sobota, 31 stycznia 2015

Od Faust 'a ( CD. Richarda )

Naburmuszony z powodu niedosytu wiadomości jakie jedynie cząstkowo podsuwał mi pod nos Richard, wcisnąłem świecący na czerwono, guzik otwierający drzwi pojazdu. Nie zrobiły tego od razu oczywiście, zdążyłem jeszcze co najmniej trzy razy powtórzyć te czynność nim zatrzymaliśmy się na właściwym przystanku.
I raz jeszcze dla przesadnej pewności kiedy do drzwi zaczęły się już rozstępować przede mną.
Wyskoczyłem na chodnik przenosząc ciężar ciała z nogi na nogę po czym obróciłem się do mojego towarzysza przytakując w jego stronę.
- Lubisz spacery? Chyba nie będziesz mieć mi za złe, przejścia jeszcze paru kroków wzdłuż tych kamieniec? - Nie oczekiwałem odpowiedzi, ani też jego protest nie zrobił by mi różnicy. Po prostu chwile odczekałem póki nie znalazł się przy mnie wraz z odjazdem autobusu, do którego wpakowała się nowa fala pasażerów.
- Więc mieszkasz w mieszkaniu? - Zagaił temat, gdy tak sobie szliśmy, choć właściwie za niecałą sekundę miałem postawić pierwszy krok na schodach na piętro niezbyt zachęcającego budynku.
- A kto w tych czasach mieszka w normalnym domu? Coś jakbyś trafił, z tym, że to jest kamienica. Nie wiem jaka jest między tymi ustrojstwami różnica… To ma chyba po prostu wyglądać… no ten… leciwej. - Tak, Patrząc na to co prezentowało sobą to miejsce, mój opis był dość odpowiedni.
- Leciwej? - Rich powoli brnął po schodach w ślad za mną. No jasne… Pewnie takich sformułowań nie uczą w podręcznikach, nie ma w słownikach. Zresztą czy takie słowo w ogóle tak naprawdę istnieje? Nie miałem co do tego stu procentowej pewności, ale to nie teraz był mój problem. Jak mu to powiedzieć…
- Noo lata, ma sporo lat. W sensie to miejsce, czaisz angolu? - Jego spojrzenie było niewyraźne, ale przytaknął. Tak przynajmniej sądziłem, potem szturchnął mnie w plecy na tyle mocno, że przed padł bym jak długi przed drzwiami własnego mieszkania.
- Nie wiem co znaczy to całe angol, but you do not call me that. - Spojrzałem na niego spode łba rozmasowując obolałem miejsce po czym bez dłuższego cackania się przekręciłem klucz i nacisnąłem mocno na klamkę. Te równie leciwe drzwi lubiły się zacinać dość często, ale jakoś żadne z nas czyli ja i ojciec, nie pokusiliśmy się o zmianie w tym domu czegokolwiek. I tak robiłem wszystko łącznie z praniem i gotowaniem.
Zatrzymała mnie dłoń Rich’a, a zresztą drzwi i tak ledwie się zdążyły otworzyć, nie mam pojęcia czemu chłop tak panikował. Mój stary to po prostu glina? No bez przesady. Nie każdy wsadzi cię od razu za kraty, a na pewno nie on.
- Słuchaj, nie wiem o co ta spina to tylko mój… - Nie dokończyłem bo gdy ledwie uniosłem głowę w jego stronę ten się do mnie nachylił. Znów niebezpiecznie blisko, znów dysząc i łaskocząc mi nieznośnie skórę.
- Are you sure? - Jego mina mnie trochę przerażała, przełknąłem głośno ślinę i trochę bardziej naparłem na drzwi plecami. Ta niezbita powaga… Jeśli tylko spróbuje kłamać będę mieć kłopoty, nawet jeśli jakaś tam cicha nadzieja na przyjaźń zaczęła pomału kwitnąć, a szkoda. Naprawdę chciał bym mu ufać i niestety właśnie ufałem.
A znałem ledwie moment i że niby jak to wytłumaczyć?
- Oui! A teraz może w końcu wejdziemy? - Czułem jak pomału krew odpływa mi z twarzy, może racja, no był naprawdę czasem przerażający. Ale to tylko przez wzrost.
Na spełnienie mojej prośby, niemal błagalnej. Nie musiałem długo czekać bowiem ojciec wcześniej zdążył się zainteresować dziwną szamotaniną za drzwiami i pociągnął nie patyczkując się z delikatnością za klamkę.
Usłyszałem tylko głuchy jęk zawiasów, a zaraz potem opadłem na podłogę przygnieciony ciężarem ciała mojego niedoszłego kolegi.
- A cóż to? Nie uprzedzałeś, że przyprowadzisz swojego chłopaka, ale co ważniejsze… Czemu widzę cię tu a nie w szkole co? - Zostałem trącony w czubek głowy ciężkim glanem. Bolało chwile, ale tylko chwile.
- Tato to boli! Przestań! - Jęknąłem próbując wstać, ale że Rychowi się niezbyt śpieszyło to nie miałem innej opcji jak dalej leżeć na zimnej podłodze i przeklinać w duchu.
Blondyn zaś wpatrywały się w starszego mężczyznę niepewnie, oceniał w skali jeden do dziesięć chyba stan niebezpieczeństwa. Ale odetchnął z ulgą, zakładam więc, że mój ojciec był w dobrym chmurze. Przez co rozumiem, że towarzyszyła mu największa miłość jego życia. Puszka piwa.
- No dobra gołąbeczki wstawajcie, nie będę wam na pewno płacił za odkurzanie podłogi. O tym możecie pomarzyć.
- A z tobą synu - To mówiąc szturchnął mnie ponownie brudząc zeschniętym błotem moje czoło. - Pogadamy sobie później.
- Ah! La monstre! A ty… va te faire foutre! - Warknąłem, powoli stając na nogi i otrzepując się z brudu.
Nie wiem co mnie ugryzło, ani czemu powiedziałem by się odpieprzył, ale gdyby nie stawiał oporu to byśmy się nie znaleźli w tej dziwnej sytuacji. Rich patrzyła się na mnie jak na kosmitę, ale nie zamierzałem mu tego tłumaczyć. Właściwie cieszyłem się, że wypaliłem to w innym języku. Francuskim, którego swojego czasu udało mi się trochę łyknąć… nie było to nic szczególnego, ale można było rzucić pojedynczym słówkiem.
- Hej ty wielki i napakowany! Nie chcesz czegoś na rozluźnienie? - Mój ojciec znów pojawił się z nikąd w tym swoich bajecznych ufajdanych wiecznie smarem spodniach trzymając w ramionach napoczętą paczkę, którego nie pamiętam bym ostatnio wypisał na liście zakupów. Ale cóż poradzić.
- A może papieroska? - Zaśmiał się machając wymiętym pudełkiem które trzymał zawsze w którejś z kieszeni skórzanej kurtki. Nie miało zresztą znaczenia gdzie, jego kieszenie były niczym czarna dziura.
Raz, że dziurawa, a dwa, ze nie mogłem najeść tych paczek szlugów gdy miałem ochotę akurat je wywalić do kosza. I tak by to powrotem wygrzebał choćby ze śmietniska, ale warto było próbować.
Co dodatkowo mnie dość zasmuciło, ale było też i przewidywalne… No, niestety Richard z wielką chęcią przystał na propozycje, zresztą wyglądał na takiego. Po prostu wyglądał.
- A ty synu wyrodny, wysil się choć trochę i podgrzej te kretyńską fasolkę z puszki!
- W cale nie kretyńską tylko ty nie umiesz otwierać blaszaków bez odbezpieczania broni! - Odkrzyknąłem ale zabrałem się do roboty, przy okazji schylając się po dodatkowa porcje. W końcu mieliśmy gościa… Przypadkiem, choć przyprowadziłem go tu w zupełnie innym celu.
Mieszając znudzony pachnącą jak pachnącą potrawę, dodając do tego przecieru z pomidorów, szynki, kiełbasy i ziół, nasłuchiwałem podekscytowanego głosu mojego ojca opisującego moje wyczyny z dzieciństwa.
- O ! A tu Malina miała cztery latka i dobrała się do moich prezerwatyw. Urocze prawda? - Postawiłem przed nimi podając talerze ciepłej fasolki po bretońsku i sam przysiadłem na jednym z foteli z rękami skrzyżowanymi na piersi.
- Oczywiście. Urocze ! - Burknąłem pakując sobie do ust pierwszą łyżkę dania i oczywiście natychmiast się zakrztusiłem. Aj, gorące.

Rychu ?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz