Miałem chorobę lokomocyjną, dało się zdzierżyć, a leki niezbyt pomagały, ale to wciąż nie chciało puścić. Gdy w końcu autobus zatrzymał się na moim przystanku odetchnąłem z ulgą wyskakując zgrabnie na chodnik i biorąc głęboki wdech. Sam pojazd odprowadziłem jeszcze przez chwile wzrokiem z szerokim uśmiechem na twarzy. Gdybym nie podjął rano… Jak zresztą prawie co rano, tej błyskotliwej decyzji o darowaniu sobie siedmiogodzinnej odsadki to tłukł bym się tym blaszakiem na kółkach jeszcze ponad pięć przystanków. A tego mój żołądek już by nie zdzierżył.
Tak, mieszkałem daleko od szkoły, a ojciec nie łaskaw był mi ułatwić sprawy. Nawet pewnie nie wpadł na to żeby o tym pomyśleć. Jedyne co przypomina mu nagle o moim istnieniu to chwila kiedy na rachunku widzi naliczoną kwotę za dwie osoby. Zawsze się wkurza widząc te ładną sumkę za wodę, ale mam to gdzieś, kąpiel mnie uspokajała, a temu nic do tego.
W każdym razie, ruszyłem niewiele czekając w stronę centrum handlowego, czyli dużego skupiska sklepów Bóg wie po co, ale trzeba było przyznać, że było to wygodne.
A że miałem ochotę na lody, to właśnie tam się udałem, a dokładniej co chyba oczywiste, w stronę lodziarni.
Nie lubię gdy ludzie się na mnie gapią, przez co odpowiadam na ich spojrzenia równo znacznie z ich reakcjami, odchodzą jak najdalej i nie wracają ciekawi. To dobrze.
- Odwal się paniusiu. - Warknąłem przez zęby gdy napotkałem spojrzenie jakiejś przy durnej pannicy w krótkiej spódniczce i kucyku z różowymi pasemkami. Zatrzymałem się na chwile by popodziwiać ten jej pajacowaty wygląd poczym odrzucając w tył niesforną falę włosów poczęstowałem ją gestem środkowego palca z gorącym pozdrowieniem na co poczerwieniała i coś tam pisnęła za moim plecami gdy odchodziłem w stronę drzwi do świata pełnego kalorii, machając przy tym tyłkiem na boki.
Wspominałem już że wyglądam jak baba? Nie? No to teraz już wszytko wiadomo. Lubiłem się tym bawić i często moje ubranie nie miało nic do powiedzenia na temat dominacji którejkolwiek z płci.
Obecnie nowiutkie czarne spodnie, rurki zwisały z mojego tyłka, choć był to jak najmniejszy rozmiar męski jaki znalazłem. Tak… Powinienem kiedyś zasięgnąć na poważnie kobiecej garderoby.
Ostatnio nawet ojciec stwierdził, że do twarzy było by mi w sukience jego kochanki, kolejnej z wielu, ale on wciąż utrzymuje, że tym razem to będzie coś poważnego i o wiele dłuższego. I na pewno nie jestem to pretekst ku temu by ta kobieta mogła wyjść przed gliną na prostą, bo zawiniła. Zwykle chodziło tu o choćby narkotyki, a i tak i tak większość z tych rzeczy umykała nawet tak wprawnemu oku jak mojego taty.
Koszulka, co do tego właśnie. Była to ciemno zielona, nie skalana żadnym nadrukiem bluzka z trzy-czwartymi rękawami skryta pod filetową bluzą wyposażoną w kaptur z równie kolorowym futerkiem.
Naparłem na oszklone drzwi i szybkim kroczkiem wskoczyłem do środka wymijając wychodzącego właśnie faceta, blondyna, wysokiego i dość… Strasznego, wyglądał dziko. Wymieniliśmy się spojrzeniami, przez chwile miałem wrażenie jakbyśmy stanieli w miejscu zamiast się po prostu wymijając co właśnie robiliśmy.
Jego błękitne oczy obdarzyły mnie pełnym ciekawość iskrzącym spojrzeniem. Zrobiło mi się nagle dziwnie ciepło, ale otrząsnąłem się oglądając go dokładniej. Był dość poobijany, co jednak nie przeszkadzało mu w uśmiechu, czy zajadaniu zadowoleniem rurki z kremem. Żeby to w końcu godziwie zakończyć mrugnąłem do niego zaczepnie muskając skórę jego dłoni knykciami. I tak wyszedł zostawiając mnie samego.
Zresztą, zawsze byłem sam, bardzo sobie to też chwaliłem. Zabrzmiało samolubnie, wręcz ponurawo, ale tak było zawsze jest, będzie. Gdy byłem mały, brany za dziewczynkę pomiatany, ciągnięty za włosy które zawsze długością były ponad chłopięcą normę. Zabierano mi nawet okulary, raz się zdarzyło że zupełnie mi je zniszczono i bardzo długo z czystego lenistwa ojca borykałem się z rozmazanym światem przed sobą, teraz nie był to problem, nosiłem kontakty i wszystko grało jak miało grać.
Przeszedłem wzdłuż szyby za którą kryło się zimo, zimno przyjemne trzymające słodkie aż do mdłości lody w lodowatej niepewności wystawione na łaskę kupujących gapiów, do których zresztą należę.
- Słucham? - Usłyszałem gdy wciąż błądziłem bezwiednie po przeróżnych smakach, większość z nich była już lekką przesadą więc zdam się na tradycje, jak zawsze. No bo to tradycja.
Moje błądzenie po tych wszystkich kolorach było bezcelowe, ale i tak to robiłem, a zawsze brałem tylko, bez zaprzeczenia miętę.
Gdy miałem już ulizać pierwszą porcje zielonej i słodkiej mazi poruszonej czekoladą, kasjerka się odezwała zaburzając mój wewnętrzny spokój. Spojrzałem na nią z pode łba.
- Panienka nie powinna być w szkole? - Zgromiłem ją wzrokiem skubiąc powolutku słodycz.
- A panienka co się interesuje? - Fuknąłem i obracając się na pięcie wyszedłem z lokalu. Gdy tylko postawiłem krok w stronę ławki naprzeciw mnie poczułem dziwne mrowienie, czyjeś spojrzenie. Nie ulegało wątpliwości po prostu, że jestem obserwowany przez parę chytrych, przyczajonych oczek. Rozejrzałem się marszcząc nos, musiałem je jakoś zgubić. Nie lubiłem czyjś spojrzeń.
- Hej, ty gdziekolwiek jesteś nie gap się! - Warknąłem, zakrywając twarz kapturem i przyśpieszając kroku.
Już nie odważyłem się nawet pomyśleć o poszukiwaniu ławki.
Zauważyłem podłodze znowu tego mężczyznę z wcześniej i znów mnie zamurowało, ale tym razem skręciłem dorszu do zabawkowego wbiegając między regałami. Gdy się odwróciłem, on był za mną.
Pośpieszyłem na stoisko z plastikowymi pistoletami i chwyciłem pierwszy lepszy.
- Stój bo strzelam! - Wydarłem się przymykając oczy.
Richard?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz