- To ja – powiedział wkurzony Ryan.
Odwrócił się i stanął przodem do auta. Jaskrawo-pomarańczowa maska chevroleta camaro była podniesiona, choć raczej w geście bezbronności niż z jakiegoś praktycznego powodu. Mike, miłośnik wszelakich samochodów, może potrafiłby stwierdzić, co tym razem nawaliło, ale Ryan z całą pewnością nie. Całe szczęście udało mu się zjechać na pobocze autostrady międzynarodowej. Wśród nierównych kęp traw porastającej dolinę szerokie opony samochodu wyglądały zupełnie nie na miejscu. Podmuch powietrza od przetaczającej się ciężarówki zakołysał camaro.
- Nie było cię na historii. Myślałem, że znów ujawniły się twoje hormony i szlag cię walnął – zabrzmiał w telefonie głos Mike Baileya, współlokatora Ryana.
Ryan napiął szczękę i obrócił nadgarstek by spojrzeć na zegarek. Ominęło go znacznie więcej niż tylko historia. Była dwunasta. Teraz przymrozek minionej nocy wydawał się nierealny. W spoconą dłoń chłopaka, tuż obok paska od zegarka, wbił się komar. Ryan pstryknął go palcem.
Przypomniało mu się jak kiedyś, gdy był młodszy mama zabrała go na biwak. Nocowali w namiotach, spali w śpiworach, a w pobliżu zaparkowali schludnego Hyundai’a, na wypadek natarczywych owadów. Ta wyprawa nie miała nic wspólnego z przeżyciami tego dnia.
- Zrobiłeś dla mnie jakieś notatki? – zapytał.
- Nie – odparł Mike – Myślałem, że cię szlag walnął.
Ryan przygryzł wargę w chwilowej irytacji i poprawił telefon przyciśnięty do ucha.
- Kogut mi się rozkraczył. Przyjedź po mnie.
Wszyscy zwykli nazywać jego auto „kogutem”, przez to, że przy zapalaniu silnika wył jak stara antena i przy tym budził wszystkich na osiedlu.
Powoli minął go jakiś wypasiony samochód, pełen gapiących się pasażerów. Ryan był nawet niczego sobie, a widok camaro też nie był szczególnie przykry dla oka, jednak to nie ich uroda wzbudzała tak duże zainteresowanie. Chłopak pochodził ze szkoły w Wilczej Górze, która na razie cieszyła się wielkim uznaniem a on stał przy zepsutym, jaskrawopomarańczowym samochodzie co było prawdziwą atrakcją. Jednak Ryan, że miał na głowie teraz ważniejszy problem zlekceważył ich śmiech.
- Daj spokój, człowieku – rzucił Mike.
- Przecież i tak nie zamierzałeś iść na następne zajęcia. Wiesz co? Zaraz będzie przerwa na lunch – powiedział Ryan – Proszę.
Ostatnie słowo było taką rzadkością w ustach Ryana, że aż brzmienie tego wyrazu zaskoczyło jego samego.
Mike milczał przez dłuższą chwilę. Był w tym dobry. Wiedział, że nic tak nie zbija ludzi z tropu. Ale Ryan, w wyniku doświadczenia, zdążył się uodpornić na jego metody. Czekając, aż Mike przemówi, nachylił się i zajrzał do samochodu, żeby sprawdzić, czy nie ma w schowku czegoś do jedzenia. Obok autostrzykawki z adrenaliną znalazł kawałek suszonej szynki, przeterminowanej dwa lata temu. Niewykluczone, że leżała tam już, kiedy kupował samochód.
- Gdzie jesteś? – zapytał wreszcie Mike.
- Obok znaku granicznego z Wilczą Górą na sześćdziesiątce. Przywieś mi hamburgera. Aha, i kanister benzyny.
W baku z pewnością było jeszcze paliwo, ale dolanie go nie mogło przecież zaszkodzić.
- Ryan – głos Mike’a brzmiał oschle.
- Cole też możesz przywieść.
Mike się rozłączył. Ryan zdjął bluzę i rzucił ją na tylne siedzenie. Ciasny tył samochodu był zawalony przedmiotami codziennego użytku. Leżały tam: książka od chemii, zeszyt poplamiony cappuccino, zasunięte do połowy etui, z którego wysypywały się na siedzenie płyty kompaktowe, zmięte mapy, wydruki komputerowe, stary koc, latarka, dębowy patyk. Kiedy chłopak wydobył z tego chaosu jego nowy tablet, na siedzenie sfrunął rachunek za pizzę (jedna duża na grubym cieście, połowa z kiełbasą, połowa z cztery sery), dołączając do pięciu innych różniących się tylko datą.
Z tabletem w ręce oparł się o błotnik i niczym niekompetentny dzieciak z uśmieszkiem na twarzy zaczął grać w subway surfers, bo tak jak on sam twierdził – nigdy mu się nie znudzi. Za każdym razem kiedy przegrywał marszczył czoło a jego usta układały się w podłużną linię pełną skupienia. Po kilkunastu próbach, przeklinał w duchu Mike’a, że tak wolno jedzie i tableta, który się rozładował. Jego nuda dotykała już zenitu i na pokrytym kurzem bucie, zaczął rysować podłużne linie.
Wreszcie za camaro zatrzymało się bmw Mike’a Baileya. Karoseria z nosem rekina, w metalicznym ciemnografitowym kolorze, teraz była pokryta zielonkawym pyłem kwiatowym. Ryan najpierw poczuł pod stopami dudnienie basów, dopiero po chwili rozpoznał piosenkę. Czekał oparty o błotnik camaro, aż Mike wysiądzie z samochodu. Chłopak przyciskał do ucha telefon komórkowy. Znad jego swetra wystawał równo związany krawat. Zmarszczył czoło, ściszył radio i powiedział coś do telefonu poczym schował go do kieszeni od spodni.
Mike trzasnął drzwiami – wszystkimi trzaskał – i podszedł do bagażnika.
- Mój wkurwiający brat chce, żebyśmy się z nim spotkali dziś wieczorem na mieście w jakiejś knajpie. Chce się pochwalić Rose.
- Kto to jest Rose? – zapytał Ryan.
Mike wyjął z bagażnika kanister z benzyną. Nie zawracał sobie głowy trzymaniem jego tłustych ścianek z dala od ubrania. Podobnie jak Ryan miał na sobie zwykłe, czarne trampki, tylko, że on wyglądał dość schludnie. Warren miał niedbale postawiony kołnierzyk swojej ciemnej koszuli a spodnie były zabrudzone zeschniętym błotem u spodu.
Uśmiech Mike’a przecinał jego twarz cienką i drapieżną linią. Przód jego bmw nieprzypadkowo przypomina rekina. Po prostu samochód upodobnił się do właściciela.
- Nowa dziewczyna Matta. Powiedział, że mamy się dla niej odstawić.
Ryan nie cierpiał tego, że musi być miły dla brata Mike’a, ucznia wyższej klasy w Wilczej Górze. W rodzinie Baileyów wolność była skomplikowanym zagadnieniem, a teraz to Matt trzymał do niej klucze.
Wlew paliwa camaro był ukryty pod tablicą rejestracyjną podnoszoną na zawiasach. Mike w milczeniu przyglądał się, jak Ryan mocuje się z korkiem, kanistrem i tablicą.
- Ty powinien to zrobić – powiedział Ryan – Tobie to obojętne, że uświnisz sobie koszulę.
Mike podrapał się obojętnie po ręce. W zeszłym tygodniu woził się w wózku sklepowym przyczepionym do camaro i nadal miał jeszcze brązowe plamy błota po tej zabawie.
Mike ponownie zerknął na Ryana a jego spojrzeniu towarzyszyło westchnienie, które Ryan nazywał „oddechem palacza”: długi wdech przez rozszerzone nozdrza, powolny wydech przez rozchylone usta. Ale Mike nie palił. Wolał nałogi, które powodowały kaca.
- Lejesz sobie paliwo na spodnie, głupku – warknął.
Ryan przewrócił oczami. Chyba tylko przez to, że obydwoje „rozumieli” się bez słów i jeden mógł zwalić na drugiego być nazywani przybranymi przyjaciółmi. Ani jeden ani drugi nie był zbytnio towarzyski przez co jako współlokatorzy małego mieszkanka w bloku byli wybuchowym połączeniem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz