej fasolki po bretońsku i sam przysiadłem na jednym z foteli z rękami skrzyżowanymi na piersi.
- Oczywiście. Urocze ! - Burknąłem pakując sobie do ust pierwszą łyżkę dania i oczywiście natychmiast się zakrztusiłem. Aj, gorące.
I raz jeszcze dla przesadnej pewności kiedy do drzwi zaczęły się już rozstępować przede mną.
Wyskoczyłem na chodnik przenosząc ciężar ciała z nogi na nogę po czym obróciłem się do mojego towarzysza przytakując w jego stronę.
- Lubisz spacery? Chyba nie będziesz mieć mi za złe, przejścia jeszcze paru kroków wzdłuż tych kamieniec? - Nie oczekiwałem odpowiedzi, ani też jego protest nie zrobił by mi różnicy. Po prostu chwile odczekałem póki nie znalazł się przy mnie wraz z odjazdem autobusu, do którego wpakowała się nowa fala pasażerów.
- Więc mieszkasz w mieszkaniu? - Zagaił temat, gdy tak sobie szliśmy, choć właściwie za niecałą sekundę miałem postawić pierwszy krok na schodach na piętro niezbyt zachęcającego budynku.
- A kto w tych czasach mieszka w normalnym domu? Coś jakbyś trafił, z tym, że to jest kamienica. Nie wiem jaka jest między tymi ustrojstwami różnica… To ma chyba po prostu wyglądać… no ten… leciwej. - Tak, Patrząc na to co prezentowało sobą to miejsce, mój opis był dość odpowiedni.
- Leciwej? - Rich powoli brnął po schodach w ślad za mną. No jasne… Pewnie takich sformułowań nie uczą w podręcznikach, nie ma w słownikach. Zresztą czy takie słowo w ogóle tak naprawdę istnieje? Nie miałem co do tego stu procentowej pewności, ale to nie teraz był mój problem. Jak mu to powiedzieć…
- Noo lata, ma sporo lat. W sensie to miejsce, czaisz angolu? - Jego spojrzenie było niewyraźne, ale przytaknął. Tak przynajmniej sądziłem, potem szturchnął mnie w plecy na tyle mocno, że przed padł bym jak długi przed drzwiami własnego mieszkania.
- Nie wiem co znaczy to całe angol, but you do not call me that. - Spojrzałem na niego spode łba rozmasowując obolałem miejsce po czym bez dłuższego cackania się przekręciłem klucz i nacisnąłem mocno na klamkę. Te równie leciwe drzwi lubiły się zacinać dość często, ale jakoś żadne z nas czyli ja i ojciec, nie pokusiliśmy się o zmianie w tym domu czegokolwiek. I tak robiłem wszystko łącznie z praniem i gotowaniem.
Zatrzymała mnie dłoń Rich’a, a zresztą drzwi i tak ledwie się zdążyły otworzyć, nie mam pojęcia czemu chłop tak panikował. Mój stary to po prostu glina? No bez przesady. Nie każdy wsadzi cię od razu za kraty, a na pewno nie on.
- Słuchaj, nie wiem o co ta spina to tylko mój… - Nie dokończyłem bo gdy ledwie uniosłem głowę w jego stronę ten się do mnie nachylił. Znów niebezpiecznie blisko, znów dysząc i łaskocząc mi nieznośnie skórę.
- Are you sure? - Jego mina mnie trochę przerażała, przełknąłem głośno ślinę i trochę bardziej naparłem na drzwi plecami. Ta niezbita powaga… Jeśli tylko spróbuje kłamać będę mieć kłopoty, nawet jeśli jakaś tam cicha nadzieja na przyjaźń zaczęła pomału kwitnąć, a szkoda. Naprawdę chciał bym mu ufać i niestety właśnie ufałem.
A znałem ledwie moment i że niby jak to wytłumaczyć?
- Oui! A teraz może w końcu wejdziemy? - Czułem jak pomału krew odpływa mi z twarzy, może racja, no był naprawdę czasem przerażający. Ale to tylko przez wzrost.
Na spełnienie mojej prośby, niemal błagalnej. Nie musiałem długo czekać bowiem ojciec wcześniej zdążył się zainteresować dziwną szamotaniną za drzwiami i pociągnął nie patyczkując się z delikatnością za klamkę.
Usłyszałem tylko głuchy jęk zawiasów, a zaraz potem opadłem na podłogę przygnieciony ciężarem ciała mojego niedoszłego kolegi.
- A cóż to? Nie uprzedzałeś, że przyprowadzisz swojego chłopaka, ale co ważniejsze… Czemu widzę cię tu a nie w szkole co? - Zostałem trącony w czubek głowy ciężkim glanem. Bolało chwile, ale tylko chwile.
- Tato to boli! Przestań! - Jęknąłem próbując wstać, ale że Rychowi się niezbyt śpieszyło to nie miałem innej opcji jak dalej leżeć na zimnej podłodze i przeklinać w duchu.
Blondyn zaś wpatrywały się w starszego mężczyznę niepewnie, oceniał w skali jeden do dziesięć chyba stan niebezpieczeństwa. Ale odetchnął z ulgą, zakładam więc, że mój ojciec był w dobrym chmurze. Przez co rozumiem, że towarzyszyła mu największa miłość jego życia. Puszka piwa.
- No dobra gołąbeczki wstawajcie, nie będę wam na pewno płacił za odkurzanie podłogi. O tym możecie pomarzyć.
- A z tobą synu - To mówiąc szturchnął mnie ponownie brudząc zeschniętym błotem moje czoło. - Pogadamy sobie później.
- Ah! La monstre! A ty… va te faire foutre! - Warknąłem, powoli stając na nogi i otrzepując się z brudu.
Nie wiem co mnie ugryzło, ani czemu powiedziałem by się odpieprzył, ale gdyby nie stawiał oporu to byśmy się nie znaleźli w tej dziwnej sytuacji. Rich patrzyła się na mnie jak na kosmitę, ale nie zamierzałem mu tego tłumaczyć. Właściwie cieszyłem się, że wypaliłem to w innym języku. Francuskim, którego swojego czasu udało mi się trochę łyknąć… nie było to nic szczególnego, ale można było rzucić pojedynczym słówkiem.
- Hej ty wielki i napakowany! Nie chcesz czegoś na rozluźnienie? - Mój ojciec znów pojawił się z nikąd w tym swoich bajecznych ufajdanych wiecznie smarem spodniach trzymając w ramionach napoczętą paczkę, którego nie pamiętam bym ostatnio wypisał na liście zakupów. Ale cóż poradzić.
- A może papieroska? - Zaśmiał się machając wymiętym pudełkiem które trzymał zawsze w którejś z kieszeni skórzanej kurtki. Nie miało zresztą znaczenia gdzie, jego kieszenie były niczym czarna dziura.
Raz, że dziurawa, a dwa, ze nie mogłem najeść tych paczek szlugów gdy miałem ochotę akurat je wywalić do kosza. I tak by to powrotem wygrzebał choćby ze śmietniska, ale warto było próbować.
Co dodatkowo mnie dość zasmuciło, ale było też i przewidywalne… No, niestety Richard z wielką chęcią przystał na propozycje, zresztą wyglądał na takiego. Po prostu wyglądał.
- A ty synu wyrodny, wysil się choć trochę i podgrzej te kretyńską fasolkę z puszki!
- W cale nie kretyńską tylko ty nie umiesz otwierać blaszaków bez odbezpieczania broni! - Odkrzyknąłem ale zabrałem się do roboty, przy okazji schylając się po dodatkowa porcje. W końcu mieliśmy gościa… Przypadkiem, choć przyprowadziłem go tu w zupełnie innym celu.
Mieszając znudzony pachnącą jak pachnącą potrawę, dodając do tego przecieru z pomidorów, szynki, kiełbasy i ziół, nasłuchiwałem podekscytowanego głosu mojego ojca opisującego moje wyczyny z dzieciństwa.
- O ! A tu Malina miała cztery latka i dobrała się do moich prezerwatyw. Urocze prawda? - Postawiłem przed nimi podając talerze ciepłej fasolki po bretońsku i sam przysiadłem na jednym z foteli z rękami skrzyżowanymi na piersi.
- Oczywiście. Urocze ! - Burknąłem pakując sobie do ust pierwszą łyżkę dania i oczywiście natychmiast się zakrztusiłem. Aj, gorące.
Rychu ?
piątek, 30 stycznia 2015
Od Nelly ( CD. Faust 'a i Michaela ) :
Wróciłam do domu później niż zwykle.Strzałki zegarka na mojej ręce wskazywały już godzinę 16.10.Nagle usłyszałam podniesione głosy dobiegające zza drzwi.Weszłam do środka.
- Nelly ? To ty ? -usłyszłam głos babci.
- Tak ! -odkrzyknęłam.
- Dlaczego tak późno ? -babcia wyszła z pomieszczenia i stanęła przede mną.
- Spóźniłam się na autobus -powiedziałam.
- A dlacze...
- Musiałam załatwić jeszcze parę spraw po drodze i dlatego autobus mi uciekł -odparłam szybko próbując zaspokoić dociekliwość babci.
Kobieta potaknęła głową i wróciła do kuchni.Weszłam do salonu.
- Ja nigdzie nie jadę ! - krzyknął mój dziadek.
Staruszek siedział w głębokim ,wytartym fotelu ustawionym w kącie pokoju.
- Nie po to uciekałem żeby tam wracać !
- Dziadku ,co się stało ? -spytałam podchodząc bliżej.
- Na Sybir mnie wywieźć chcą...
- Ten stary piernik już nic nie pojmuje ! -babcia wpadła do pokoju. Na jej twarzy widniał grymas wściekłości - Zaproponowałam mu wyjazd do sanatorium ,a jemu od razu w głowie się poprzewracało -wyjaśniła.
- Nie wracam na Sy...
- Tato...-powiedziała czule moja matka niespodziewanie wchodząc do pokoju - Wiesz dobrze ,że sanatorium to nie Syberia ,poza tym to tylko kilka kilometrów dalej.
- A córeczko...ja po prostu jestem za stary na podróże.Niech twoja matka jedzie sama...
- Widzisz ?! I taka to z nim rozmowa ! -babcia wyszła z pokoju zrezygnowana.
Ruszyłam w ślad za nią zostawiając mamę i dziadka samych.
Kolejny dzień zapowiadał się dość źle.I gdyby ktoś mi powiedział ,że dziś jest piątek trzynastego uwierzyłabym mu nawet gdyby okazało się ,iż mamy środę.
Po pierwsze : zaspałam. Obudziłam się o pół godziny później niż powinnam.Kiedy w końcu zebrałam się i wyszłam z domu okazało się ,że mój autobus odjechał jakieś pięć minut temu.
Po drugie : spóźniłam się na pierwszą lekcję -biologię.Oczywiśćie ,, za karę '' zostałam dokładnie odpytana.Na moją małą iskierkę szczęśćia ten temat pamiętałam na tyle by dostać mocną czwórkę ,jednakże widziałam ,iż mój nauczyciel z wielką chęcią wstawiłby mi tróję.
Kiedy usłyszałam dzwonek na przerwę pierwszą rzeczą jaką zrobiłam to skierowanie się w stronę automatu.Wrzuciłam dwuzłotówkę i nacisnęłam numer 12. Patrzyłam jak woda mineralna porusza się i w pewnym momencie staje.Automat znowu się zaciął.
- Cześć.Nie wiesz może gdzie jest sala od polskiego ?
Odwróciłam się.Przede mną stał jakiś chłopak mówiący łamanym polskim.Zauważyłam też,że ma francuski akcent.
- Ale która sala ? Bo od polskiego jest kilka sal -zaczęłam je wymieniać.
- Eh...chodzi mi o salę 44.
- Sala 44 ? Będziesz ,więc musiał spowrotem zejść na dół.
- No dobra...Może ci pomóc ?
Spojrzałam na automat.
- Jasne. Przydałoby się.Cały czas się zacina ,a ja nie mam najmniejszego pojęcia jak to teraz wyjąć -tu wskazałam na butelkę wody mineralnej.
Ku mojemu zdziwieniu chłopak walnął pięścią kilka razy w maszynę ,a moja woda wyskoczyła chwilę później.
- Dzięki.A jak ci na imię ?
- Michael.A ty jak się nazywasz ?
- Nelly -odparłam -A więc Michael ...do której klasy chodzisz ?
- Jeszcze nie wiem.Mam się spotkać z jakąś nauczycielką w sali 44. Na razie tyle wiem.
Potaknęłam głową.
Chłopak pożegnał się i zszedł w dół po schodach.Odwróciłam się żeby odejść jednak momentalnie wpadłam na kogoś ,a raczej ktoś na mnie.
Jade ?
- Nelly ? To ty ? -usłyszłam głos babci.
- Tak ! -odkrzyknęłam.
- Dlaczego tak późno ? -babcia wyszła z pomieszczenia i stanęła przede mną.
- Spóźniłam się na autobus -powiedziałam.
- A dlacze...
- Musiałam załatwić jeszcze parę spraw po drodze i dlatego autobus mi uciekł -odparłam szybko próbując zaspokoić dociekliwość babci.
Kobieta potaknęła głową i wróciła do kuchni.Weszłam do salonu.
- Ja nigdzie nie jadę ! - krzyknął mój dziadek.
Staruszek siedział w głębokim ,wytartym fotelu ustawionym w kącie pokoju.
- Nie po to uciekałem żeby tam wracać !
- Dziadku ,co się stało ? -spytałam podchodząc bliżej.
- Na Sybir mnie wywieźć chcą...
- Ten stary piernik już nic nie pojmuje ! -babcia wpadła do pokoju. Na jej twarzy widniał grymas wściekłości - Zaproponowałam mu wyjazd do sanatorium ,a jemu od razu w głowie się poprzewracało -wyjaśniła.
- Nie wracam na Sy...
- Tato...-powiedziała czule moja matka niespodziewanie wchodząc do pokoju - Wiesz dobrze ,że sanatorium to nie Syberia ,poza tym to tylko kilka kilometrów dalej.
- A córeczko...ja po prostu jestem za stary na podróże.Niech twoja matka jedzie sama...
- Widzisz ?! I taka to z nim rozmowa ! -babcia wyszła z pokoju zrezygnowana.
Ruszyłam w ślad za nią zostawiając mamę i dziadka samych.
Kolejny dzień zapowiadał się dość źle.I gdyby ktoś mi powiedział ,że dziś jest piątek trzynastego uwierzyłabym mu nawet gdyby okazało się ,iż mamy środę.
Po pierwsze : zaspałam. Obudziłam się o pół godziny później niż powinnam.Kiedy w końcu zebrałam się i wyszłam z domu okazało się ,że mój autobus odjechał jakieś pięć minut temu.
Po drugie : spóźniłam się na pierwszą lekcję -biologię.Oczywiśćie ,, za karę '' zostałam dokładnie odpytana.Na moją małą iskierkę szczęśćia ten temat pamiętałam na tyle by dostać mocną czwórkę ,jednakże widziałam ,iż mój nauczyciel z wielką chęcią wstawiłby mi tróję.
Kiedy usłyszałam dzwonek na przerwę pierwszą rzeczą jaką zrobiłam to skierowanie się w stronę automatu.Wrzuciłam dwuzłotówkę i nacisnęłam numer 12. Patrzyłam jak woda mineralna porusza się i w pewnym momencie staje.Automat znowu się zaciął.
- Cześć.Nie wiesz może gdzie jest sala od polskiego ?
Odwróciłam się.Przede mną stał jakiś chłopak mówiący łamanym polskim.Zauważyłam też,że ma francuski akcent.
- Ale która sala ? Bo od polskiego jest kilka sal -zaczęłam je wymieniać.
- Eh...chodzi mi o salę 44.
- Sala 44 ? Będziesz ,więc musiał spowrotem zejść na dół.
- No dobra...Może ci pomóc ?
Spojrzałam na automat.
- Jasne. Przydałoby się.Cały czas się zacina ,a ja nie mam najmniejszego pojęcia jak to teraz wyjąć -tu wskazałam na butelkę wody mineralnej.
Ku mojemu zdziwieniu chłopak walnął pięścią kilka razy w maszynę ,a moja woda wyskoczyła chwilę później.
- Dzięki.A jak ci na imię ?
- Michael.A ty jak się nazywasz ?
- Nelly -odparłam -A więc Michael ...do której klasy chodzisz ?
- Jeszcze nie wiem.Mam się spotkać z jakąś nauczycielką w sali 44. Na razie tyle wiem.
Potaknęłam głową.
Chłopak pożegnał się i zszedł w dół po schodach.Odwróciłam się żeby odejść jednak momentalnie wpadłam na kogoś ,a raczej ktoś na mnie.
Jade ?
czwartek, 29 stycznia 2015
Od Ryana
- To ja – powiedział wkurzony Ryan.
Odwrócił się i stanął przodem do auta. Jaskrawo-pomarańczowa maska chevroleta camaro była podniesiona, choć raczej w geście bezbronności niż z jakiegoś praktycznego powodu. Mike, miłośnik wszelakich samochodów, może potrafiłby stwierdzić, co tym razem nawaliło, ale Ryan z całą pewnością nie. Całe szczęście udało mu się zjechać na pobocze autostrady międzynarodowej. Wśród nierównych kęp traw porastającej dolinę szerokie opony samochodu wyglądały zupełnie nie na miejscu. Podmuch powietrza od przetaczającej się ciężarówki zakołysał camaro.
- Nie było cię na historii. Myślałem, że znów ujawniły się twoje hormony i szlag cię walnął – zabrzmiał w telefonie głos Mike Baileya, współlokatora Ryana.
Ryan napiął szczękę i obrócił nadgarstek by spojrzeć na zegarek. Ominęło go znacznie więcej niż tylko historia. Była dwunasta. Teraz przymrozek minionej nocy wydawał się nierealny. W spoconą dłoń chłopaka, tuż obok paska od zegarka, wbił się komar. Ryan pstryknął go palcem.
Przypomniało mu się jak kiedyś, gdy był młodszy mama zabrała go na biwak. Nocowali w namiotach, spali w śpiworach, a w pobliżu zaparkowali schludnego Hyundai’a, na wypadek natarczywych owadów. Ta wyprawa nie miała nic wspólnego z przeżyciami tego dnia.
- Zrobiłeś dla mnie jakieś notatki? – zapytał.
- Nie – odparł Mike – Myślałem, że cię szlag walnął.
Ryan przygryzł wargę w chwilowej irytacji i poprawił telefon przyciśnięty do ucha.
- Kogut mi się rozkraczył. Przyjedź po mnie.
Wszyscy zwykli nazywać jego auto „kogutem”, przez to, że przy zapalaniu silnika wył jak stara antena i przy tym budził wszystkich na osiedlu.
Powoli minął go jakiś wypasiony samochód, pełen gapiących się pasażerów. Ryan był nawet niczego sobie, a widok camaro też nie był szczególnie przykry dla oka, jednak to nie ich uroda wzbudzała tak duże zainteresowanie. Chłopak pochodził ze szkoły w Wilczej Górze, która na razie cieszyła się wielkim uznaniem a on stał przy zepsutym, jaskrawopomarańczowym samochodzie co było prawdziwą atrakcją. Jednak Ryan, że miał na głowie teraz ważniejszy problem zlekceważył ich śmiech.
- Daj spokój, człowieku – rzucił Mike.
- Przecież i tak nie zamierzałeś iść na następne zajęcia. Wiesz co? Zaraz będzie przerwa na lunch – powiedział Ryan – Proszę.
Ostatnie słowo było taką rzadkością w ustach Ryana, że aż brzmienie tego wyrazu zaskoczyło jego samego.
Mike milczał przez dłuższą chwilę. Był w tym dobry. Wiedział, że nic tak nie zbija ludzi z tropu. Ale Ryan, w wyniku doświadczenia, zdążył się uodpornić na jego metody. Czekając, aż Mike przemówi, nachylił się i zajrzał do samochodu, żeby sprawdzić, czy nie ma w schowku czegoś do jedzenia. Obok autostrzykawki z adrenaliną znalazł kawałek suszonej szynki, przeterminowanej dwa lata temu. Niewykluczone, że leżała tam już, kiedy kupował samochód.
- Gdzie jesteś? – zapytał wreszcie Mike.
- Obok znaku granicznego z Wilczą Górą na sześćdziesiątce. Przywieś mi hamburgera. Aha, i kanister benzyny.
W baku z pewnością było jeszcze paliwo, ale dolanie go nie mogło przecież zaszkodzić.
- Ryan – głos Mike’a brzmiał oschle.
- Cole też możesz przywieść.
Mike się rozłączył. Ryan zdjął bluzę i rzucił ją na tylne siedzenie. Ciasny tył samochodu był zawalony przedmiotami codziennego użytku. Leżały tam: książka od chemii, zeszyt poplamiony cappuccino, zasunięte do połowy etui, z którego wysypywały się na siedzenie płyty kompaktowe, zmięte mapy, wydruki komputerowe, stary koc, latarka, dębowy patyk. Kiedy chłopak wydobył z tego chaosu jego nowy tablet, na siedzenie sfrunął rachunek za pizzę (jedna duża na grubym cieście, połowa z kiełbasą, połowa z cztery sery), dołączając do pięciu innych różniących się tylko datą.
Z tabletem w ręce oparł się o błotnik i niczym niekompetentny dzieciak z uśmieszkiem na twarzy zaczął grać w subway surfers, bo tak jak on sam twierdził – nigdy mu się nie znudzi. Za każdym razem kiedy przegrywał marszczył czoło a jego usta układały się w podłużną linię pełną skupienia. Po kilkunastu próbach, przeklinał w duchu Mike’a, że tak wolno jedzie i tableta, który się rozładował. Jego nuda dotykała już zenitu i na pokrytym kurzem bucie, zaczął rysować podłużne linie.
Wreszcie za camaro zatrzymało się bmw Mike’a Baileya. Karoseria z nosem rekina, w metalicznym ciemnografitowym kolorze, teraz była pokryta zielonkawym pyłem kwiatowym. Ryan najpierw poczuł pod stopami dudnienie basów, dopiero po chwili rozpoznał piosenkę. Czekał oparty o błotnik camaro, aż Mike wysiądzie z samochodu. Chłopak przyciskał do ucha telefon komórkowy. Znad jego swetra wystawał równo związany krawat. Zmarszczył czoło, ściszył radio i powiedział coś do telefonu poczym schował go do kieszeni od spodni.
Mike trzasnął drzwiami – wszystkimi trzaskał – i podszedł do bagażnika.
- Mój wkurwiający brat chce, żebyśmy się z nim spotkali dziś wieczorem na mieście w jakiejś knajpie. Chce się pochwalić Rose.
- Kto to jest Rose? – zapytał Ryan.
Mike wyjął z bagażnika kanister z benzyną. Nie zawracał sobie głowy trzymaniem jego tłustych ścianek z dala od ubrania. Podobnie jak Ryan miał na sobie zwykłe, czarne trampki, tylko, że on wyglądał dość schludnie. Warren miał niedbale postawiony kołnierzyk swojej ciemnej koszuli a spodnie były zabrudzone zeschniętym błotem u spodu.
Uśmiech Mike’a przecinał jego twarz cienką i drapieżną linią. Przód jego bmw nieprzypadkowo przypomina rekina. Po prostu samochód upodobnił się do właściciela.
- Nowa dziewczyna Matta. Powiedział, że mamy się dla niej odstawić.
Ryan nie cierpiał tego, że musi być miły dla brata Mike’a, ucznia wyższej klasy w Wilczej Górze. W rodzinie Baileyów wolność była skomplikowanym zagadnieniem, a teraz to Matt trzymał do niej klucze.
Wlew paliwa camaro był ukryty pod tablicą rejestracyjną podnoszoną na zawiasach. Mike w milczeniu przyglądał się, jak Ryan mocuje się z korkiem, kanistrem i tablicą.
- Ty powinien to zrobić – powiedział Ryan – Tobie to obojętne, że uświnisz sobie koszulę.
Mike podrapał się obojętnie po ręce. W zeszłym tygodniu woził się w wózku sklepowym przyczepionym do camaro i nadal miał jeszcze brązowe plamy błota po tej zabawie.
Mike ponownie zerknął na Ryana a jego spojrzeniu towarzyszyło westchnienie, które Ryan nazywał „oddechem palacza”: długi wdech przez rozszerzone nozdrza, powolny wydech przez rozchylone usta. Ale Mike nie palił. Wolał nałogi, które powodowały kaca.
- Lejesz sobie paliwo na spodnie, głupku – warknął.
Ryan przewrócił oczami. Chyba tylko przez to, że obydwoje „rozumieli” się bez słów i jeden mógł zwalić na drugiego być nazywani przybranymi przyjaciółmi. Ani jeden ani drugi nie był zbytnio towarzyski przez co jako współlokatorzy małego mieszkanka w bloku byli wybuchowym połączeniem.
Odwrócił się i stanął przodem do auta. Jaskrawo-pomarańczowa maska chevroleta camaro była podniesiona, choć raczej w geście bezbronności niż z jakiegoś praktycznego powodu. Mike, miłośnik wszelakich samochodów, może potrafiłby stwierdzić, co tym razem nawaliło, ale Ryan z całą pewnością nie. Całe szczęście udało mu się zjechać na pobocze autostrady międzynarodowej. Wśród nierównych kęp traw porastającej dolinę szerokie opony samochodu wyglądały zupełnie nie na miejscu. Podmuch powietrza od przetaczającej się ciężarówki zakołysał camaro.
- Nie było cię na historii. Myślałem, że znów ujawniły się twoje hormony i szlag cię walnął – zabrzmiał w telefonie głos Mike Baileya, współlokatora Ryana.
Ryan napiął szczękę i obrócił nadgarstek by spojrzeć na zegarek. Ominęło go znacznie więcej niż tylko historia. Była dwunasta. Teraz przymrozek minionej nocy wydawał się nierealny. W spoconą dłoń chłopaka, tuż obok paska od zegarka, wbił się komar. Ryan pstryknął go palcem.
Przypomniało mu się jak kiedyś, gdy był młodszy mama zabrała go na biwak. Nocowali w namiotach, spali w śpiworach, a w pobliżu zaparkowali schludnego Hyundai’a, na wypadek natarczywych owadów. Ta wyprawa nie miała nic wspólnego z przeżyciami tego dnia.
- Zrobiłeś dla mnie jakieś notatki? – zapytał.
- Nie – odparł Mike – Myślałem, że cię szlag walnął.
Ryan przygryzł wargę w chwilowej irytacji i poprawił telefon przyciśnięty do ucha.
- Kogut mi się rozkraczył. Przyjedź po mnie.
Wszyscy zwykli nazywać jego auto „kogutem”, przez to, że przy zapalaniu silnika wył jak stara antena i przy tym budził wszystkich na osiedlu.
Powoli minął go jakiś wypasiony samochód, pełen gapiących się pasażerów. Ryan był nawet niczego sobie, a widok camaro też nie był szczególnie przykry dla oka, jednak to nie ich uroda wzbudzała tak duże zainteresowanie. Chłopak pochodził ze szkoły w Wilczej Górze, która na razie cieszyła się wielkim uznaniem a on stał przy zepsutym, jaskrawopomarańczowym samochodzie co było prawdziwą atrakcją. Jednak Ryan, że miał na głowie teraz ważniejszy problem zlekceważył ich śmiech.
- Daj spokój, człowieku – rzucił Mike.
- Przecież i tak nie zamierzałeś iść na następne zajęcia. Wiesz co? Zaraz będzie przerwa na lunch – powiedział Ryan – Proszę.
Ostatnie słowo było taką rzadkością w ustach Ryana, że aż brzmienie tego wyrazu zaskoczyło jego samego.
Mike milczał przez dłuższą chwilę. Był w tym dobry. Wiedział, że nic tak nie zbija ludzi z tropu. Ale Ryan, w wyniku doświadczenia, zdążył się uodpornić na jego metody. Czekając, aż Mike przemówi, nachylił się i zajrzał do samochodu, żeby sprawdzić, czy nie ma w schowku czegoś do jedzenia. Obok autostrzykawki z adrenaliną znalazł kawałek suszonej szynki, przeterminowanej dwa lata temu. Niewykluczone, że leżała tam już, kiedy kupował samochód.
- Gdzie jesteś? – zapytał wreszcie Mike.
- Obok znaku granicznego z Wilczą Górą na sześćdziesiątce. Przywieś mi hamburgera. Aha, i kanister benzyny.
W baku z pewnością było jeszcze paliwo, ale dolanie go nie mogło przecież zaszkodzić.
- Ryan – głos Mike’a brzmiał oschle.
- Cole też możesz przywieść.
Mike się rozłączył. Ryan zdjął bluzę i rzucił ją na tylne siedzenie. Ciasny tył samochodu był zawalony przedmiotami codziennego użytku. Leżały tam: książka od chemii, zeszyt poplamiony cappuccino, zasunięte do połowy etui, z którego wysypywały się na siedzenie płyty kompaktowe, zmięte mapy, wydruki komputerowe, stary koc, latarka, dębowy patyk. Kiedy chłopak wydobył z tego chaosu jego nowy tablet, na siedzenie sfrunął rachunek za pizzę (jedna duża na grubym cieście, połowa z kiełbasą, połowa z cztery sery), dołączając do pięciu innych różniących się tylko datą.
Z tabletem w ręce oparł się o błotnik i niczym niekompetentny dzieciak z uśmieszkiem na twarzy zaczął grać w subway surfers, bo tak jak on sam twierdził – nigdy mu się nie znudzi. Za każdym razem kiedy przegrywał marszczył czoło a jego usta układały się w podłużną linię pełną skupienia. Po kilkunastu próbach, przeklinał w duchu Mike’a, że tak wolno jedzie i tableta, który się rozładował. Jego nuda dotykała już zenitu i na pokrytym kurzem bucie, zaczął rysować podłużne linie.
Wreszcie za camaro zatrzymało się bmw Mike’a Baileya. Karoseria z nosem rekina, w metalicznym ciemnografitowym kolorze, teraz była pokryta zielonkawym pyłem kwiatowym. Ryan najpierw poczuł pod stopami dudnienie basów, dopiero po chwili rozpoznał piosenkę. Czekał oparty o błotnik camaro, aż Mike wysiądzie z samochodu. Chłopak przyciskał do ucha telefon komórkowy. Znad jego swetra wystawał równo związany krawat. Zmarszczył czoło, ściszył radio i powiedział coś do telefonu poczym schował go do kieszeni od spodni.
Mike trzasnął drzwiami – wszystkimi trzaskał – i podszedł do bagażnika.
- Mój wkurwiający brat chce, żebyśmy się z nim spotkali dziś wieczorem na mieście w jakiejś knajpie. Chce się pochwalić Rose.
- Kto to jest Rose? – zapytał Ryan.
Mike wyjął z bagażnika kanister z benzyną. Nie zawracał sobie głowy trzymaniem jego tłustych ścianek z dala od ubrania. Podobnie jak Ryan miał na sobie zwykłe, czarne trampki, tylko, że on wyglądał dość schludnie. Warren miał niedbale postawiony kołnierzyk swojej ciemnej koszuli a spodnie były zabrudzone zeschniętym błotem u spodu.
Uśmiech Mike’a przecinał jego twarz cienką i drapieżną linią. Przód jego bmw nieprzypadkowo przypomina rekina. Po prostu samochód upodobnił się do właściciela.
- Nowa dziewczyna Matta. Powiedział, że mamy się dla niej odstawić.
Ryan nie cierpiał tego, że musi być miły dla brata Mike’a, ucznia wyższej klasy w Wilczej Górze. W rodzinie Baileyów wolność była skomplikowanym zagadnieniem, a teraz to Matt trzymał do niej klucze.
Wlew paliwa camaro był ukryty pod tablicą rejestracyjną podnoszoną na zawiasach. Mike w milczeniu przyglądał się, jak Ryan mocuje się z korkiem, kanistrem i tablicą.
- Ty powinien to zrobić – powiedział Ryan – Tobie to obojętne, że uświnisz sobie koszulę.
Mike podrapał się obojętnie po ręce. W zeszłym tygodniu woził się w wózku sklepowym przyczepionym do camaro i nadal miał jeszcze brązowe plamy błota po tej zabawie.
Mike ponownie zerknął na Ryana a jego spojrzeniu towarzyszyło westchnienie, które Ryan nazywał „oddechem palacza”: długi wdech przez rozszerzone nozdrza, powolny wydech przez rozchylone usta. Ale Mike nie palił. Wolał nałogi, które powodowały kaca.
- Lejesz sobie paliwo na spodnie, głupku – warknął.
Ryan przewrócił oczami. Chyba tylko przez to, że obydwoje „rozumieli” się bez słów i jeden mógł zwalić na drugiego być nazywani przybranymi przyjaciółmi. Ani jeden ani drugi nie był zbytnio towarzyski przez co jako współlokatorzy małego mieszkanka w bloku byli wybuchowym połączeniem.
środa, 28 stycznia 2015
Nowy członek - Jenna
Imię : Jenna ( czyt. Dżena ) Możne też mówić Dżej lub Chochlik. Tak w zasadzie moje prawdziwe imię to Jenahia ale go nienawidzę i nie używam.
Nazwisko : Flicker
Wiek : 16 lat
Płeć : kobieta
Partner : Aha, jassssssssne... Mogę mieć faceta - przyjaciele i na więcej nie licz, zresztą kto by ze mną wytrzymał nerwowo?!
Rodzina : Żyje sobie spokojnie w Indiach
Charakter : Hm, Dżej jest zdecydowanie chłopczyca. Pomimo swojego pochodzenia nie zachowuje się jak księżniczka. Wręcz przeciwnie: jak dzieciak z ulicy. Biega po nienormalnych miejscach, jest dość chamska, ale tylko jeśli ma powód taką być, no i w dodatku śmieje się tak głośno, że ściany drżą. Jest twardo stąpającą po ziemi dziewczyną, ale czasem pozwala sobie na odlot. Na ogół nie "zarzuca" biodrami przed nosem chłopców. Nie boi się burzy, ciemności, ani ciężkiej pracy. Woli przeżywać przygody niż siedzieć nad wodą i oglądać swoje odbicie. Lubi żartować, dobrze się bawić, ale wie kiedy przestać. Ma szacunek do innych, jest tolerancyjna. Nie zawsze mówi prawdę i jest świetną aktorką, ale nie robi tego często. Tylko jeśli musi. Nie lubi romantyzmu, "słodziaśnych" rzeczy itp. Lubi siedzieć i patrzyć w księżyc o zmroku, tajemnice przygody. Ma swoje własne zdanie na niektóre sprawy, odmienne od wszystkich. Może się przyjaźnić z chłopakami, ale nie licz na więcej. Jest czasem uważana za wariatkę lub złośnicę, przez co dostała takie przezwisko. Kocha wolność, otwartą przestrzeń. Nie lubi zamkniętych pomieszczeń i dzikich tłumów ale nie gardzi towarzystwem. Czasem używa słów z hindi, takie przyzwyczajenie.
Historia : Cóż, wychowywałam się w domu dziecka najpierw w Indiach, a potem z jakiegoś powodu mnie stamtąd przenieśli i wylądowałam w domu dziecka tutaj, w Polsce. Ale moi rodzice od niedawna nawiązali ze mną kontakt bo nagle sobie o mnie przypomnieli i kupili mi domek (są bogaci jak nie wiem co ) i załatwili wszystko tak, że mogę mieszkać sama.
Nick na howrse : keiraKD
Nowy członek- Artemizja
Imię : Artemizja
Nazwisko : Ral
Wiek : 17 lat
Płeć : kobieta
Partner : No powiecmy że jak na razie te sprawy ją nie interesują ale otwarta na propozycje
Rodzina : Jedynaczka...ojciec nie żyje a matka...się mnie wyparła
Charakter : Typowa buntowniczka. Nienawidzi jak jej ktoś dyktuje co ma robić. Lubi się przekomarzać. Szczera do bólu...Spontaniczna i spostrzegawcza. Jak coś obiecuje zawsze dotrzymuje słowa. Cierpliwa, ale jak każdy wie czasami cierpliwość się kończy. Wytrzymała fizycznie jak i psychicznie. Szybka w biegu i w myśleniu. Umie ukrywać uczucia. Czasami strasznie pyskuje. Nienawidzi kiedy ktoś jej pomaga...ale czasami pomoc przeciez jest konieczna. Jest bardzo przebiegła i sprytna, wychowała sie na ulicy, z kradzierzy się utrzymywała.
Historia : Ojciec przedawkował z nararkotykami i umar, matka odchowała mnie do 9 roku życia a potem samo wolka, radz sobie sama...
Nick na howrse : Natka2222
wtorek, 27 stycznia 2015
od Emilie(CD. Andrew'a)
Usiadłam obok chłopaka. Ja na niego nie patrzyłam, ale dosłownie czułam jak mi się przypatruje. Trzeba było jakoś rozluźnić atmosferę.
-Emilie.
Na chwilę zapadła głęboka cisza przerywana jedynie turkotem silnika i podskakującego pojazdu.
-Andrew-odparł.
-Kiepską masz pamięć, co?-mruknęłam nadal wpatrując się w przestrzeń przede mną.
-Nooo-pociągnął-Czytałaś?-zerknął na trzymany w dłoni przedmiot.
-Nie-odparłam-Znaczy nie celowo. Leżał otwarty, trudno nie zwrócić uwagi na napis ,,ta ruda jeździ ze mną autobusem".
Nie powstrzymałam uśmiechu. Ten nic nie odpowiedział zwarzył w rękach dziennik. Widać było, że ma biedaczyna zagwozdkę ,,po kiego usiadła obok?".
-Dobry wybór-powiedziałam.
-Jaki?
-To miejsce...-dopiero teraz spojrzałam na jego facjatę- dzisiaj nie zdążą sprawdzić ci biletu.
Chłopak uniósł brew.
-Na najbliższym przystanku-wyjaśniłam-wsiądzie kontroler. Zawsze zaczyna od przodu. Nim tu dotrze i ty, i ja zdążymy...-urwałam.
Mój rozmówca szybko machał długopisem. Najwyraźniej zanotował sobie tą informację.
Zgodnie z mą wróżbą kontroler wsiadł i zaczął od przodu, a kiedy był już parę foteli ode mnie autobus zatrzymał się. Wysiadłam i usiadłam na ławce, umieszczonej pod daszkiem przystanku. Wyszedł też ów sklerotyk, minął przystanek i pożegnał mnie niedbałym ruchem ręki.
-Svyazhite shnurki-rzuciłam.
Miało to posłużyć jako taki ,, żarcik". O dziwo jednak ten odwrócił się, pochylił, zawiązał sznurowadła i odszedł.
Autobus był właściwie pusty. Mało kto z miasta jeździ tymi drogami. Z wyjątkiem mnie w pojeździe byli tylko moi sąsiedzi z naprzeciwka i kierowca.
Wysiadłam, poprawiłam plecak na ramieniu i ruszyłam lekko dziurawym chodnikiem.
Aby uniknąć nieporozumień wyjaśnię skont znam ruski. Prawie całe dzieciństwo spędziłam w Polsce, ale miałam przemożną potrzebę poznania zarówno ruskiego co szwajcarskiego. Na wypadek gdyby tatusiek raczył się mną zainteresować dobrze byłoby móc się z nim jakoś dogadać.
-Emilie.
Na chwilę zapadła głęboka cisza przerywana jedynie turkotem silnika i podskakującego pojazdu.
-Andrew-odparł.
-Kiepską masz pamięć, co?-mruknęłam nadal wpatrując się w przestrzeń przede mną.
-Nooo-pociągnął-Czytałaś?-zerknął na trzymany w dłoni przedmiot.
-Nie-odparłam-Znaczy nie celowo. Leżał otwarty, trudno nie zwrócić uwagi na napis ,,ta ruda jeździ ze mną autobusem".
Nie powstrzymałam uśmiechu. Ten nic nie odpowiedział zwarzył w rękach dziennik. Widać było, że ma biedaczyna zagwozdkę ,,po kiego usiadła obok?".
-Dobry wybór-powiedziałam.
-Jaki?
-To miejsce...-dopiero teraz spojrzałam na jego facjatę- dzisiaj nie zdążą sprawdzić ci biletu.
Chłopak uniósł brew.
-Na najbliższym przystanku-wyjaśniłam-wsiądzie kontroler. Zawsze zaczyna od przodu. Nim tu dotrze i ty, i ja zdążymy...-urwałam.
Mój rozmówca szybko machał długopisem. Najwyraźniej zanotował sobie tą informację.
Zgodnie z mą wróżbą kontroler wsiadł i zaczął od przodu, a kiedy był już parę foteli ode mnie autobus zatrzymał się. Wysiadłam i usiadłam na ławce, umieszczonej pod daszkiem przystanku. Wyszedł też ów sklerotyk, minął przystanek i pożegnał mnie niedbałym ruchem ręki.
-Svyazhite shnurki-rzuciłam.
Miało to posłużyć jako taki ,, żarcik". O dziwo jednak ten odwrócił się, pochylił, zawiązał sznurowadła i odszedł.
Autobus był właściwie pusty. Mało kto z miasta jeździ tymi drogami. Z wyjątkiem mnie w pojeździe byli tylko moi sąsiedzi z naprzeciwka i kierowca.
Wysiadłam, poprawiłam plecak na ramieniu i ruszyłam lekko dziurawym chodnikiem.
Aby uniknąć nieporozumień wyjaśnię skont znam ruski. Prawie całe dzieciństwo spędziłam w Polsce, ale miałam przemożną potrzebę poznania zarówno ruskiego co szwajcarskiego. Na wypadek gdyby tatusiek raczył się mną zainteresować dobrze byłoby móc się z nim jakoś dogadać.
niedziela, 25 stycznia 2015
Od Michaela :
Pierwszy dzień w nowej szkole.Dla jednych łatwo ,a innym...na przykład mi -trudno.Zawsze miałem problemy ze znalezieniem jakichkolwiek znajomych nie mówiąc już o przyjaciołach. Tak ,więc...kiedy przekroczyłem próg szkoły poczułem się trochę nieswojo.Masa nieznajomych ludzi ,starszny tłok...Nie zwracając uwagi na moje myśli mówiące ,, Wyjdź stąd jak najszybciej '' poszedłem pierwszym lepszym korytarzem szukając klasy polskiego.Kiedy zdezorientowany wspiąłem się po schodach ,wchodząc na pierwsze piętro ,moim pierwszym widokiem była jakaś dziewczyna stojąca przed automatem z napojami.Na jej twarzy było widać głębokie zamyślenie.
- Cześć -powiedziałem - Nie wiesz może gdzie jest sala od polskiego ?
Dziewczyna odwróciła głowę w moją stronę.
- Ale ,która sala ? Bo od polskiego jest kilka sal.Sa numer 11 ,26 ,32...
- Eh....chodzi mi o salę 44.
Dziewczyna uśmiechnęła się.
- Sala 44 ? Będziesz ,więc musiał spowrotem zejść na dół.
- No dobra...-powiedziałem i już miałem się odwrócić kiedy zawahałem się i w końcu wydusiłem :
- Może ci pomóc ? -spojrzałem na automat.
- Jasne,Przydałoby się.Cały czas się zacina ,a ja nie mam najmniejszego pojęcia jak to teraz wyjąć -tu wskazała na zablokowaną wodę mineralną.
Podszedłem bliżej automatu i walnąłem go pięśćią kilka razy.Woda mineralna wypadła z niego kilka sekund później.
- Dzięki -odparła dziewczyna -A jak ci na imię ?
- Michael. A ty jak się nazywasz ?
- Nelly.
Nelly ?
- Cześć -powiedziałem - Nie wiesz może gdzie jest sala od polskiego ?
Dziewczyna odwróciła głowę w moją stronę.
- Ale ,która sala ? Bo od polskiego jest kilka sal.Sa numer 11 ,26 ,32...
- Eh....chodzi mi o salę 44.
Dziewczyna uśmiechnęła się.
- Sala 44 ? Będziesz ,więc musiał spowrotem zejść na dół.
- No dobra...-powiedziałem i już miałem się odwrócić kiedy zawahałem się i w końcu wydusiłem :
- Może ci pomóc ? -spojrzałem na automat.
- Jasne,Przydałoby się.Cały czas się zacina ,a ja nie mam najmniejszego pojęcia jak to teraz wyjąć -tu wskazała na zablokowaną wodę mineralną.
Podszedłem bliżej automatu i walnąłem go pięśćią kilka razy.Woda mineralna wypadła z niego kilka sekund później.
- Dzięki -odparła dziewczyna -A jak ci na imię ?
- Michael. A ty jak się nazywasz ?
- Nelly.
Nelly ?
Od Richarda ( CD. Faust 'a ) :
Chłopak był…. Interesujący. Z jednaj strony był gotowy kopnąć mnie i zwiać, a z drugiej przepraszał i to najwyraźniej szczerze. Sporo mnie w nim zastanawiało. Choćby to dlaczego się tak rumienił.
Szczerze mówiąc od zawsze lubiłem badać reakcję ludzi. To tak, jakbym chciał każdego prześwietlić, a najlepiej zrobić to właśnie przekraczając granice, przypierając ich do muru, zmusić do skrajnych emocji. Chyba właśnie dlatego lubiłem i kobiety i mężczyzn. Chodziło mi o ludzi, to jacy byli, a nie płeć czy inne bzdety.
Kiedy chłopak pociągnął mnie za rękę i po moim pytaniu wyjaśniła dokąd idziemy stanąłem jak wryty, na co i on mimowolnie się zatrzymał.
- Wait! He’s a cop? Ja nie lubię policji, ok? – burknąłem. – And… I oni nie lubią mnie.
- Tak… To by tłumaczyło to jaki jesteś poobijany. Ale spokojnie. Mój ojciec nie będzie ci robił problemów. No chodź!
- As you wish… Ale jak coś to się – znów ułamek sekundy zajęło mi przypomnienie sobie odpowiedniego określenia – zmywam.
- Dobra, dobra, a teraz chodź już! – znów złapał mnie za zdrową rękę i pociągną za sobą.
Brawo jestem ciągany przez jakieś chuchro. Ale o dziwo nie przeszkadzało mi to za bardzo.
Wsiedliśmy razem do autobusu. Jak zwykle kiedy pasażerowie mnie zobaczyli, z kierowcą włącznie, oczywiście, od razu rozległy się szepty, a każdy zaczął mocniej ściskać swoją torebkę, plecak, czy co tam kto cennego miał przy sobie.
- As always… - burknąłem i rozsiadłem się na tylnych siedzeniach, tuż po tym jak grupka szczeniaków prysnęła do przodu.
- Zawsze tak działasz na ludzi? – spytał Faust, siadając obok mnie.
- Yes… Przywykłem jakoś… - rzuciłem.
- Do zbyt towarzyskich to ty nie należysz... co? – spytał, na co się zaśmiałem.
- Is that what you think? – spytałem, wpatrując się w niego intensywnie. – You’re wrong, actually. Jestem bardzo towarzyski, ale niewielu jakoś lubi moje towarzystwo. People here are… ludzie tutaj… w tym kraju… są uprzedzeni i ciemni. Tak wy to mówicie, tak?
- To znaczy? Co dokładnie masz na myśli? – dopytywał.
- Może innym razem… powiem ci więcej – burknąłem. – Daleko jeszcze do tego twojego domciu?
Faust?
Szczerze mówiąc od zawsze lubiłem badać reakcję ludzi. To tak, jakbym chciał każdego prześwietlić, a najlepiej zrobić to właśnie przekraczając granice, przypierając ich do muru, zmusić do skrajnych emocji. Chyba właśnie dlatego lubiłem i kobiety i mężczyzn. Chodziło mi o ludzi, to jacy byli, a nie płeć czy inne bzdety.
Kiedy chłopak pociągnął mnie za rękę i po moim pytaniu wyjaśniła dokąd idziemy stanąłem jak wryty, na co i on mimowolnie się zatrzymał.
- Wait! He’s a cop? Ja nie lubię policji, ok? – burknąłem. – And… I oni nie lubią mnie.
- Tak… To by tłumaczyło to jaki jesteś poobijany. Ale spokojnie. Mój ojciec nie będzie ci robił problemów. No chodź!
- As you wish… Ale jak coś to się – znów ułamek sekundy zajęło mi przypomnienie sobie odpowiedniego określenia – zmywam.
- Dobra, dobra, a teraz chodź już! – znów złapał mnie za zdrową rękę i pociągną za sobą.
Brawo jestem ciągany przez jakieś chuchro. Ale o dziwo nie przeszkadzało mi to za bardzo.
Wsiedliśmy razem do autobusu. Jak zwykle kiedy pasażerowie mnie zobaczyli, z kierowcą włącznie, oczywiście, od razu rozległy się szepty, a każdy zaczął mocniej ściskać swoją torebkę, plecak, czy co tam kto cennego miał przy sobie.
- As always… - burknąłem i rozsiadłem się na tylnych siedzeniach, tuż po tym jak grupka szczeniaków prysnęła do przodu.
- Zawsze tak działasz na ludzi? – spytał Faust, siadając obok mnie.
- Yes… Przywykłem jakoś… - rzuciłem.
- Do zbyt towarzyskich to ty nie należysz... co? – spytał, na co się zaśmiałem.
- Is that what you think? – spytałem, wpatrując się w niego intensywnie. – You’re wrong, actually. Jestem bardzo towarzyski, ale niewielu jakoś lubi moje towarzystwo. People here are… ludzie tutaj… w tym kraju… są uprzedzeni i ciemni. Tak wy to mówicie, tak?
- To znaczy? Co dokładnie masz na myśli? – dopytywał.
- Może innym razem… powiem ci więcej – burknąłem. – Daleko jeszcze do tego twojego domciu?
Faust?
Od Faust 'a ( CD. Richarda i Nelly )
Puściłem jego pytanie mimo uszu i odłożyłem pistolet na miejsce ze zrezygnowaniem. Patrzyłem na niego, on na mnie, rzeczy oczywista. A cała ta sytuacja nie miała póki co przyszłość, no może prócz tego że zaraz przebiegnie tu jakieś dziecko.
- A ty ? Coś taki poobijany? - Odpowiedziałam pytanie na pytanie, na co zmarszczył lekko nos.
- Nie interesuj się. - Odparł krótko na co ja się uśmiechnąłem posyłając mu całuska.
- Wzajemnie. - Miałem zamiar go teraz po prostu wyminąć zostawić ten rozdział w historii za sobą i tak też postąpiłem. Przeszedłem zgrabnym kroczkiem koło niego muskając mu dłonią podbródek, lecz ten chwycił mnie w nadgarstku i nici z planu postawienia kolejnego kroku. Westchnąłem przygryzając ze zniecierpliwieniem dolną wargę.
- Puszczaj Rychu z łaski swojej. - Próbowałem uwolnić się z jego uścisku drugą ręką, ale to cholerstwo było jak kajdanki którymi miał mnie w zwyczaju przykuwać ojciec do stołu każąc się uczyć. Każdy rodzic przecież ma inne metody wychowawcze… Skuteczne lub mniej. Choć ten ruch zawsze mnie uziemiał.
- I’m Richard, Rich or Rick … To pierwsza rzecz, a po drugie niegrzecznie tak zbywać ludzi. - Uśmiechał się, ale nie lubiłem już tego uśmiechu na start. Kpił sobie ze mnie i dobrze wiedział ze nie mam co z tym zrobić.
Mogłem tylko stać i gromić go wzrokiem, a on i tak niebezpiecznie się zbliżał z tą swoją Rychowatą satysfakcją na mordzie. Nagle jednak ten teatrzyk przerwała najmniej chyba oczekiwana osoba jaka mogła bycz w tym miejscu.. A dokładniej małe dziecko… Nigdy więcej sklepów z zabawkami, choć fascynującym było iż była to dziewczynka, wchodząca w regał z zabawkami jak by nie patrzeć, przeznaczonymi dla chłopców.
- Mamusiu bo ta pani i pan się gwałcą. - Wrzasnęła z uciechą na mordzie. Doprawdy… na oko sześcio letnie dziecko wie jak dobierać słowo i oceniać sytuacje doprawdy fachowo.
Spojrzałem na Rich’a mrużąc oczy, po czym szturchnąłem do biodrem.
- Dziewucha ma racje panie gwałcicielu, jesteś trochę za blisko. - Sapnąłem, czując jego oddech na mordzie bo właśnie się pochylał w moją stronę.
- Nic nie szkodzi, mnie to pasuje. - Przestań się tak uśmiechać ! Nie zważając na stopień okrucieństwa i agresji w moim czynie, ani co więcej.. To, że było przy nas dziecko, a zaraz i sam rodzic, kopnąłem z całej siły z kolanka prosto w jego krocze.
- Za blisko powiedziałem! - Zaśmiałem się natychmiast zwiewając w stronę wyjścia, choć zdążyłem jeszcze usłyszeć krzyki o zwołanie policji i głośny jęk mojej zdaje się ofiary na dziś dzień.
Przelotem wycelowałem przemokłym już rożkiem z niedokończoną porcją lodów do kosza, o dziwo żaden z przebiegających koło mnie policjantów nic nie podejrzewał… Przynajmniej przez chwile.
- Hey you! - Przez chwile miałem wątpliwość czy nie przystanąć by zatrzeć choć trochę podejrzenia i wyjechać z gadką o pośpiechu na autobus, ale gdy się postanowiłem odwrócić zobaczyłem pędzącego w moją stronę Richard’a i jego dość przekonywującą mnie do tego bym przyspieszył.
- No! - Wrzasnąłem wpadając na jakaś mało istotną dziewczynkę na mojej drodze, której zresztą nie powinno tam być. No mniejsza, zawsze coś musi mi przeszkodzić. Wpadłem jak najszybciej do jakiegoś spożywczego, a mój prześladowca ślad za mną bo jak by inaczej. W końcu mnie złapał przypierając do jednej ze ścian i warknął groźnie na co ja uniosłem łapki do góry i przymknąłem oczy szykując się na cios.
- Możesz mi powiedzieć… Why you hit my ? - Zelżył uścisk, ale po dłuższej chwili po tamtym niezbyt miłym doświadczeniu postanowił mnie skrępować będąc teraz zdecydowanie za blisko. Speszyłem się i chciałem odwrócić wzrok.
- Look at me! - Warknął lekko mną potrząsając.
- Mógłbyś przestać mnie tak trzymać ? Proszę? - Szepnąłem ledwie słyszalnie, zwieszając czerwony na twarzy, głowę. Nie chciałem że by to zobaczy, a przy okazji wykorzystał.
Czułem się po prostu nie komfortowo w takiej sytuacji. Proszę sobie nie wyobrażać, to nic szczególnego… Naprawdę. Usiłowałem sobie wmówić klepiąc się lekko po pliczku.
- Ja… Ja przepraszam. - Spoglądając na niego nieśmiało z pod opadającym mi w nieładzie na twarz włosów.
- No i to rozumiem. - Uśmiechnął się jakoś tak blado, wyglądał teraz jakby nic nigdy się nie wydarzyło i rozczochrał mi tylko włosy jeszcze bardziej.
- Ej! - Rzuciłem z wyrzutem, ale teraz ciążyła na mnie pewna blokada. Blondyn mnie onieśmielił, w pewnym stopniu się go bałem, ale też teraz nie chciałem popełnić błędu. Było mi głupio.
- Naprawdę przepraszam. - Jęknąłem poprawiając mu pasek na którym trzymała się ta jego dłoń w gipsie, którą dopiero teraz zauważyłem. Emanował on taką siłą, że trudno było w nim zauważyć takie błahostki jak ludzkie słabość.
- Przecież już to powiedziałeś. - Zaśmiał się szturchając mnie lekko w ramie. Zacząłem masować to miejsce odruchowo, ale tak naprawdę musiałem gdzieś koniecznie podziać ręce.
- Ale mówię to raz jeszcze! Coś nie pasuje? ! - Warknąłem, choć w cale na celu nie miałem jego ponownej obrazy.
Spojrzałem przez szybę sklepowej wystawy i przeszedł mnie dreszcz bowiem dziewczynę którą przez przypadek prychnąłem na ziemie w biegu bez zawracania sobie głowy przeprosinami właśnie przesłuchiwali policjanci.
Jasnym było, że nas wyda, przecież mnie nie znała i co więcej wylądowała przeze mnie na podłodze.
Spojrzała w te stronę, a ja poczułem jak żołądek podchodzi mi do gardła. Zakaszlałem lekko, ale przełknąłem to co próbowało się przedostać na zewnątrz chwytając się za brzuch.
Natomiast ona nie poruszyła ku mojemu zdziwieniu nawet ustami. Policja pobiegła dalej mijając sklep, a ja odetchnąłem z ulgą… W pewnym stopniu.
- Are you fine? - Richard stał przy mnie gotowy by mnie podeprzeć. Czemu niby nie miał by se od tak pójść tylko sterczał tu przy mnie. A czemu ja czułam się przy nim tak dziwnie? Nie miałem pojęcia, ale oboje mieliśmy wspólny problem… Policje.
- Nie, nie, jest okey. - Rzuciłem wychodząc ze sklepu i idąc w stronę dziewczyny. Zapewne byłem blady, próbowałem powstrzymać drżenie ciała i chwiejny krok wywołany nagłym stresem.
Tak nigdy nie byłem dobry w szkolnych teatrzykach, ani nie zachowywałem spokoju gdy pobierano mi krew. Zwykle albo mdlałem, albo puszczałem pawia.
- No ten… Dzięki, ale też sorry. - Wybełkotałem stając przy niej i wyciągając do niej dłoń w geście ugody. Miałem przynajmniej na to nadzieje. Rich zaś stanął przy mnie posyłając mi pytające spojrzenie.
- No co ? Staram się być miły! - Jęknąłem, na co dziewczyna niepewnie się uśmiechnęła.
- Nawet nieźle ci idzie i nie ma sprawy. Choć lepiej byście już poszli. - W sumie, nie powiem, ze nie zrobiła na mnie wrażenia. Podchodzi do niej dwójka podejrzanych typów, a jeden to już w szczególność, a tu taki spokój.
Poczułem nagle ucisk na pośladku. Odwróciłem się natychmiastowo wyłapując dwie szczególne rzeczy.
Pierwsza. Była to ewidentnie dłoń Richard’a, a druga to fakt, że go to śmieszyło. A będąc dokładniejszym, czerwień na mojej twarzy wzbudziła jego zainteresowanie.
- Co ty wyprawiasz!? - Warknąłem natychmiast przywracając się jakoś do porządku i odpychając jego dłoń z pobliża mojego ciała.
- Ja bardzo przepraszam za tego kretyna… Idziemy! - Pociągnąłem go za sobą w stronę wyjścia z centrum.
- Where are we going now?
- Do mojego domu, musimy wyjaśnić dzisiejszy incydent z moim ojcem. Jest gliną, a ty przestań gapić się na mój tyłek!
Richard? Nelly? (sorry za cyrk )
Nowy członek - Ryan
Imię : Ryan
Nazwisko : Warren
Wiek : 18 lat
Płeć : mężczyzna
Partner : nie szuka (Nienawidzi stałych związków, woli te bez zobowiązań)
Rodzina : Rodzice rozwiedli się kilka lat po narodzeniu Ryan’a. Chłopak został z matką, bo przez to, że nie ukończył on wtedy jeszcze czternastu lat, nie mógł decydować o tym u kogo będzie mieszkać. Do tej pory ojciec nie zamierzał się już pokazywać.
Charakter : I oto jest. Postać od dziecięcych lat przemykająca pośród cieni innych, ze strachem w oczach i pustką w sercu. Czas potrafi zmienić wiele, zrobił to również z Ryan’em, tak długo schowanym za innymi, że w końcu stał się okazem największej wrogości, chamstwa i wyższości owianym gęstą mgłą tajemnicy. Dymem nie do przebycia, trującym i pełnym zagadek, tudzież pułapek. Pustkę zastąpił mrokiem, bliskim i nieskończonym zarazem, czyli wszystkim co miał. Nigdy nikogo nie potrzebował, zawsze umie poradzić sobie sam, zawodząc się na 'bliskich' nauczył się samodzielności. Zdał prawo jazdy i wykupił kawalerkę w mieście i tym osiągnął szczyt swojej samotności. Nie próbuj nawiązać z nim kontaktu, kończy się to mało subtelnym zbyciem napastnika czy też głębokimi słowami: „Wynoś się stąd”. Nie patrz mu w oczy, one mówią zupełnie co innego. Unosi się on pychą i nader za dużą pewnością siebie ale światło reflektorów jest zbyt palące jak na jego gust.
Nie będzie bać się twojego wzroku, lepiej, on uwielbia przepalać innych spojrzeniem. Nie ucieka przy najbliższej okazji, a pchnięty do muru - atakuje. Nie obchodzi się z ludźmi łagodnie, jednak nie brakuje mu kultury wpajanej przez matkę od dzieciństwa. Tłum oraz towarzystwo, do tego nie przywykł, a jak wiadomo to co nowe nie zawsze jest dobre. Osiemnaście lat nauczyło go, że warto interesować się jedynie czubkiem własnego nosa. Robiąc coś dla innych można wyłącznie stracić, potknąć się na własnej naiwności. On przecież stracił zbyt wiele. Ot, najzwyklejszy w świecie egoista. Bardzo wysoko ceni sobie milczenie, natręctwa otwarcie nie znosi. Można uznać go za denerwującego i skłonnego do kłótni czy ataku. Nie kryje się ze swymi przekonaniami. Nie wtrąca się do rozmów nieproszony. Krzyczysz jego imię, pragnąc zwrócić uwagę ciemnego blondyna. Cisza. Na jego ustach pojawia się kpiący grymas. Brak litości, brak zrozumienia. Teraz zdajesz się jedynie na swoje umiejętności, sam zmiesza cię z błotem. Ale to ty odebrałeś sobie szansę na szacunek, odciąłeś możliwość zaufania.
Świat brutalnie potraktował masę ludzi, niektórzy poddają się, inni starają się zmienić. Być kimś, kim nie są. On zdecydował się na samotność, na samego siebie. Własny umysł i przekonania, trudno go złamać. Zmusić do działania narzuconego z góry, broni się przed tym, zapiera się przed tym rękoma i nogami. Nigdy nie okazuje swoich słabości, lękom stara się przeciwstawiać.
Najgorsze jednak w tym wszystkim jest to, że on nie ukazuje ani grama zainteresowania zabawą. Jest typem drętwego faceta, który woli ślęczeć nad książkami. Ciągle chodzi zdenerwowany i spięty. Wszystko zawsze ma napięte na ostatni guzik. Jest jednak coś z czym wiąże swoją przyszłość. Chciałby być detektywem, śledczym i już teraz gdy tylko może pomaga innym w rozwiązywaniu zagadek. Mówiono mu, że ma świetny zmysł i jest bardzo wyczulony na kłamstwa. Kiedy zjawia się na posterunku policji a ci proponują mu, że może im pomóc czuje się jak rybka w morzu. To jest to co kocha, zawsze stawiał pracę na pierwszym miejscu. I mimo tego, że jest hipokrytą, postara się być dla ciebie wiarygodnym. Jeśli tylko na to zasłużysz.
Historia : Nie ma się co rozpisywać… Nie ma co wspominać… A co ty myślałeś?! Że, Pan Warren osobiście wyzna ci co trzyma w sobie? On nie mówi tego przypadkowym osobom.
Nick na howrse : Lew
sobota, 24 stycznia 2015
Nowy członek - Michael
Imię : Michael
Nazwisko : Marmouget
Wiek : 16 lat
Płeć : mężczyzna
Partner : brak
Rodzina : matka ,ojciec i dziadkowie
Charakter : Michael to przeciętny chłopak.Nie jest agresywny ,ale i do spokojnych nie należy.Kiedy bardzo mu na czymś zależy umie postawić na swoim i nie odpuszczać.Zazwyczaj jest łagodny i zabawny ,ale to nie zmienia tego ,że czasem i jego potrafią ponieść emocje.Głośno mówi o tym co myśli i broni swoich racji ( przez to czasem brał udział w bójkach w roli głównej ).Nie jest on tchórzem i stawia czoła wyzwaniom ,jednakże zna umiar i wie kiedy przestać.
Historia : Michael jest Francuzem.Urodził się we Francji ,w Paryżu ,i mieszkał tam do siódmego roku życia.Potem razem z rodzicami przeniósł się do Polski ( gdyż jego ojciec dostał tam dobrze płatną pracę ,o której marzył )i zamieszkał z dziadkami ,którzy wyemigrowali z rodzinnego kraju kilka lat temu.Niestety dwa lata później matka dostała propozycję pracy w jednym z najlepszych domów mody Francji i wyjeżdża tam do pracy ,wracając do Polski tylko raz w miesiącu.
Nick na howrse : Spring
piątek, 23 stycznia 2015
Od Nelly
Stałam na szkolnym korytarzu opierając się plecami o ścianę.Nie musiałam długo czekać na dzwonek.Chwilę później rozbrzmiał on donośnym dźwiękiem wwiercając się w uszy.Uczniowe po kolei wchodzili do swoich klas.Wyprostowałam się ,westchnęłam i weszłam do sali jako jedna z ostatnich.Rozejrzałam się w poszukiwaniu wolnego miejsca.Wszystkie ławki były już chyba zajęte...ewentualnie mogłam usiąść obok ,którejść z samotnie siedzących osób.Nagle mój wzrok padł na pustą ławkę stojącą w rzędzie przy ścianie.Skierowałam się w jej stronę i usiadłam.Lekcja rozpoczęła się.
- A ,więc widzicie.Oblicza się to...-spojrzałam na zegarek odrywając wzrok od nauczycielki.Minęło pół lekcji ,a mój zeszyt miał już zapisane pięć stron wymiaru A4.Jak tak dalej pójdzie to będę musiała ,chyba kupić sobie gruby brulion A3.
Moje przemyślenia rozwiał dźwięk otwieranych drzwi.Do sali wpadła jakaś rudowłosa dziewczyna.
- Dzień dobry ,przepraszam za spóźnienie...
- Siadaj -powiedziała nauczycielka ,niezadowolona ,iż przerwano jej wykład.
Dziewczyna przytaknęła i ku mojemu zdziwieniu usiadła obok mnie.Spojrzałam na ,,rudą '' taksując ją wzrokiem.Była dziwnie ubrana ,tak...trochę wiejsko.I podczas ,gdy ja codziennie rano ,,psikałam '' się wodą toaletową z owoców leśnych ,czuć od niej było siano.
Nim się obejrzałam minęła matematyka ,a tuż po niej i chemia.Wyszłam przed budynek zaczerpnąć świeżego powietrza.
- Hej -powiedziałam podchodząc w stronę ,,rudej ''.
Dziewczyna podniosła wzrok znad książki.
- Cześć -odparła.
- Jestem Nelly...,Nelly Lorentz.A ty ?
Dziewczyna zawahała się lekko ,jednak odpowiedziała :
- Emilie Morozow,
Hmmm....skąd ja znam to nazwisko ?
- Masz może w szkole jakieś rodzeństwo ? -spytałam.
- Nie.Jestem jedynaczką.Coś się stało ? -spytała ,jednakże możliwie iź domyśliła się celu moich dociekań.
- Nie ,wszystko w porządku.Po prostu wydaje mi się ,że już gdzieś słyszałam twoje...
- Hi guys.What 's up ! -nagle koło nas pojawiła się dziewczyna o wściekle czerwonych włosach.
- Cześć. Jesteś nietutejsza ? -zapytała Emilie.
- Tak ,sorry ,jestem z Los Angeles i mam niemałe...Yyy...Problems ?
- Problemy ,jestem Emilie ,ta to Nelly ,a ty ? -zaskoczyło mnie jak szybko poznana przeze mnie dziewczyna potrafi nawiązać znajomość ,jednakże czułam w jej głosie nutę niepewności.
- Jade -przedstawiła się -Nice to meet you.Oj sorry ,miło was poznać ,ah...
- Wiesz...na polskim to sobie poprawisz -doradziła Emilie - ja na przykład jestem z Moskwy.
- Aha ,a gdzie jest sala historyczna ?
- Wiesz ,zaprowadzę cię tam -powiedziałam z uśmiechem - A ty Emilie ? Idziesz z nami ?
Dziewczyna pokręciła przecząco głową tłumacząc ,iż musi załatwić jeszcze parę spraw.Razem z Jade udałyśmy się w stronę sali historycznej.Kiedy tam dotarłyśmy ,uwagę mojej nowej koleżanki przykuł jakiś chłopak.Jade zaczerwieniła się.
- Tamten facet to Andrew ,jest w trzeciej klasie liceum -wyjaśniłam.
- Nelly ,da się przenieść trochę wyżej o klasę ? -zapytała dziewczyna z nadzieją w głosie.
- Nie ,niestety nie...
- Oh...-usłyszałam ciche westchnięcie.
Nastepną lekcją była historia.Omawialiśmy wybuch pierwszej wojny światowej.Słuchałam uważnie każdego słowa nauczycielki ,jednakże była ona bezradna wobec rozkojarzonej i krzyczącej klasy ,toteż trudno było usłyszeć jakiekolwiek zdanie.
Reszta dnia minęła w spokojniejszej atmosferze.Kiedy wybiła godzina 14.30 większość uczniów skończyła już lekcje ,włącznie z moją klasą.Pożegnałam się z Emilie i Jade ,po czym udałam się w stronę przystanka autobusowego.
Niosąc w dłoniach dużą ,czarną teczkę ,wypchanął różnymi rysunkami i dźwigając mały ,również czarny ,plecak z każdym krokiem zbliżałam się do mojego celu ,wmiędzyczasie wypatrując nadjeżdzającego autobusu.W pewnym momencie obok mnie przebiegły dwie osoby.Po zderzeniu z nim straciłam równowagę i upadłam na chodnik.Ku mojemu zdziwieniu owe osoby wpadły z impetem,do małego sklepiku kilka metrów dalej ,chowając się za półkami z makaronem.Jeden z nich był wysokim chłopakiem z ręką w gipsie ,a druga osoba była drobnej budowy ,przypominając dziewczynę.
Wstałam i otrzepałam spodnie podnosząc z ziemi teczkę.Większość jej zawartości wysypała się na chodnik.Kucnęłam próbując pozbierać rysunki spod nóg przechodniów.Nagle obok mnie pojawiło sie dwóch zdyszanych policjantów.
- Nie widziałaś może panienko dwóch łobuzów ?Powinni przebiegać tędy przed chwilą. -mężczyźni opisali wygląd poszukiwanych przed nich osób.Opisy zgadzały się do chłopaków chowających się kilka metrów dalej.
Obejrzałam się na sklep ,lecz po chwili ponownie spojrzałam na policjantów.
Co mam im powiedzieć ? To chyba oni ,ale...
Ku mojemu zdziwieniu policjanci minęli mnie zrezygnowani i pobiegli dalej.Spojrzałam w stronę otwierających się dzrzwi sklepu.Wyszło stamtąd dwóch chłopaków.
Faust ? Richard ?
- A ,więc widzicie.Oblicza się to...-spojrzałam na zegarek odrywając wzrok od nauczycielki.Minęło pół lekcji ,a mój zeszyt miał już zapisane pięć stron wymiaru A4.Jak tak dalej pójdzie to będę musiała ,chyba kupić sobie gruby brulion A3.
Moje przemyślenia rozwiał dźwięk otwieranych drzwi.Do sali wpadła jakaś rudowłosa dziewczyna.
- Dzień dobry ,przepraszam za spóźnienie...
- Siadaj -powiedziała nauczycielka ,niezadowolona ,iż przerwano jej wykład.
Dziewczyna przytaknęła i ku mojemu zdziwieniu usiadła obok mnie.Spojrzałam na ,,rudą '' taksując ją wzrokiem.Była dziwnie ubrana ,tak...trochę wiejsko.I podczas ,gdy ja codziennie rano ,,psikałam '' się wodą toaletową z owoców leśnych ,czuć od niej było siano.
Nim się obejrzałam minęła matematyka ,a tuż po niej i chemia.Wyszłam przed budynek zaczerpnąć świeżego powietrza.
- Hej -powiedziałam podchodząc w stronę ,,rudej ''.
Dziewczyna podniosła wzrok znad książki.
- Cześć -odparła.
- Jestem Nelly...,Nelly Lorentz.A ty ?
Dziewczyna zawahała się lekko ,jednak odpowiedziała :
- Emilie Morozow,
Hmmm....skąd ja znam to nazwisko ?
- Masz może w szkole jakieś rodzeństwo ? -spytałam.
- Nie.Jestem jedynaczką.Coś się stało ? -spytała ,jednakże możliwie iź domyśliła się celu moich dociekań.
- Nie ,wszystko w porządku.Po prostu wydaje mi się ,że już gdzieś słyszałam twoje...
- Hi guys.What 's up ! -nagle koło nas pojawiła się dziewczyna o wściekle czerwonych włosach.
- Cześć. Jesteś nietutejsza ? -zapytała Emilie.
- Tak ,sorry ,jestem z Los Angeles i mam niemałe...Yyy...Problems ?
- Problemy ,jestem Emilie ,ta to Nelly ,a ty ? -zaskoczyło mnie jak szybko poznana przeze mnie dziewczyna potrafi nawiązać znajomość ,jednakże czułam w jej głosie nutę niepewności.
- Jade -przedstawiła się -Nice to meet you.Oj sorry ,miło was poznać ,ah...
- Wiesz...na polskim to sobie poprawisz -doradziła Emilie - ja na przykład jestem z Moskwy.
- Aha ,a gdzie jest sala historyczna ?
- Wiesz ,zaprowadzę cię tam -powiedziałam z uśmiechem - A ty Emilie ? Idziesz z nami ?
Dziewczyna pokręciła przecząco głową tłumacząc ,iż musi załatwić jeszcze parę spraw.Razem z Jade udałyśmy się w stronę sali historycznej.Kiedy tam dotarłyśmy ,uwagę mojej nowej koleżanki przykuł jakiś chłopak.Jade zaczerwieniła się.
- Tamten facet to Andrew ,jest w trzeciej klasie liceum -wyjaśniłam.
- Nelly ,da się przenieść trochę wyżej o klasę ? -zapytała dziewczyna z nadzieją w głosie.
- Nie ,niestety nie...
- Oh...-usłyszałam ciche westchnięcie.
Nastepną lekcją była historia.Omawialiśmy wybuch pierwszej wojny światowej.Słuchałam uważnie każdego słowa nauczycielki ,jednakże była ona bezradna wobec rozkojarzonej i krzyczącej klasy ,toteż trudno było usłyszeć jakiekolwiek zdanie.
Reszta dnia minęła w spokojniejszej atmosferze.Kiedy wybiła godzina 14.30 większość uczniów skończyła już lekcje ,włącznie z moją klasą.Pożegnałam się z Emilie i Jade ,po czym udałam się w stronę przystanka autobusowego.
Niosąc w dłoniach dużą ,czarną teczkę ,wypchanął różnymi rysunkami i dźwigając mały ,również czarny ,plecak z każdym krokiem zbliżałam się do mojego celu ,wmiędzyczasie wypatrując nadjeżdzającego autobusu.W pewnym momencie obok mnie przebiegły dwie osoby.Po zderzeniu z nim straciłam równowagę i upadłam na chodnik.Ku mojemu zdziwieniu owe osoby wpadły z impetem,do małego sklepiku kilka metrów dalej ,chowając się za półkami z makaronem.Jeden z nich był wysokim chłopakiem z ręką w gipsie ,a druga osoba była drobnej budowy ,przypominając dziewczynę.
Wstałam i otrzepałam spodnie podnosząc z ziemi teczkę.Większość jej zawartości wysypała się na chodnik.Kucnęłam próbując pozbierać rysunki spod nóg przechodniów.Nagle obok mnie pojawiło sie dwóch zdyszanych policjantów.
- Nie widziałaś może panienko dwóch łobuzów ?Powinni przebiegać tędy przed chwilą. -mężczyźni opisali wygląd poszukiwanych przed nich osób.Opisy zgadzały się do chłopaków chowających się kilka metrów dalej.
Obejrzałam się na sklep ,lecz po chwili ponownie spojrzałam na policjantów.
Co mam im powiedzieć ? To chyba oni ,ale...
Ku mojemu zdziwieniu policjanci minęli mnie zrezygnowani i pobiegli dalej.Spojrzałam w stronę otwierających się dzrzwi sklepu.Wyszło stamtąd dwóch chłopaków.
Faust ? Richard ?
Od Andrew 'a ( CD. Jade )
Ostatnie co pamiętam to że zapisywałem w moim dzienniku jak dojść do szkoły...potem usnąłem.Obudziłem się wczesnym rankiem.Jak zawsze towarzyszył temu ból głowy i całkowite pranie mózgu.Nie pamiętałem nic z dnia wczorajszego.Chyba jeśli zakupy brać pod uwagę...Szybko się ubrałem i wybiegłem z dziennikiem w ręku i muzyką w uszach.Patrzyłem dokładnie gdzie mam iść.Najpierw prosto i potem na przystanek ,,Fridant'a" następnie autobusem 10 minut...
i jestem.Szybko otworzyłem drzwi i udałem się w stronę szatni.Zostawiłem swoje rzeczy i zarzucając torbę na ramie ruszyłem w stronę swojej klasy.Minęły trzy lekcje.Polski,i jedna z zajęć artystycznych.Stałem właśnie przed salą gdy jakieś dziewczyny zaczęły się na mnie gapić.Jedna z nich jeździ chyba ze mną w autobusie.Warto to zapisać.Otworzyłem dziennik i dodałem nowy wpis.Wtem usłyszałem dzwonek na lekcje.Czas na podwójną godzinę plastyki.W połowie lekcji zostałem poproszony o przyniesienie z klasy historycznej tak zwaną ,,mapę" po świecie sztuki,na której były opisy epok itp...Zapisałem w dzienniku żeby nie zapomnieć i wyszedłem z klasy.Zapukałem do sali obok i wszedłem.Przywitałem się z panią i poprosiłem od klucz do składzika.Podała mi go,powracając do lekcji upomniała chichoczące dziewczyny.Zacząłem przeglądać różne mapy,książki i inne materiały naukowe.Złapałem spadające rulony,jednak kilka rzeczy pospadało i narobiło hałasu.
-Andrew? Wszystko w porządku?-krzyknęła z sali historyczka-Nie potrzebujesz pomocy?
-Net,mem nichego!-odkrzyknąłem że nic mi nie jest.Szybko zabrałem mapę i wybiegłem z klasy.Reszta lekcji jakoś szybko minęła.Na koniec zabrałem swoje rzeczy i ruszyłem na przystanek.Tam spotkałem dziewczynę którą widziałem w autobusie ,a potem w szkole na przerwie.Widocznie czekała na mnie bo ciągle się na mnie patrzyła.Podszedłem do niej i zapytałem czy coś ode mnie chce.
-To chyba twoje.Tak?-powiedziała wyciągając rękę z moim dziennikiem.Czyli jednak zostawiłem go w składziku...Podziękowałem jej szybko odchodząc....Ta jednak poszła za mną,a w autobusie siadła obok mnie.
Czy ty czegoś jeszcze chcesz?
i jestem.Szybko otworzyłem drzwi i udałem się w stronę szatni.Zostawiłem swoje rzeczy i zarzucając torbę na ramie ruszyłem w stronę swojej klasy.Minęły trzy lekcje.Polski,i jedna z zajęć artystycznych.Stałem właśnie przed salą gdy jakieś dziewczyny zaczęły się na mnie gapić.Jedna z nich jeździ chyba ze mną w autobusie.Warto to zapisać.Otworzyłem dziennik i dodałem nowy wpis.Wtem usłyszałem dzwonek na lekcje.Czas na podwójną godzinę plastyki.W połowie lekcji zostałem poproszony o przyniesienie z klasy historycznej tak zwaną ,,mapę" po świecie sztuki,na której były opisy epok itp...Zapisałem w dzienniku żeby nie zapomnieć i wyszedłem z klasy.Zapukałem do sali obok i wszedłem.Przywitałem się z panią i poprosiłem od klucz do składzika.Podała mi go,powracając do lekcji upomniała chichoczące dziewczyny.Zacząłem przeglądać różne mapy,książki i inne materiały naukowe.Złapałem spadające rulony,jednak kilka rzeczy pospadało i narobiło hałasu.
-Andrew? Wszystko w porządku?-krzyknęła z sali historyczka-Nie potrzebujesz pomocy?
-Net,mem nichego!-odkrzyknąłem że nic mi nie jest.Szybko zabrałem mapę i wybiegłem z klasy.Reszta lekcji jakoś szybko minęła.Na koniec zabrałem swoje rzeczy i ruszyłem na przystanek.Tam spotkałem dziewczynę którą widziałem w autobusie ,a potem w szkole na przerwie.Widocznie czekała na mnie bo ciągle się na mnie patrzyła.Podszedłem do niej i zapytałem czy coś ode mnie chce.
-To chyba twoje.Tak?-powiedziała wyciągając rękę z moim dziennikiem.Czyli jednak zostawiłem go w składziku...Podziękowałem jej szybko odchodząc....Ta jednak poszła za mną,a w autobusie siadła obok mnie.
Czy ty czegoś jeszcze chcesz?
Od Jade : Poranek
Otwierałam powoli oczy.Na stoliku nocnym stał budzik,który nie dzwonił.To było dziwne.Czekałam,aż "mgła"odejdzie i zobaczyłam to,7:30.Po niedługim namyśle wstałam bardzo szybko.Zeszłam na dół,powitałam mamę i poszłam do łazienki.Po paru minutach byłam gotowa.Nie chciałam marnować czasu na jedzenie,więc poszłam na korytarz.Gdy zobaczyłam się w lustrze zauważyłam,że się nie pomalowałam.I znowu to samo:związać włosy w kucyk,podkład,kredki do brwi,eyeliner i jeszcze inne kosmetyki.Nareszcie na 100% byłam gotowa.
-Bye,mom!
Na szczęście zdążyłam jakoś na autobus.Gdy weszłam zauważyłam jakoś dziewczynę,dość płaską,którą coś mdli.No cóż zdarza się.Siadłam jak zwykle na końcu.Na środku autobusu zobaczyłam jakiegoś faceta.Pomyślałam sobie,,O boże,jakie ciacho".Był przystojny i to bardzo.Gdy stanęliśmy zobaczyłam szkołę.Znowu trzeba wrócić do szarej rzeczywistości.Pierwsza lekcja,matma,potem chemia i przerwa 10 minutowa.Pomyślałam sobie,że łatwo tu się zgubić i że taka szkoła powinna być płatna,bo po prostu jest niesamowita.Wcześniej,gdy sie przeprowadziłam to wyobrażałam sobie szkoły tak:wielki kloc,zero światła,i nudne klasy.Wyszłam na dwór.Zobaczyłam tam jakieś dziewczyny.Postanowiłam się jakoś przedstawić.
-Hi guys,What's up!-Nagle jakbym zapomniałam,że jestem w Polsce.
-Cześć,jesteś nie tutejsza-Zapytała się jakaś ruda.
-Tak,sorry jestem z Los Angeles i mam niemałe....Yyy...Problems???
-Problemy,jestem Emilly,ta to Nelly,a ty?
-Jade,Nice to meet you.Oj sorry,miło was poznać,ah...
-Wiesz na polskim sobie to poprawisz,ja na przykład jestem z Moskwy.
-Aha,a gdzie jest sala historyczna?
-Wiesz zaprowadzę Cię tam.-odpowiedziała Nelly.
Po chwili znalazłyśmy się pod klasą.Przy innej sali stał właśnie ten chłopak.Nagle on spojrzał na mnie i puścił oczko.Zaczerwieniłam się.Przyrzekłam sobie,że nigdy,ale to nigdy do 18-stki nie będę miała chłopaka,ale...
-Tamten facet to Andrew,jest w 3 klasie liceum.
-Nelly,da się przenieść trochę wyżej o klasę?
-Nie,niestety nie...
-Oh...
Zadzwonił dzwonek,czas iść do klasy na lekcję historii.Mam nadzieję,że będzie ciekawie.
Ktoś musi odpisać XD
-Bye,mom!
Na szczęście zdążyłam jakoś na autobus.Gdy weszłam zauważyłam jakoś dziewczynę,dość płaską,którą coś mdli.No cóż zdarza się.Siadłam jak zwykle na końcu.Na środku autobusu zobaczyłam jakiegoś faceta.Pomyślałam sobie,,O boże,jakie ciacho".Był przystojny i to bardzo.Gdy stanęliśmy zobaczyłam szkołę.Znowu trzeba wrócić do szarej rzeczywistości.Pierwsza lekcja,matma,potem chemia i przerwa 10 minutowa.Pomyślałam sobie,że łatwo tu się zgubić i że taka szkoła powinna być płatna,bo po prostu jest niesamowita.Wcześniej,gdy sie przeprowadziłam to wyobrażałam sobie szkoły tak:wielki kloc,zero światła,i nudne klasy.Wyszłam na dwór.Zobaczyłam tam jakieś dziewczyny.Postanowiłam się jakoś przedstawić.
-Hi guys,What's up!-Nagle jakbym zapomniałam,że jestem w Polsce.
-Cześć,jesteś nie tutejsza-Zapytała się jakaś ruda.
-Tak,sorry jestem z Los Angeles i mam niemałe....Yyy...Problems???
-Problemy,jestem Emilly,ta to Nelly,a ty?
-Jade,Nice to meet you.Oj sorry,miło was poznać,ah...
-Wiesz na polskim sobie to poprawisz,ja na przykład jestem z Moskwy.
-Aha,a gdzie jest sala historyczna?
-Wiesz zaprowadzę Cię tam.-odpowiedziała Nelly.
Po chwili znalazłyśmy się pod klasą.Przy innej sali stał właśnie ten chłopak.Nagle on spojrzał na mnie i puścił oczko.Zaczerwieniłam się.Przyrzekłam sobie,że nigdy,ale to nigdy do 18-stki nie będę miała chłopaka,ale...
-Tamten facet to Andrew,jest w 3 klasie liceum.
-Nelly,da się przenieść trochę wyżej o klasę?
-Nie,niestety nie...
-Oh...
Zadzwonił dzwonek,czas iść do klasy na lekcję historii.Mam nadzieję,że będzie ciekawie.
Ktoś musi odpisać XD
czwartek, 22 stycznia 2015
Od Richarda ( CD. Faust 'a )
Odłożyłem telefon bardzo powoli, starając się z całych sił nie rzucić nim o ścianę. Wreszcie kiedy mógłbym wyjechać… Kiedy wreszcie byłem pełnoletni i mógłbym być niezależny…
- I hate this place! – warknąłem wściekle.
Miałem serdecznie dość tego cholernego kraju i wszystkiego co mnie otaczało. Na dodatek okazało się, że do domu, tego prawdziwego, też nie mam po co wracać, bo nikt już tam na mnie nie czeka. Zupełnie nikt. Wystarczyły dwa lata, a wszyscy poukładali już sobie życia sami, nie zostawiając w nich miejsca dla mnie.
- Rich? – usłyszałem. Tak, to moja ciotka znów przylazła zobaczyć czy wszystko ze mną w porządku.
Drzwi do mojego pokoju otworzyły się zamaszyście i stanęła w nich rudowłosa kobieta dobijająca już do czterdziestki, choć wyglądała na mniej. To przez to, że była szczupła i mógłbym nawet powiedzieć, że ładna… Mógłbym, gdyby nie to, że była to moja upierdliwa ciotka, która raz nade mną drżała, by po chwili wypominać mi wszystko co robię, jaki jestem i jaki chorym skurwielem jest mój ojciec, a ja niestety jestem do niego tak bardzo podobny. Tylko, że ja do cholery nie wybyłbym tak jak on. Nigdy nie zostawiłbym rodziny, żeby się włóczyć Bóg jeden wie gdzie i z kim.
- Jak się czujesz? – spytała, tak jak podejrzewałem.
- I’m fine, thanks - rzuciłem odruchowo.
- Fine, fine… Zawsze tak powtarzasz! – skarciła mnie krytycznym okiem spoglądając na moje obrażenia.
No tak ,tym razem było mało kolorowo: zestaw sińców, szrama na oku, która omal nie kosztowała mnie częściowej ślepoty, złamana lewa ręka i dwa pęknięte żebra. Bosko… Wersja oficjalna? Potrącił mnie jakiś kretyn i zbiegł z miejsca wypadku. Wersja prawdziwa? Ci co mi to zrobili, a było ich czterech, wyszli na tym gorzej, bo ich zęby pewnie jeszcze zdobiły pewien mało uczęszczany zaułek.
- I said: I am fine! – burknąłem, tracąc cierpliwość.
- Richard, wiesz jak nie lubię gdy mówisz po angielsku. Miałeś szlifować język polski. Poza tym nie znam tego języka, a lubię wiedzieć co mówisz – odburknęła ciotunia Antonina. Głupie imię, ale cóż.
- Nic mi nie jest, tak? Dobrze się czuję. Nie boli. Żyję. Enough? Czy mam jeszcze mówić? – wstałem gwałtownie, nie czekając na dalszy przebieg i tak bezsensownej rozmowy.
Ja miałem swoje racje i chciałem robić wszystko po swojemu, ona miała swoje i wtrącała się we wszystko. Cud, że do kibla za mną nie łaziła.
- Rich! Poczekaj! Nie możesz tak wyjść! – darła się za mną.
- Yes, I can, actually! And I will – wymamrotałem pod nosem i zwyczajnie wyszedłem z domu.
Łaziłem w gruncie rzeczy bez celu. Wytykany oczywiście paluchami, bo „bandzior idzie”, strasząc małe dzieci, które nadopiekuńcze mamuśki chowały na mój widok za spódnicami. A tak się składało, że lubiłem dzieci. Kiedyś nawet robiłem jako wolontariusz w bidulu. Ale to było dawno. Zanim ojciec mnie tu przywlókł i zjebał wszystko co miałem.
Przyjrzałem się jakiejś witrynie sklepowej bez większego zainteresowania. Nudziło mi się tutaj. Kasy za wiele nie zabrałem, choć podprowadzanie forsy ciotce było łatwiejsze niż zwinięcie dzieciakowi lizaka, bo dziecko to jeszcze pilnuje co jego, a ona nawet nie wiedziała ile i gdzie ma kasy. Nie bardzo miałem też gdzie się podziać. No dobra, może i miałem kilku znajomych, ale przeważnie bali się mnie jak ognia i biegali do mnie tylko gdy potrzebowali bydlaka na postrach. Dwulicowe skurwiele, nic więcej.
Miałem już zbierać się do wyjścia, gdy zobaczyłem coś interesującego. A właściwie kogoś.
Początkowo sądziłem, że osóbka pałaszująca z zapałem lody to dziewczyna. Przydługie włosy, opadające na ładną buźkę i szczuplutkie, może nieco za bardzo, smukłe ciało. Po dokładniejszym przyjrzeniu się stwierdziłem, że to jednak chłopak. Za płaskie to było nawet jak na modelkę. Poza tym mimo sporego ruchu bioder widać było, że coś go w kroku jednak uwiera w tych ciasnych gaciach.
Mój cel zauważył, że za nim podążam i nawet zniknął pośród półek sklepu z zabawkami.
- Stój bo strzelam! – zawołał… mierząc do mnie z pistoletu na wodę.
- Seriously? – zaśmiałem się.
Postanowiłem się z nim jednak podroczyć. Podszedłem więc do niego i przyłożyłem sobie lufę zabaweczki do czoła. Musiałem unieść ręce chłopaka, bo byłem od niego niemal głowę wyższy.
- Shoot, if you want – powiedziałem, wpatrując się w niego. – No, mały. Strzelaj. Tylko uwaga, bo lody ci się topią.
Sięgnąłem po jego rękę i poczęstowałem się kurczowo przez niego ściskanymi lodami.
- Puść! – wyrwał łapkę, patrząc na mnie z zawiścią.
- I hate mint ice-cream – prychnąłem. – A waniliowych to nie mieli? How can you eat this? Znaczy, jak to można jeść w ogóle?
No i zarobiłem między oczy stróżką wody, na co zaśmiałem się głośno.
- Odważny jesteś… dzieciaku – zaśmiałem się.
- A ty za to dziwny… Coś ty za jeden? – spytał, przekręcając głowę i biorąc do ust spory kawałek deseru, co poskutkowało chuchaniem i ziajaniem, jak to zwykle się działo kiedy ktoś nabrał do ust za dużo czegoś zimnego.
- Richard, ale możesz mówić Rich or Rick – przedstawiłem się. – And you? Jak tobie na imię?
- Faust – przedstawił się, gdy zdołał połknąć lody. – Miło cię poznać, Rychu.
- Rychu? Rich not Rychu… Gosh, this sounds terrible… - skrzywiłem się I jeszcze raz powtórzyłem to “Rychy”. Co to w ogóle za słowo?
- So… What… Co tu robisz? – spytałem. – Nie chodzisz do - szukałem słowa przez ułamek sekundy – szkoły?
<Fauciu? ^.^>
- I hate this place! – warknąłem wściekle.
Miałem serdecznie dość tego cholernego kraju i wszystkiego co mnie otaczało. Na dodatek okazało się, że do domu, tego prawdziwego, też nie mam po co wracać, bo nikt już tam na mnie nie czeka. Zupełnie nikt. Wystarczyły dwa lata, a wszyscy poukładali już sobie życia sami, nie zostawiając w nich miejsca dla mnie.
- Rich? – usłyszałem. Tak, to moja ciotka znów przylazła zobaczyć czy wszystko ze mną w porządku.
Drzwi do mojego pokoju otworzyły się zamaszyście i stanęła w nich rudowłosa kobieta dobijająca już do czterdziestki, choć wyglądała na mniej. To przez to, że była szczupła i mógłbym nawet powiedzieć, że ładna… Mógłbym, gdyby nie to, że była to moja upierdliwa ciotka, która raz nade mną drżała, by po chwili wypominać mi wszystko co robię, jaki jestem i jaki chorym skurwielem jest mój ojciec, a ja niestety jestem do niego tak bardzo podobny. Tylko, że ja do cholery nie wybyłbym tak jak on. Nigdy nie zostawiłbym rodziny, żeby się włóczyć Bóg jeden wie gdzie i z kim.
- Jak się czujesz? – spytała, tak jak podejrzewałem.
- I’m fine, thanks - rzuciłem odruchowo.
- Fine, fine… Zawsze tak powtarzasz! – skarciła mnie krytycznym okiem spoglądając na moje obrażenia.
No tak ,tym razem było mało kolorowo: zestaw sińców, szrama na oku, która omal nie kosztowała mnie częściowej ślepoty, złamana lewa ręka i dwa pęknięte żebra. Bosko… Wersja oficjalna? Potrącił mnie jakiś kretyn i zbiegł z miejsca wypadku. Wersja prawdziwa? Ci co mi to zrobili, a było ich czterech, wyszli na tym gorzej, bo ich zęby pewnie jeszcze zdobiły pewien mało uczęszczany zaułek.
- I said: I am fine! – burknąłem, tracąc cierpliwość.
- Richard, wiesz jak nie lubię gdy mówisz po angielsku. Miałeś szlifować język polski. Poza tym nie znam tego języka, a lubię wiedzieć co mówisz – odburknęła ciotunia Antonina. Głupie imię, ale cóż.
- Nic mi nie jest, tak? Dobrze się czuję. Nie boli. Żyję. Enough? Czy mam jeszcze mówić? – wstałem gwałtownie, nie czekając na dalszy przebieg i tak bezsensownej rozmowy.
Ja miałem swoje racje i chciałem robić wszystko po swojemu, ona miała swoje i wtrącała się we wszystko. Cud, że do kibla za mną nie łaziła.
- Rich! Poczekaj! Nie możesz tak wyjść! – darła się za mną.
- Yes, I can, actually! And I will – wymamrotałem pod nosem i zwyczajnie wyszedłem z domu.
Łaziłem w gruncie rzeczy bez celu. Wytykany oczywiście paluchami, bo „bandzior idzie”, strasząc małe dzieci, które nadopiekuńcze mamuśki chowały na mój widok za spódnicami. A tak się składało, że lubiłem dzieci. Kiedyś nawet robiłem jako wolontariusz w bidulu. Ale to było dawno. Zanim ojciec mnie tu przywlókł i zjebał wszystko co miałem.
Przyjrzałem się jakiejś witrynie sklepowej bez większego zainteresowania. Nudziło mi się tutaj. Kasy za wiele nie zabrałem, choć podprowadzanie forsy ciotce było łatwiejsze niż zwinięcie dzieciakowi lizaka, bo dziecko to jeszcze pilnuje co jego, a ona nawet nie wiedziała ile i gdzie ma kasy. Nie bardzo miałem też gdzie się podziać. No dobra, może i miałem kilku znajomych, ale przeważnie bali się mnie jak ognia i biegali do mnie tylko gdy potrzebowali bydlaka na postrach. Dwulicowe skurwiele, nic więcej.
Miałem już zbierać się do wyjścia, gdy zobaczyłem coś interesującego. A właściwie kogoś.
Początkowo sądziłem, że osóbka pałaszująca z zapałem lody to dziewczyna. Przydługie włosy, opadające na ładną buźkę i szczuplutkie, może nieco za bardzo, smukłe ciało. Po dokładniejszym przyjrzeniu się stwierdziłem, że to jednak chłopak. Za płaskie to było nawet jak na modelkę. Poza tym mimo sporego ruchu bioder widać było, że coś go w kroku jednak uwiera w tych ciasnych gaciach.
Mój cel zauważył, że za nim podążam i nawet zniknął pośród półek sklepu z zabawkami.
- Stój bo strzelam! – zawołał… mierząc do mnie z pistoletu na wodę.
- Seriously? – zaśmiałem się.
Postanowiłem się z nim jednak podroczyć. Podszedłem więc do niego i przyłożyłem sobie lufę zabaweczki do czoła. Musiałem unieść ręce chłopaka, bo byłem od niego niemal głowę wyższy.
- Shoot, if you want – powiedziałem, wpatrując się w niego. – No, mały. Strzelaj. Tylko uwaga, bo lody ci się topią.
Sięgnąłem po jego rękę i poczęstowałem się kurczowo przez niego ściskanymi lodami.
- Puść! – wyrwał łapkę, patrząc na mnie z zawiścią.
- I hate mint ice-cream – prychnąłem. – A waniliowych to nie mieli? How can you eat this? Znaczy, jak to można jeść w ogóle?
No i zarobiłem między oczy stróżką wody, na co zaśmiałem się głośno.
- Odważny jesteś… dzieciaku – zaśmiałem się.
- A ty za to dziwny… Coś ty za jeden? – spytał, przekręcając głowę i biorąc do ust spory kawałek deseru, co poskutkowało chuchaniem i ziajaniem, jak to zwykle się działo kiedy ktoś nabrał do ust za dużo czegoś zimnego.
- Richard, ale możesz mówić Rich or Rick – przedstawiłem się. – And you? Jak tobie na imię?
- Faust – przedstawił się, gdy zdołał połknąć lody. – Miło cię poznać, Rychu.
- Rychu? Rich not Rychu… Gosh, this sounds terrible… - skrzywiłem się I jeszcze raz powtórzyłem to “Rychy”. Co to w ogóle za słowo?
- So… What… Co tu robisz? – spytałem. – Nie chodzisz do - szukałem słowa przez ułamek sekundy – szkoły?
<Fauciu? ^.^>
środa, 21 stycznia 2015
Od Faust 'a
Stałem jak ten kołek w autobusie, bujany na boki pod wpływem turbulencji związanych z chyba nigdy do końca równą drogą wiodącą przez miasto. Zresztą kto by o to dbał, na pewno nie ja. Faust. Zwykły nastolatek który w planach ma przyjemne wagary zamiast tej zatęchłej nory zwanej szkołą. Dziwne, że wciąż uważali się za świętoszków i bóstwa trzymając nas tam by czegokolwiek nas nauczyć. Łaskę robią, poświęcając nam czas… Też mi coś. W tej chwili zresztą nie miałem nawet o tym chęci rozmyślać, chciałem w końcu wyjść z tego ścisku ludzi w jednej puszce na kółkach i nie odczuwać tego jak powoli żołądek wędrował mi do gardła.
Miałem chorobę lokomocyjną, dało się zdzierżyć, a leki niezbyt pomagały, ale to wciąż nie chciało puścić. Gdy w końcu autobus zatrzymał się na moim przystanku odetchnąłem z ulgą wyskakując zgrabnie na chodnik i biorąc głęboki wdech. Sam pojazd odprowadziłem jeszcze przez chwile wzrokiem z szerokim uśmiechem na twarzy. Gdybym nie podjął rano… Jak zresztą prawie co rano, tej błyskotliwej decyzji o darowaniu sobie siedmiogodzinnej odsadki to tłukł bym się tym blaszakiem na kółkach jeszcze ponad pięć przystanków. A tego mój żołądek już by nie zdzierżył.
Tak, mieszkałem daleko od szkoły, a ojciec nie łaskaw był mi ułatwić sprawy. Nawet pewnie nie wpadł na to żeby o tym pomyśleć. Jedyne co przypomina mu nagle o moim istnieniu to chwila kiedy na rachunku widzi naliczoną kwotę za dwie osoby. Zawsze się wkurza widząc te ładną sumkę za wodę, ale mam to gdzieś, kąpiel mnie uspokajała, a temu nic do tego.
W każdym razie, ruszyłem niewiele czekając w stronę centrum handlowego, czyli dużego skupiska sklepów Bóg wie po co, ale trzeba było przyznać, że było to wygodne.
A że miałem ochotę na lody, to właśnie tam się udałem, a dokładniej co chyba oczywiste, w stronę lodziarni.
Nie lubię gdy ludzie się na mnie gapią, przez co odpowiadam na ich spojrzenia równo znacznie z ich reakcjami, odchodzą jak najdalej i nie wracają ciekawi. To dobrze.
- Odwal się paniusiu. - Warknąłem przez zęby gdy napotkałem spojrzenie jakiejś przy durnej pannicy w krótkiej spódniczce i kucyku z różowymi pasemkami. Zatrzymałem się na chwile by popodziwiać ten jej pajacowaty wygląd poczym odrzucając w tył niesforną falę włosów poczęstowałem ją gestem środkowego palca z gorącym pozdrowieniem na co poczerwieniała i coś tam pisnęła za moim plecami gdy odchodziłem w stronę drzwi do świata pełnego kalorii, machając przy tym tyłkiem na boki.
Wspominałem już że wyglądam jak baba? Nie? No to teraz już wszytko wiadomo. Lubiłem się tym bawić i często moje ubranie nie miało nic do powiedzenia na temat dominacji którejkolwiek z płci.
Obecnie nowiutkie czarne spodnie, rurki zwisały z mojego tyłka, choć był to jak najmniejszy rozmiar męski jaki znalazłem. Tak… Powinienem kiedyś zasięgnąć na poważnie kobiecej garderoby.
Ostatnio nawet ojciec stwierdził, że do twarzy było by mi w sukience jego kochanki, kolejnej z wielu, ale on wciąż utrzymuje, że tym razem to będzie coś poważnego i o wiele dłuższego. I na pewno nie jestem to pretekst ku temu by ta kobieta mogła wyjść przed gliną na prostą, bo zawiniła. Zwykle chodziło tu o choćby narkotyki, a i tak i tak większość z tych rzeczy umykała nawet tak wprawnemu oku jak mojego taty.
Koszulka, co do tego właśnie. Była to ciemno zielona, nie skalana żadnym nadrukiem bluzka z trzy-czwartymi rękawami skryta pod filetową bluzą wyposażoną w kaptur z równie kolorowym futerkiem.
Naparłem na oszklone drzwi i szybkim kroczkiem wskoczyłem do środka wymijając wychodzącego właśnie faceta, blondyna, wysokiego i dość… Strasznego, wyglądał dziko. Wymieniliśmy się spojrzeniami, przez chwile miałem wrażenie jakbyśmy stanieli w miejscu zamiast się po prostu wymijając co właśnie robiliśmy.
Jego błękitne oczy obdarzyły mnie pełnym ciekawość iskrzącym spojrzeniem. Zrobiło mi się nagle dziwnie ciepło, ale otrząsnąłem się oglądając go dokładniej. Był dość poobijany, co jednak nie przeszkadzało mu w uśmiechu, czy zajadaniu zadowoleniem rurki z kremem. Żeby to w końcu godziwie zakończyć mrugnąłem do niego zaczepnie muskając skórę jego dłoni knykciami. I tak wyszedł zostawiając mnie samego.
Zresztą, zawsze byłem sam, bardzo sobie to też chwaliłem. Zabrzmiało samolubnie, wręcz ponurawo, ale tak było zawsze jest, będzie. Gdy byłem mały, brany za dziewczynkę pomiatany, ciągnięty za włosy które zawsze długością były ponad chłopięcą normę. Zabierano mi nawet okulary, raz się zdarzyło że zupełnie mi je zniszczono i bardzo długo z czystego lenistwa ojca borykałem się z rozmazanym światem przed sobą, teraz nie był to problem, nosiłem kontakty i wszystko grało jak miało grać.
Przeszedłem wzdłuż szyby za którą kryło się zimo, zimno przyjemne trzymające słodkie aż do mdłości lody w lodowatej niepewności wystawione na łaskę kupujących gapiów, do których zresztą należę.
- Słucham? - Usłyszałem gdy wciąż błądziłem bezwiednie po przeróżnych smakach, większość z nich była już lekką przesadą więc zdam się na tradycje, jak zawsze. No bo to tradycja.
Moje błądzenie po tych wszystkich kolorach było bezcelowe, ale i tak to robiłem, a zawsze brałem tylko, bez zaprzeczenia miętę.
Gdy miałem już ulizać pierwszą porcje zielonej i słodkiej mazi poruszonej czekoladą, kasjerka się odezwała zaburzając mój wewnętrzny spokój. Spojrzałem na nią z pode łba.
- Panienka nie powinna być w szkole? - Zgromiłem ją wzrokiem skubiąc powolutku słodycz.
- A panienka co się interesuje? - Fuknąłem i obracając się na pięcie wyszedłem z lokalu. Gdy tylko postawiłem krok w stronę ławki naprzeciw mnie poczułem dziwne mrowienie, czyjeś spojrzenie. Nie ulegało wątpliwości po prostu, że jestem obserwowany przez parę chytrych, przyczajonych oczek. Rozejrzałem się marszcząc nos, musiałem je jakoś zgubić. Nie lubiłem czyjś spojrzeń.
- Hej, ty gdziekolwiek jesteś nie gap się! - Warknąłem, zakrywając twarz kapturem i przyśpieszając kroku.
Już nie odważyłem się nawet pomyśleć o poszukiwaniu ławki.
Zauważyłem podłodze znowu tego mężczyznę z wcześniej i znów mnie zamurowało, ale tym razem skręciłem dorszu do zabawkowego wbiegając między regałami. Gdy się odwróciłem, on był za mną.
Pośpieszyłem na stoisko z plastikowymi pistoletami i chwyciłem pierwszy lepszy.
- Stój bo strzelam! - Wydarłem się przymykając oczy.
Miałem chorobę lokomocyjną, dało się zdzierżyć, a leki niezbyt pomagały, ale to wciąż nie chciało puścić. Gdy w końcu autobus zatrzymał się na moim przystanku odetchnąłem z ulgą wyskakując zgrabnie na chodnik i biorąc głęboki wdech. Sam pojazd odprowadziłem jeszcze przez chwile wzrokiem z szerokim uśmiechem na twarzy. Gdybym nie podjął rano… Jak zresztą prawie co rano, tej błyskotliwej decyzji o darowaniu sobie siedmiogodzinnej odsadki to tłukł bym się tym blaszakiem na kółkach jeszcze ponad pięć przystanków. A tego mój żołądek już by nie zdzierżył.
Tak, mieszkałem daleko od szkoły, a ojciec nie łaskaw był mi ułatwić sprawy. Nawet pewnie nie wpadł na to żeby o tym pomyśleć. Jedyne co przypomina mu nagle o moim istnieniu to chwila kiedy na rachunku widzi naliczoną kwotę za dwie osoby. Zawsze się wkurza widząc te ładną sumkę za wodę, ale mam to gdzieś, kąpiel mnie uspokajała, a temu nic do tego.
W każdym razie, ruszyłem niewiele czekając w stronę centrum handlowego, czyli dużego skupiska sklepów Bóg wie po co, ale trzeba było przyznać, że było to wygodne.
A że miałem ochotę na lody, to właśnie tam się udałem, a dokładniej co chyba oczywiste, w stronę lodziarni.
Nie lubię gdy ludzie się na mnie gapią, przez co odpowiadam na ich spojrzenia równo znacznie z ich reakcjami, odchodzą jak najdalej i nie wracają ciekawi. To dobrze.
- Odwal się paniusiu. - Warknąłem przez zęby gdy napotkałem spojrzenie jakiejś przy durnej pannicy w krótkiej spódniczce i kucyku z różowymi pasemkami. Zatrzymałem się na chwile by popodziwiać ten jej pajacowaty wygląd poczym odrzucając w tył niesforną falę włosów poczęstowałem ją gestem środkowego palca z gorącym pozdrowieniem na co poczerwieniała i coś tam pisnęła za moim plecami gdy odchodziłem w stronę drzwi do świata pełnego kalorii, machając przy tym tyłkiem na boki.
Wspominałem już że wyglądam jak baba? Nie? No to teraz już wszytko wiadomo. Lubiłem się tym bawić i często moje ubranie nie miało nic do powiedzenia na temat dominacji którejkolwiek z płci.
Obecnie nowiutkie czarne spodnie, rurki zwisały z mojego tyłka, choć był to jak najmniejszy rozmiar męski jaki znalazłem. Tak… Powinienem kiedyś zasięgnąć na poważnie kobiecej garderoby.
Ostatnio nawet ojciec stwierdził, że do twarzy było by mi w sukience jego kochanki, kolejnej z wielu, ale on wciąż utrzymuje, że tym razem to będzie coś poważnego i o wiele dłuższego. I na pewno nie jestem to pretekst ku temu by ta kobieta mogła wyjść przed gliną na prostą, bo zawiniła. Zwykle chodziło tu o choćby narkotyki, a i tak i tak większość z tych rzeczy umykała nawet tak wprawnemu oku jak mojego taty.
Koszulka, co do tego właśnie. Była to ciemno zielona, nie skalana żadnym nadrukiem bluzka z trzy-czwartymi rękawami skryta pod filetową bluzą wyposażoną w kaptur z równie kolorowym futerkiem.
Naparłem na oszklone drzwi i szybkim kroczkiem wskoczyłem do środka wymijając wychodzącego właśnie faceta, blondyna, wysokiego i dość… Strasznego, wyglądał dziko. Wymieniliśmy się spojrzeniami, przez chwile miałem wrażenie jakbyśmy stanieli w miejscu zamiast się po prostu wymijając co właśnie robiliśmy.
Jego błękitne oczy obdarzyły mnie pełnym ciekawość iskrzącym spojrzeniem. Zrobiło mi się nagle dziwnie ciepło, ale otrząsnąłem się oglądając go dokładniej. Był dość poobijany, co jednak nie przeszkadzało mu w uśmiechu, czy zajadaniu zadowoleniem rurki z kremem. Żeby to w końcu godziwie zakończyć mrugnąłem do niego zaczepnie muskając skórę jego dłoni knykciami. I tak wyszedł zostawiając mnie samego.
Zresztą, zawsze byłem sam, bardzo sobie to też chwaliłem. Zabrzmiało samolubnie, wręcz ponurawo, ale tak było zawsze jest, będzie. Gdy byłem mały, brany za dziewczynkę pomiatany, ciągnięty za włosy które zawsze długością były ponad chłopięcą normę. Zabierano mi nawet okulary, raz się zdarzyło że zupełnie mi je zniszczono i bardzo długo z czystego lenistwa ojca borykałem się z rozmazanym światem przed sobą, teraz nie był to problem, nosiłem kontakty i wszystko grało jak miało grać.
Przeszedłem wzdłuż szyby za którą kryło się zimo, zimno przyjemne trzymające słodkie aż do mdłości lody w lodowatej niepewności wystawione na łaskę kupujących gapiów, do których zresztą należę.
- Słucham? - Usłyszałem gdy wciąż błądziłem bezwiednie po przeróżnych smakach, większość z nich była już lekką przesadą więc zdam się na tradycje, jak zawsze. No bo to tradycja.
Moje błądzenie po tych wszystkich kolorach było bezcelowe, ale i tak to robiłem, a zawsze brałem tylko, bez zaprzeczenia miętę.
Gdy miałem już ulizać pierwszą porcje zielonej i słodkiej mazi poruszonej czekoladą, kasjerka się odezwała zaburzając mój wewnętrzny spokój. Spojrzałem na nią z pode łba.
- Panienka nie powinna być w szkole? - Zgromiłem ją wzrokiem skubiąc powolutku słodycz.
- A panienka co się interesuje? - Fuknąłem i obracając się na pięcie wyszedłem z lokalu. Gdy tylko postawiłem krok w stronę ławki naprzeciw mnie poczułem dziwne mrowienie, czyjeś spojrzenie. Nie ulegało wątpliwości po prostu, że jestem obserwowany przez parę chytrych, przyczajonych oczek. Rozejrzałem się marszcząc nos, musiałem je jakoś zgubić. Nie lubiłem czyjś spojrzeń.
- Hej, ty gdziekolwiek jesteś nie gap się! - Warknąłem, zakrywając twarz kapturem i przyśpieszając kroku.
Już nie odważyłem się nawet pomyśleć o poszukiwaniu ławki.
Zauważyłem podłodze znowu tego mężczyznę z wcześniej i znów mnie zamurowało, ale tym razem skręciłem dorszu do zabawkowego wbiegając między regałami. Gdy się odwróciłem, on był za mną.
Pośpieszyłem na stoisko z plastikowymi pistoletami i chwyciłem pierwszy lepszy.
- Stój bo strzelam! - Wydarłem się przymykając oczy.
Richard?
wtorek, 20 stycznia 2015
Nowy członek - Andrew
Imię : Andrew
Nazwisko : Bielikov
Wiek : 17 (choć za niedługo 18)
Płeć : Mężczyzna
Partner : Brak,szuka może...
Rodzina : Do 16 roku życia mieszkał z dziadkami,teraz mieszka sam.
Charakter : Jest miły jednak bardzo szybko się denerwuje i bywa gwałtowny i wybuchowy przez co często bierze udział w bójkach.Młodzieniec porywczy, nie potrafi się porozumieć z niektórymi rówieśnikami, lecz zawsze staje w obronie innych chociaż i tak potem ich zapomina.ma dziwną przypadłość z zapominaniem twarzy i niektórych związanych z nimi wydarzeniami.Jest bardzo bezpośredni i szczery.Jednak nie posiada przyjaciół biorąc pod uwagę jego przypadłość.
Historia : Urodził się w Nowobryńsku,małym miasteczku w Rosji.Jego ojciec,pobrał się z jego matką polką trzy lata przed jego narodzinami.Potem przenieśli się do Moskwy gdzie uczęszczał do szkoły.W domu uczył się polskiego od matki.Ojciec często wyjeżdżał w sprawach służbowych,niekiedy zabierał matkę więc chłopak zostawał u sąsiadów.Od samego początku miał problemy z pamięcią,jednak po katastrofie jeszcze bardziej się to pogłębiło.Gdy jego rodzicie zginęli w katastrofie lotniczej został odesłany do dziadków w Polsce.Kilka lat później wynajął mieszkanie w sąsiednim mieście i zaczął uczęszczać tam do szkoły.
Nick na howrse : ViGames
niedziela, 18 stycznia 2015
Nowy członek - Richard
Imię : Richard
Nazwisko : Retersky
Wiek : 18
Płeć : mężczyzna
Partner : brak, ale szuka kogoś, kto przypadłby mu do gustu.
Rodzina : Antonina – ciotka, siostra ojca. Matka nie żyje, a ojciec wyjechał i słuch po nim zaginął.
Charakter : Jest typem brutala, gwałtowny, opryskliwy, cyniczny, ale i przy tym szczery do bólu. Zawsze mówi co myśli, nawet jeśli miałoby to kogoś zranić. Jest nadpobudliwy i nie umie usiedzieć w jednym miejscu, sprawia to też, że pakuje się w kłopoty. Często wdaje się w bójki. Wobec przyjaciół jednak jest opiekuńczy, być może nawet aż za bardzo, choć czułości i uczucia to nie jego mocna strona.
Historia : Urodził i wychował się w Stanach Zjednoczonych, do których wyemigrował jego ojciec. Tam poznał Sarę, matkę Richarda. Kobieta jednak zmarła na raka kiedy chłopak miał pięć lat. Gdy Rich dobił do szesnastego roku życia jego ojciec postanowił „wrócić na stare śmieci”. Poskutkowało to tym, że chłopak musiał migiem szlifować język polski, a niedługo po przyjeździe został „podrzucony” ciotce. Kobiecie, której nie znał niemal, na datek, choć majętnej, to całkiem nieudolnej życiowo.
Nick na howrse : Acheron
Nowy członek - Faust
Imię : Faust
Nazwisko : Douvel
Wiek : 17
Płeć : mężczyzna
Partner : Nie interesuje go to g*wno.
Rodzina : Ojciec zawsze był tylko ojciec, a matka jest przypadkową dziwką której nigdy nie poznał.
Charakter : Fau, jak Fau typowy... W pewnym stopniu, nastolatek z problemami różnego źródła.
Głównie są to burzliwe uroki wspaniałego wieku, jaki przeżywa każdy chłopiec i dziewczynka, a szczególność nasz Faustuś.
Jako dziecko będące owocem wpadki ojca podczas pracy po godzinach i dziwki która jak to stary ujmuje po prostu odwiedziła jego biuro...
No, po prostu można mieć niechęć do życia i otaczających cię głąbów jakimi są ludzie. Potrafi być też jednak żartobliwy mimo wiecznie zmarszczonego noska.
Trudno mu dogodzić to fakt, przekonać do jakiejkolwiek pracy w grupie, pomocy tym bardziej. Fau jest samotnikiem który szwenda się po mieście szukając rzekomych przygód.
Ubzdurał sobie zapewne, że w ten sposób odnajdzie coś czego zawsze mu brakowało. Brzmi jak łzawa wzmianka o miłość, ale jak już napisane było, to g*wno.
Lubi on zadzierać z losem przyprawiając sobie niekiedy sporo kłopotów i jak to ma jego ojciec w zwyczaju określać : "Moim największym problemem były zawsze kobiety, jednak teraz coś się diametralnie zmieniło. Mam ciebie i paczkę kłopotów w promocji"
Wspomnianym było, że Faus często mylony jest z kobietami? Tak, jego chude i drobne ciało, choć wbrew wszystkiemu dobrze zbudowane, zarówno od tyłu jak i od przodu przywodzi na myśl kobietę, a w galotach... Oh, cóż to? Jajcarska niespodzianka!
I nie myśl sobie, ze nie potrafi być słodki jeśli tylko mu zależy.
Historia : Ojciec będąc po prostu najzwyklejszym mężczyzną, z najzwyklejszymi defektami, a właściwie z tym czym ma problem każdy mężczyzna. Jeden bardziej drugi mniej.
Kobiety. Jako przykładny obywatel, co więcej policjant powinien dawać przykład innym cywilom... A g*wno prawda! Szaleć to szaleć.
Więc, gdy przychodzą jego nocne zmiany, często towarzyszy mu ktoś ponad program.
Raz się więc potknął i wyszło jak wyszło. Z początku nic nie wiedział, a sama matka, zdesperowana prostytutka żyjąca jak żyjąca ze swego zawodu nie wiedziała co począć. Usiłowała poronić, nie miała jednak na to środków.
Stanęło na tym ze przypełzła by żebrać dalej u mojego ojca. Pech jej chciał, że mój ojciec nie jest aż takim kretynem... A może jednak właśnie jest, bo zagroził jej swoją zawodową gadką.
Urodziła więc i zwiała z kasą która zażądała za wydanie mnie na świat. Do tej pory przecudowny żart taty "Sporo mnie kosztowałeś" wywołuje u jego syna kpiący uśmiech.
Nick na howrse : NamRe
piątek, 16 stycznia 2015
Nowy członek - Jade
Imię:Jade
Nazwisko:West
Wiek:16 lat
Płeć : kobieta
Partner: Miała wielu,ale na razie robi sobie przerwę od miłości.
Rodzina:Ojciec zmarł 2 lata temu,mieszka teraz z matką i z ojczymem.(nienawidzi go).
Charakter:Jade jest niezależną kobietą.Po śmierci ojca ze spokojnej,miłej i szczerej dziewczyny zmieniła się w istną buntowniczkę.Lubi przebywać u ludzi w podobnym do jej wieku.Uwielbia farbować włosy na różne kolory a jej ulubiony kolor to żywa,ognista czerwień.Lubi też imprezować.
Historia:Gdy miała 14 lat zmarł jej ojciec.Do tego czasu mieszkała w Los Angeles.Jej matka była zdruzgotana i chciała się wynieść stamtąd jak najszybciej.Na szczęście jej ojciec był polakiem,więc nie musiała się uczyć tego języka.Były trudności z wybraniem miasta,lecz po jakimś czasie wybraliśmy ojca,rodzinne miasto.Często była w tym rejonie wyrzucana ze szkół przez jej styl oraz zachowanie.Gdy nareszcie znalazła idealną szkołę zaczął się poważny problem:ślub...
Jej matka wybrała męża,może i przystojnego,ale ona go nienawidziła,ponieważ matka szybko się zakochała,za szybko.Miała wrażenie,że jej matka zapomniała o niej i o ojcu.W głowie miała tylko jego.Zaczęła imprezować,włóczyć i spotykać się z nieodpowiednimi facetami.(Dokładnie miała ich 7).Po tym wszystkich zerwaniach Jade się załamała.Na szczęście poznała Nelly i jakoś zaczęła się ta przyjaźń...
Nick na howrse:Klara2001
niedziela, 11 stycznia 2015
Nowy członek - Nelly
Imię : Nelly
Nazwisko : Lorentz
Wiek : 16 lat
Płeć : kobieta
Partner : brak
Rodzina : Mieszka razem z matką ,babcią i dziadkiem.Ojciec wrócił do swojego kraju.
Charakter : Nelly to bardzo miła i pomocna osoba.Zazwyczaj siedzi cicho i się nie odzywa.Nie chodzi o to ,że jest nieśmiała ,bo wręcz przeciwnie - otwarcie mówi co myśli i ,,wali ''prosto z mostu.Po prostu jeśli nie ma nic ciekawego do powiedzenia ,to na darmo nie strzępi języka.
Jest to bardzo odważna dziewczyna ,szybko potrafi zaznajomić się z drugą osobą i zdobyć jej zaufanie ,dzięki uczciwości i prawdomówności.Na przekór wszystkiemu potrafi sobie poradzić i znaleźć rozwiązanie w trudnej sytuacji.Odporna na złośliwe uwagi i komentarze ,choć jesli w grę wchodzą bardzo delikatne sprawy to łatwo ją zranić.
Historia : Nelly urodziła się i wychowała w Polsce ,choć niedługo po urodzeniu miała wraz z rodzicami przenieść się do Londynu. Jej ojciec Jeremy ,który jest Anglikiem ,uparł się ,aby jego córka nosiła angielskie imię ,gdyż tam miała spędzić resztę życia.Do tego jednak nie doszło.Matka cały czas odkładała wyjazd na później ,gdyż nie chciała ,aby jej rodzice zostali sami w Polsce.I tak minęło pięć lat.W końcu pomiędzy rodzicami Nelly doszło do kłótni ,która zaprowadziła ich aż na sprawę rozwodową.Po tym wszystkim Jeremy wrócił do Wielkiej Brytanii i założył nową rodzinę ,a matka Nelly została razem z nią w Polsce.
Nick na howrse : Winter *
Nowy członek-Emilie
Imię :Emilie
Nazwisko : Morozow
Wiek : 16 lat
Płeć : kobieta
Partner : brak
Rodzina : Dziadkowie i ojciec(nie wiadomo gdzie się podział)
Charakter : Emilie jest przeważnie miłą i przyjazną dziewczyną. Z pozoru nieśmiała, ale jest w stanie stanąć w obronie pokrzywdzonego. Nie przejmuje się żartami na temat koloru włosów. Bardziej ją dotyka naśmiewanie się z nazwiska. Mimo początkowych problemów zaadoptowała się do dziwacznego dla niej otoczenia(miasta),ale zdecydowanie woli ciasną chałupę i zapach dymu, od smrodu spalin. Ktoś mógłby uznać ją za takie nieznające życia niewiniątko, może nawet nie jest to aż tak dużym błędem, ale wielu rzeczom, z jakimi ona daje sobie radę, wielu by nie podołało. Jest zdecydowanie optymistką i marzycielką. Czasem może się wydawać nawet dziecinna. Nie jest wstydliwa, nie wstydzi się tego co myśli i ma szacunek do starszych. Podczas rozmowy z, na przykład babcią, nie zasłania się ręką by jej nie rozpoznano. Nadzwyczaj inteligentna i pomocna.
Historia : Dobrze byłoby wyjaśnić jej pochodzenie. Więc ojciec jest Rosjaninem, a matka, mieszkającą w Szwajcarii, Polką. Stąd właśnie pochodzą imię i nazwisko. Więc jakim cudem mówi ona po polsku i to ze właściwym akcentem? Nie, matka nie uczyła jej języka. Tak w zasadzie to zmarła gdy Emilie miała może z sześć miesięcy. Ojciec załamał się i oddał córkę do teściowej, dziewczynka za bardzo przypominała mu żonę.
Babka wychowała Emilie razem z mężem, w małym gospodarstwie. Chodziła do położonej o parę kilometrów od wioski szkoły, a potem do, będącego niewiele dalej, gimnazjum. Nie było z tym żadnych kłopotów, ale co dalej? Gdzie posłać szesnastoletnią dziewczynę? Początkowa koncepcja polegała na zafundowania jej mieszkanie w mieście, ale akurat dziadek się pochorował. Ktoś musiał pomagać. No i teraz nieszczęsna Emilie musi od poniedziałku do piątku jeździć w te i z powrotem autobusem. Odniosła jednak pewne korzyści. Poznanie nowego dla siebie miejsca poszerzyło jej horyzonty. Nowo poznani przyjaciele pomogli jej się oswoić z tym dziwacznym miejscem, rodem z filmu sience fiction.
Nick na howrse : Margo5
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)