czwartek, 22 stycznia 2015

Od Richarda ( CD. Faust 'a )

Odłożyłem telefon bardzo powoli, starając się z całych sił nie rzucić nim o ścianę. Wreszcie kiedy mógłbym wyjechać… Kiedy wreszcie byłem pełnoletni i mógłbym być niezależny…
- I hate this place! – warknąłem wściekle.
Miałem serdecznie dość tego cholernego kraju i wszystkiego co mnie otaczało. Na dodatek okazało się, że do domu, tego prawdziwego, też nie mam po co wracać, bo nikt już tam na mnie nie czeka. Zupełnie nikt. Wystarczyły dwa lata, a wszyscy poukładali już sobie życia sami, nie zostawiając w nich miejsca dla mnie.
- Rich? – usłyszałem. Tak, to moja ciotka znów przylazła zobaczyć czy wszystko ze mną w porządku.
Drzwi do mojego pokoju otworzyły się zamaszyście i stanęła w nich rudowłosa kobieta dobijająca już do czterdziestki, choć wyglądała na mniej. To przez to, że była szczupła i mógłbym nawet powiedzieć, że ładna… Mógłbym, gdyby nie to, że była to moja upierdliwa ciotka, która raz nade mną drżała, by po chwili wypominać mi wszystko co robię, jaki jestem i jaki chorym skurwielem jest mój ojciec, a ja niestety jestem do niego tak bardzo podobny. Tylko, że ja do cholery nie wybyłbym tak jak on. Nigdy nie zostawiłbym rodziny, żeby się włóczyć Bóg jeden wie gdzie i z kim.
- Jak się czujesz? – spytała, tak jak podejrzewałem.
- I’m fine, thanks - rzuciłem odruchowo.
- Fine, fine… Zawsze tak powtarzasz! – skarciła mnie krytycznym okiem spoglądając na moje obrażenia.
No tak ,tym razem było mało kolorowo: zestaw sińców, szrama na oku, która omal nie kosztowała mnie częściowej ślepoty, złamana lewa ręka i dwa pęknięte żebra. Bosko… Wersja oficjalna? Potrącił mnie jakiś kretyn i zbiegł z miejsca wypadku. Wersja prawdziwa? Ci co mi to zrobili, a było ich czterech, wyszli na tym gorzej, bo ich zęby pewnie jeszcze zdobiły pewien mało uczęszczany zaułek.
- I said: I am fine! – burknąłem, tracąc cierpliwość.
- Richard, wiesz jak nie lubię gdy mówisz po angielsku. Miałeś szlifować język polski. Poza tym nie znam tego języka, a lubię wiedzieć co mówisz – odburknęła ciotunia Antonina. Głupie imię, ale cóż.
- Nic mi nie jest, tak? Dobrze się czuję. Nie boli. Żyję. Enough? Czy mam jeszcze mówić? – wstałem gwałtownie, nie czekając na dalszy przebieg i tak bezsensownej rozmowy.
Ja miałem swoje racje i chciałem robić wszystko po swojemu, ona miała swoje i wtrącała się we wszystko. Cud, że do kibla za mną nie łaziła.
- Rich! Poczekaj! Nie możesz tak wyjść! – darła się za mną.
- Yes, I can, actually! And I will – wymamrotałem pod nosem i zwyczajnie wyszedłem z domu.
Łaziłem w gruncie rzeczy bez celu. Wytykany oczywiście paluchami, bo „bandzior idzie”, strasząc małe dzieci, które nadopiekuńcze mamuśki chowały na mój widok za spódnicami. A tak się składało, że lubiłem dzieci. Kiedyś nawet robiłem jako wolontariusz w bidulu. Ale to było dawno. Zanim ojciec mnie tu przywlókł i zjebał wszystko co miałem.
Przyjrzałem się jakiejś witrynie sklepowej bez większego zainteresowania. Nudziło mi się tutaj. Kasy za wiele nie zabrałem, choć podprowadzanie forsy ciotce było łatwiejsze niż zwinięcie dzieciakowi lizaka, bo dziecko to jeszcze pilnuje co jego, a ona nawet nie wiedziała ile i gdzie ma kasy. Nie bardzo miałem też gdzie się podziać. No dobra, może i miałem kilku znajomych, ale przeważnie bali się mnie jak ognia i biegali do mnie tylko gdy potrzebowali bydlaka na postrach. Dwulicowe skurwiele, nic więcej.
Miałem już zbierać się do wyjścia, gdy zobaczyłem coś interesującego. A właściwie kogoś.
Początkowo sądziłem, że osóbka pałaszująca z zapałem lody to dziewczyna. Przydługie włosy, opadające na ładną buźkę i szczuplutkie, może nieco za bardzo, smukłe ciało. Po dokładniejszym przyjrzeniu się stwierdziłem, że to jednak chłopak. Za płaskie to było nawet jak na modelkę. Poza tym mimo sporego ruchu bioder widać było, że coś go w kroku jednak uwiera w tych ciasnych gaciach.
Mój cel zauważył, że za nim podążam i nawet zniknął pośród półek sklepu z zabawkami.
- Stój bo strzelam! – zawołał… mierząc do mnie z pistoletu na wodę.
- Seriously? – zaśmiałem się.
Postanowiłem się z nim jednak podroczyć. Podszedłem więc do niego i przyłożyłem sobie lufę zabaweczki do czoła. Musiałem unieść ręce chłopaka, bo byłem od niego niemal głowę wyższy.
- Shoot, if you want – powiedziałem, wpatrując się w niego. – No, mały. Strzelaj. Tylko uwaga, bo lody ci się topią.
Sięgnąłem po jego rękę i poczęstowałem się kurczowo przez niego ściskanymi lodami.
- Puść! – wyrwał łapkę, patrząc na mnie z zawiścią.
- I hate mint ice-cream – prychnąłem. – A waniliowych to nie mieli? How can you eat this? Znaczy, jak to można jeść w ogóle?
No i zarobiłem między oczy stróżką wody, na co zaśmiałem się głośno.
- Odważny jesteś… dzieciaku – zaśmiałem się.
- A ty za to dziwny… Coś ty za jeden? – spytał, przekręcając głowę i biorąc do ust spory kawałek deseru, co poskutkowało chuchaniem i ziajaniem, jak to zwykle się działo kiedy ktoś nabrał do ust za dużo czegoś zimnego.
- Richard, ale możesz mówić Rich or Rick – przedstawiłem się. – And you? Jak tobie na imię?
- Faust – przedstawił się, gdy zdołał połknąć lody. – Miło cię poznać, Rychu.
- Rychu? Rich not Rychu… Gosh, this sounds terrible… - skrzywiłem się I jeszcze raz powtórzyłem to “Rychy”. Co to w ogóle za słowo?
- So… What… Co tu robisz? – spytałem. – Nie chodzisz do - szukałem słowa przez ułamek sekundy – szkoły?

<Fauciu? ^.^>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz