Przypatrywałem się mu z zaciekawieniem. Moje oczy skryte pod burzą pofalowanych włosów uważnie przypatrywały się każdemu ruchowi ręki, czy tym bardziej ust Richarda. Sam nie wiem skąd to nagłe zainteresowanie, ale jakoś niezbyt mi to przeszkadzało. Miałem jednak nadzieje, że jemu również.
- Coś się stało? - Spytał wyrywając mnie z zamyślenia.
Siedzieliśmy na kanapie, tato jeszcze nie wyszedł i latał po pokojach próbując na szybko skompletować zawartość swojej torby. To między innymi przez to sytuacja była trochę niezręczna.
I choć teraz akurat buszował u siebie w pokoju naciągając na siebie swoje czarne obcisłe dżinsy które niedawno zresztą mu podałem. Normalnie pewnie nawet nie przejął by się zbytnio wybierając się do pracy w bokserkach i przepoconej bluzce na ramiączkach. Ale o kwestii jego wyglądu dbał syn czy też jak woli córka.
- Cóż… - Gorączkowo szukałem jakiejś wymówki, czekałem na zesłany z nieba jęk ojca o to gdzie podział okulary które na pewno zdążył już założyć na nos. W ostatniej chwili, gdy już zadawał mi się Kończyc czas na przygotowanie mojej niesamowitej i mądrej odpowiedzi, zauważyłem dość istotny szczegół… No, szczegół to może nie bo było tego dość sporo, jak mogłem nie zauważyć braku opatrunku na twarzy Rich’a. Szwów i tak dalej…
- Widzisz dopiero teraz zauważyłem, że czegoś tu brak. - Mruknąłem nachylając się w jego stronę, lekko dotykając jego policzka. Nie odważyłem się jednak przejechać opuszkiem palca po początku jego szramy idącej przez oko.
- Chodzi o brak tych wszystkich wacików i bandaży ? - Zaśmiał się odsuwając natychmiast od siebie moją dłoń.
Usiadłem więc znów spokojnie, bliżej znacznie bliżej niego i lekko naciągnąłem koszulkę zakrywając mały odcinek gołej skóry na udach. Nie robiłem tego dlatego, że się wstydziłem, ale gdy martwiłem się, że zrobiłem coś nie tak jak trzeba zawsze musiałem coś tłamsić.
- Czy.. Czy to bardzo boli? - Spojrzałem na niego ukradkiem, zakładając niesforne kłaki za uchem i poprawiając przy okazji okulary.. Trochę zapaćkane przez parę której narobiłem krzątając się przy garach. W sumie głupiutki zapomniałem o zdjęciu ich z nosa zanim w ogóle zabrałem się do roboty.
Może to właśnie dlatego dopiero teraz zauważam to wszystko.
- Boli? Nie, nigdy jakoś szczególnie nie bolało. A zresztą co cię to obchodzi? - Spojrzałem na niego z uniesioną jedną brwią i ponownie dociskając szkła na do nosa. Naprawdę musiał się tak wygłupiać przy mnie? Nie mógł choć raz potraktować mnie poważnie? Może serio powinienem poinformować tatę co wydarzyło się tamtej nocki.
- Nie wygłupiaj się, to nie wygląda mi na Blizne po ranach które nie są warte uwagi… - Westchnąłem lekko muskając blizne. Skrzywiłem się nawet jeśli on zupełnie nie zareagował.
- Na pewno nie twojej uwagi. - Uciął krótko odchylając głowę do tyłu i gapiąc się w sufit.
- Słuchaj… - Zacząłem, ale przerwało mi nawoływanie ojca. Rich nawet nie drgnął tylko spojrzał na mnie wyczekująco. Zastanawiał się pewnie kiedy w koniu moje wścibskie oczy dadzą mu spokój.
Cóż… Trochę to bolało… Tak tylko troszkę. Pocierając nieśmiało ramiona ze spuszczoną głową, wstałem w końcu, idąc ku uciesze wszystkich do innego pokoju. Pomieszczenie było co prawda małe, ale swoją czystość zachowywało tylko i wyłącznie dzięki mnie, no i rzeczy oczywista był to pokoik taty.
- Widziałeś moje okulary? - Zupełnie jakbym tego nie przewidział wcześniej.
- Są na czubku twojej głowy. Chyba coraz gorzej widzisz tato, nie trzeba będzie zainwestować w coś lepszego? - Luźno postawiłem te propozycje choć i tak wiedziałem, że ją odrzuci. To też oczekując, że sprawa mojego pobytu tu, sądząc po nerwowym spojrzeniu ojca, się przedłuży. Oparłem się lekko o framugę drwi.
- Dobrze wiesz że nie mam na o czasu Malinko. Gdzie ja to… - Podszedłem do taty z lekkim rozbawieniem na ustach i dzierżąc w dłoni grzebyk kazałem mu się jednym gestem dłoni schylić, ale koniec końców i tak musiałem stanąć na palcach, spiąć tyłek. Do tego wszystkiego nie opuszczało mnie wrażenie, jakby mrowienie… ktoś mnie obserwował. To było zupełnie jak w galerii.
- Kiedy ty ostatnio się czesałeś co? - Spytałem by nie okazywać mojego zainteresowania, sprawą obserwatora mojego tyłka.
- Nie mam… - Pacnąłem tatę lekko grzebieniem w policzek.
- Masz go aż za dużo, ale go przepijasz i marnujesz na siedzenie przed telewizorem… aa tłuszczyk zalega. - Zachichotałem szczypiąc go w lekko już wystający brzuszek. Na co ten mi od pacnął.
- Starość nie radość Malinko, sama kiedyś wspomnisz moje słowa. - Mądrala się znalazł.
- Kobiety ci trzeba! Może w końcu jakiś porządna zadbała by o to byś otrzeźwiał. - Warknąłem poprawiając mu źle zapięte guziki w koszuli.
- Jasne, jasne… wmawiaj sobie tak dalej Malinko. Przyznaj, że tak naprawdę chciała byś mieć mamusie. - Z tym facetem po prostu nie dało się gadać. Jak grochem o ścianę! Malinka too, Malinka tamto… Żaden owoc!
W końcu wróciłem do salonu, stając przy stoliku i odprowadzając powoli ojca wzrokiem. Póki nie zniknął za drzwiami. Co za ulga… Jednak to uczucie bycia obserwowanym nadal. nie przestawało gdzieś majaczyć.
- Richard? - Obróciłem się zgrabnie, tak że lekko podwinęło mi koszulkę i gdy odwróciłem się do chłopaka, przyłapałem go na wganianiu się w moje stringi. Odchrząknąłem.
- Lubisz kakao? - Uśmiechnąłem się jakby nigdy nic, chociaż miałem ochotę jednocześnie zdzielić go w mordę jaki i skakać z radość.
- To jak? - Dopytywałem się podchodząc do niego coraz bliżej, aż w końcu się wręcz nachylając. Odgarniając włosy do tyłu z zarumienionych i ciepłych rumieńców, które kwitły na moich policzkach ilekroć się do niego zbliżałem.
- Kakao? - Powtórzył, przekrzywiając słodko głowę i krzywiąc się z zamyśleniu.
- Inaczej gorąca czekolada. Więc? - Zarumieniłem się jeszcze bardziej muskając jego nos paluszkiem.
- Mogę i lubić. - Mruknął, odwracając szybko spojrzenie w bok.
- Co znaczy mogę? - Ciągnąłem dalej czując dziwne gorąco gdy przysiadłem na jego kolanach.
- Jeśli ty mały je lubisz to ja też mogę. - Był jakiś spięty. Rozumiałem czemu i taki był mój cel… Tylko nie mam pojęcia czemu tak się na to uparłem.
-Wiesz, ja naprawdę nie jestem zły. - Zamruczałem, spoglądając na niego z pod ponownie zaparowanych okularów.
-Mówiłeś, ale ja wciąż niezbyt potrafię to zrozumieć.
- Czemuu? - Jęknąłem kręcąc się na nim nie spokojnie.
Rychuuuu? Cemuuu?
czwartek, 19 lutego 2015
piątek, 13 lutego 2015
Od Richarda ( CD. Faust 'a )
Obudziłem się bardzo wcześnie, niewyspany i spięty, ale czego innego można się było spodziewać?
Ciężkim krokiem poszedłem do łazienki i stanąłem przed lustrem. Wyglądałem dość koszmarnie, nawet bardziej niż zazwyczaj, bo do szwów na oku i na czole, oraz blednących już czarno-żółtych sińców dołączyły i wory pod oczami, a do tego niewyspanie kac sprawiły, że byłem blady jak ściana.
- Fu*ck... - wymamrotałem podsumowując przekleństwem swój stan.
Kiedy ubrany już zszedłem na dół do salonu, połączonego z jadalnią i kuchnią ciotka krzątała się przy garach.
- Dobrze, że wstałeś. Masz, zrobiłam Ci śniadanie - powiedział przymilnie, kładąc przede mną jakąś dziwną sałatkę zalaną olejopodobnym czymś wymieszanym z ziołami.
Minąłem stół i ruszyłem do lodówki, żeby wyciągnąć z niej sok.
- Przecież to same witaminy! Ostatnio nie najlepiej z twoim zdrowiem, powinieneś dbać o siebie.
- Nie jestem głodny... - wymamrotałem.
- Musisz coś zjeść. To niezdrowo tak wychodzić bez śniadania - skarciła jak zwykle.
- Wszystko gra... Jak będę głodny to coś sobie kupię i tyle.
Dalej jakoś nie bardzo słuchałem co nawijała moja opiekunka z przymusu. Piłem sok i.. gryzłem się z własnymi myślami. Dość ponurymi, dodajmy do tego. Zdawałem sobie sprawę z tego co zrobiłem i jakie to mogło mieć konsekwencje... Sam nie mogłem się nadziwić własnej głupocie i temu, jak ten chłopak na mnie działał. Jeszcze nigdy nie spotkałem kogoś przy kim nie mogłem się powstrzymać aż do tego stopnia, żeby mi solidnie odjebało. Coś było ze mną zdecydowanie nie tak...
- Wstaniesz wreszcie? - usłyszałem.
Uniosłem głowę i zamrugałem gwałtownie, wracając do rzeczywistości.
- What..? - spytałem.
- Do szpitala mamy jechać. Zdjęcie szwów... - powiedziała ciotka zniecierpliwionym głosem. - Co się z tobą dziej, źle się czujesz?
- Everything alright... Chodźmy już - wstałem i wyszliśmy.
Zostałem zawieziony do szpitala, tam przyjął mnie chirurg, zdjął opatrunki i zaczął oglądać jak goją się rany.
Siedziałem sztywno i niespokojnie. Nie cierpiałem szpitali i lekarzy... Wszystkie wspomnienia matki, jakie miałem, zamiast być ciepłe i miłe, przeplatały się ze strachem i chłodem sterylnych, szpitalnych pomieszczeń. Pamiętam ją tylko chorą, słabą, podłączoną do różnych rurek, które zdawały mi się wtedy jakimiś ssawkami, które wyciągały z mamy życie.
- Powinieneś następnym razem bardziej na siebie uważać - zalecił lekarz, spoglądając na mnie karcąco.
- Right... - wymamrotałem tylko. - A co z gipsem? Nie dałoby rady go już zdjąć?
- Nie. Musisz go nosić jeszcze co najmniej tydzień, do czasu, gdy kość dobrze się zrośnie, to było niebezpieczne złamanie...
- Dobra... Dziękuję.
Przed wyjściem zajrzałem jeszcze do łazienki. Wyglądałem nader malowniczo z różową, świeżą wciąż szramą biegnącą przez lewe oko, szczególnie, że było widać jeszcze dziury po szwach. Bosko...
Wyszedłem za szpitala i ruszyłem na przystanek autobusowy, mijając tym samy samochód ciotki.
- A dokąd ty się wybierasz? - krzyknęła za mną.
- Muszę odwiedzić... kolegę - wyjaśniłem tylko i ruszyłem dalej, wyjmując z kieszeni papierosa i zapalając go.
Początkowo włóczyłem się po mieście próbując się zdecydować na coś sensownego... Nic mi jednak do głowy nie przychodziło.
Droga do domu Fausta dłużyła mi się niemiłosiernie... Czułem się jakbym jechał co najmniej na ścięcie, ale nigdy nie byłem tchórzem i musiałem zwyczajnie go jakoś... przeprosić? Jak przeprosić za coś takiego?
Potarłem skronie, wzdychając ciężko.
Wysiadłem z autobusu i skierowałem się do kamienicy, w której mieszkał chłopak.
Stanąłem przed drzwiami jeszcze się wahając... Miałem nadzieję, że ojciec chłopaka nie zastrzeli mnie na miejscu...
Wdusiłem dzwonek i czekałem... Nikt mi nie otworzył, zza drzwi usłyszałem jednak:
- Czego chcesz?
To był głos Fausta, zniekształcony przez przeszkodę między nami, ale jego...
- Tak... To niestety ja... Nie oczekuje że mnie wpuścisz po tym wszystkim... - zacząłem, bo czego mogłem się spodziewać? - Chciałem przeprosić... Zaa .. No wiesz co.
- Nie martw się nie gniewam się - usłyszałem.
- Chyba sobie ze mnie żartujesz! - Warknąłem.
To był jakiś chory żart? Ja tego chłopaka formalnie rzecz biorąc zgwałciłem, a on się niby nie gniewa?
- Przepraszam - powiedziałem po chwili, zdając sobie sprawę, że moja złość jest nie na miejscu.
Faust otworzył i wyleciał przez drzwi, cały czerwony... ale co najbardziej rzuciło mi się w oczy, wpół nagi.
- Przestań przepraszać kretynie! - wrzasnął na mnie i.. wpadł a mnie, potykając się o własne nogi. Złapałem go i podtrzymałem.
Pociągnąłem nosem, spojrzałem na jego lekko błyszczące oczy i od razu wiedziałem co jest grane.
- Jesteś pijany... - burknąłem, unosząc go lekko i wnosząc do mieszkania.
- Wcale nie... Nie wypiłem wcale tak dużo... - stwierdził, gdy sadzałem go na kanapie.
- Jak uważasz... - rzuciłem tylko, oddalając się od niego niemal pod ścianę.
- Myślałem, że nie wrócisz - powiedział chłopak i uśmiechnął się blado.
- Ta.. Być może tak byłoby lepiej, ale wiem, co zrobiłem i... chciałem przynajmniej przeprosić i sprawdzić czy wszystko z tobą w porządku...
- Czuję się dobrze - zaszczebiotał, wstając, ale nie zdołał ukryć grymasu , który przebiegł mu po twarzy gdy poruszył się gwałtowniej.
- Ta... jasne... - burknąłem.
Nie było zbyt przyjemnie patrzeć na to, że sprawiłem temu chłopakowi ból. W końcu był wobec mnie uprzejmy, nawet więcej, traktował mnie jakbym był jego dobrym znajomym, a ja... ja go zwyczajnie skrzywdziłem.
- Zostaniesz jeszcze? Prawda? Muszę zrobić obiad dla taty... A później o wyjdzie będziemy mogli pogadać, co ty na to? - zaproponował.
- Chcesz, żebym tu został? A twój ojciec... wie już?
- Nie wie i się nie dowie. A teraz chodź... - powiedział i złapał mnie za rękę, po czym pociągnął do kuchni.
Nie bardzo wiedziałem co się dzieje, dałem się więc posadzić na krześle przy stole i oglądałem jak Faust w swoim kusym ubraniu, o ile koszulkę i stringi można nazwać ubraniem, krząta się przygotowując jedzenie. Widok chłopka,a co chwilę schylającego się, lub sięgającego po coś co stało wyżej był... miły dla oka to raz, a dwa, sprawił, że było mi niewygodnie.
Siedziałem więc tak, czekając aż chłopak skończy, gdy do kuchni wszedł ojciec Fausta.
- Dzień dobry... - przywitałem się.
- O! Znalazła się zguba - zaśmiał się na mój widok. - Malina, co z ciebie za gospodyni? Żeby gość o suchym pysku siedział!
- Dziękuję, ale nie mam na nic ochoty - rzuciłem.
- A ty coś taki markotny? - spytał.
- Tato! Idź się szykować, zaraz będziesz mieć jedzenie! - burknął Faust, wyganiając ojca z kuchni.
- Dobra dobra... Tylko nic nie spal... - pomarudził mężczyzna i wyszedł.
Znów zostaliśmy sami, a ja pogrążyłem się w myślach. Sądziłem, że solidnie mi się oberwie, a tu... nic?
- Smacznego - powiedział ktoś, a ja zobaczyłem tylko, że Faust kładzie przede mną talerz.
- Nie jestem głodny - stwierdziłem, co nie d o końca było prawdą, bo nie jadłem jeszcze dziś nic.
Chłopak wziął widelec, nabrał coś na niego i zaczął machać mi nim przed ustami.
- Mam cię nakarmić? No to powiedz aaaaa....
Zaśmiałem się na to i zabrałem widelec.
- Dzięki... - powiedziałem.
- Nie ma sprawy, jedz na zdrowie.
- Nie o to mi chodzi... Tylko o to, że nikomu nie powiedziałeś o tym... incydencie - wyjaśniłem.
- Nie ma za co - Faust wyszczerzył się w szerokim uśmiechu.
Zaśmiałem się znowu krótko na to i zabrałem się do jedzenia.
Ciężkim krokiem poszedłem do łazienki i stanąłem przed lustrem. Wyglądałem dość koszmarnie, nawet bardziej niż zazwyczaj, bo do szwów na oku i na czole, oraz blednących już czarno-żółtych sińców dołączyły i wory pod oczami, a do tego niewyspanie kac sprawiły, że byłem blady jak ściana.
- Fu*ck... - wymamrotałem podsumowując przekleństwem swój stan.
Kiedy ubrany już zszedłem na dół do salonu, połączonego z jadalnią i kuchnią ciotka krzątała się przy garach.
- Dobrze, że wstałeś. Masz, zrobiłam Ci śniadanie - powiedział przymilnie, kładąc przede mną jakąś dziwną sałatkę zalaną olejopodobnym czymś wymieszanym z ziołami.
Minąłem stół i ruszyłem do lodówki, żeby wyciągnąć z niej sok.
- Przecież to same witaminy! Ostatnio nie najlepiej z twoim zdrowiem, powinieneś dbać o siebie.
- Nie jestem głodny... - wymamrotałem.
- Musisz coś zjeść. To niezdrowo tak wychodzić bez śniadania - skarciła jak zwykle.
- Wszystko gra... Jak będę głodny to coś sobie kupię i tyle.
Dalej jakoś nie bardzo słuchałem co nawijała moja opiekunka z przymusu. Piłem sok i.. gryzłem się z własnymi myślami. Dość ponurymi, dodajmy do tego. Zdawałem sobie sprawę z tego co zrobiłem i jakie to mogło mieć konsekwencje... Sam nie mogłem się nadziwić własnej głupocie i temu, jak ten chłopak na mnie działał. Jeszcze nigdy nie spotkałem kogoś przy kim nie mogłem się powstrzymać aż do tego stopnia, żeby mi solidnie odjebało. Coś było ze mną zdecydowanie nie tak...
- Wstaniesz wreszcie? - usłyszałem.
Uniosłem głowę i zamrugałem gwałtownie, wracając do rzeczywistości.
- What..? - spytałem.
- Do szpitala mamy jechać. Zdjęcie szwów... - powiedziała ciotka zniecierpliwionym głosem. - Co się z tobą dziej, źle się czujesz?
- Everything alright... Chodźmy już - wstałem i wyszliśmy.
Zostałem zawieziony do szpitala, tam przyjął mnie chirurg, zdjął opatrunki i zaczął oglądać jak goją się rany.
Siedziałem sztywno i niespokojnie. Nie cierpiałem szpitali i lekarzy... Wszystkie wspomnienia matki, jakie miałem, zamiast być ciepłe i miłe, przeplatały się ze strachem i chłodem sterylnych, szpitalnych pomieszczeń. Pamiętam ją tylko chorą, słabą, podłączoną do różnych rurek, które zdawały mi się wtedy jakimiś ssawkami, które wyciągały z mamy życie.
- Powinieneś następnym razem bardziej na siebie uważać - zalecił lekarz, spoglądając na mnie karcąco.
- Right... - wymamrotałem tylko. - A co z gipsem? Nie dałoby rady go już zdjąć?
- Nie. Musisz go nosić jeszcze co najmniej tydzień, do czasu, gdy kość dobrze się zrośnie, to było niebezpieczne złamanie...
- Dobra... Dziękuję.
Przed wyjściem zajrzałem jeszcze do łazienki. Wyglądałem nader malowniczo z różową, świeżą wciąż szramą biegnącą przez lewe oko, szczególnie, że było widać jeszcze dziury po szwach. Bosko...
Wyszedłem za szpitala i ruszyłem na przystanek autobusowy, mijając tym samy samochód ciotki.
- A dokąd ty się wybierasz? - krzyknęła za mną.
- Muszę odwiedzić... kolegę - wyjaśniłem tylko i ruszyłem dalej, wyjmując z kieszeni papierosa i zapalając go.
Początkowo włóczyłem się po mieście próbując się zdecydować na coś sensownego... Nic mi jednak do głowy nie przychodziło.
Droga do domu Fausta dłużyła mi się niemiłosiernie... Czułem się jakbym jechał co najmniej na ścięcie, ale nigdy nie byłem tchórzem i musiałem zwyczajnie go jakoś... przeprosić? Jak przeprosić za coś takiego?
Potarłem skronie, wzdychając ciężko.
Wysiadłem z autobusu i skierowałem się do kamienicy, w której mieszkał chłopak.
Stanąłem przed drzwiami jeszcze się wahając... Miałem nadzieję, że ojciec chłopaka nie zastrzeli mnie na miejscu...
Wdusiłem dzwonek i czekałem... Nikt mi nie otworzył, zza drzwi usłyszałem jednak:
- Czego chcesz?
To był głos Fausta, zniekształcony przez przeszkodę między nami, ale jego...
- Tak... To niestety ja... Nie oczekuje że mnie wpuścisz po tym wszystkim... - zacząłem, bo czego mogłem się spodziewać? - Chciałem przeprosić... Zaa .. No wiesz co.
- Nie martw się nie gniewam się - usłyszałem.
- Chyba sobie ze mnie żartujesz! - Warknąłem.
To był jakiś chory żart? Ja tego chłopaka formalnie rzecz biorąc zgwałciłem, a on się niby nie gniewa?
- Przepraszam - powiedziałem po chwili, zdając sobie sprawę, że moja złość jest nie na miejscu.
Faust otworzył i wyleciał przez drzwi, cały czerwony... ale co najbardziej rzuciło mi się w oczy, wpół nagi.
- Przestań przepraszać kretynie! - wrzasnął na mnie i.. wpadł a mnie, potykając się o własne nogi. Złapałem go i podtrzymałem.
Pociągnąłem nosem, spojrzałem na jego lekko błyszczące oczy i od razu wiedziałem co jest grane.
- Jesteś pijany... - burknąłem, unosząc go lekko i wnosząc do mieszkania.
- Wcale nie... Nie wypiłem wcale tak dużo... - stwierdził, gdy sadzałem go na kanapie.
- Jak uważasz... - rzuciłem tylko, oddalając się od niego niemal pod ścianę.
- Myślałem, że nie wrócisz - powiedział chłopak i uśmiechnął się blado.
- Ta.. Być może tak byłoby lepiej, ale wiem, co zrobiłem i... chciałem przynajmniej przeprosić i sprawdzić czy wszystko z tobą w porządku...
- Czuję się dobrze - zaszczebiotał, wstając, ale nie zdołał ukryć grymasu , który przebiegł mu po twarzy gdy poruszył się gwałtowniej.
- Ta... jasne... - burknąłem.
Nie było zbyt przyjemnie patrzeć na to, że sprawiłem temu chłopakowi ból. W końcu był wobec mnie uprzejmy, nawet więcej, traktował mnie jakbym był jego dobrym znajomym, a ja... ja go zwyczajnie skrzywdziłem.
- Zostaniesz jeszcze? Prawda? Muszę zrobić obiad dla taty... A później o wyjdzie będziemy mogli pogadać, co ty na to? - zaproponował.
- Chcesz, żebym tu został? A twój ojciec... wie już?
- Nie wie i się nie dowie. A teraz chodź... - powiedział i złapał mnie za rękę, po czym pociągnął do kuchni.
Nie bardzo wiedziałem co się dzieje, dałem się więc posadzić na krześle przy stole i oglądałem jak Faust w swoim kusym ubraniu, o ile koszulkę i stringi można nazwać ubraniem, krząta się przygotowując jedzenie. Widok chłopka,a co chwilę schylającego się, lub sięgającego po coś co stało wyżej był... miły dla oka to raz, a dwa, sprawił, że było mi niewygodnie.
Siedziałem więc tak, czekając aż chłopak skończy, gdy do kuchni wszedł ojciec Fausta.
- Dzień dobry... - przywitałem się.
- O! Znalazła się zguba - zaśmiał się na mój widok. - Malina, co z ciebie za gospodyni? Żeby gość o suchym pysku siedział!
- Dziękuję, ale nie mam na nic ochoty - rzuciłem.
- A ty coś taki markotny? - spytał.
- Tato! Idź się szykować, zaraz będziesz mieć jedzenie! - burknął Faust, wyganiając ojca z kuchni.
- Dobra dobra... Tylko nic nie spal... - pomarudził mężczyzna i wyszedł.
Znów zostaliśmy sami, a ja pogrążyłem się w myślach. Sądziłem, że solidnie mi się oberwie, a tu... nic?
- Smacznego - powiedział ktoś, a ja zobaczyłem tylko, że Faust kładzie przede mną talerz.
- Nie jestem głodny - stwierdziłem, co nie d o końca było prawdą, bo nie jadłem jeszcze dziś nic.
Chłopak wziął widelec, nabrał coś na niego i zaczął machać mi nim przed ustami.
- Mam cię nakarmić? No to powiedz aaaaa....
Zaśmiałem się na to i zabrałem widelec.
- Dzięki... - powiedziałem.
- Nie ma sprawy, jedz na zdrowie.
- Nie o to mi chodzi... Tylko o to, że nikomu nie powiedziałeś o tym... incydencie - wyjaśniłem.
- Nie ma za co - Faust wyszczerzył się w szerokim uśmiechu.
Zaśmiałem się znowu krótko na to i zabrałem się do jedzenia.
Fauściu? ^.^
czwartek, 12 lutego 2015
Od Faust 'a ( CD. Richarda )
Stanąłem wciąż lekko utykając przed szafą i rozsunąłem zamaszyście drzwi.
Szafa w moim pokoju zajmowała całą jedną ścianę. Była biała, ale przede wszystkim wielka, a co z tym się wiąże, także i pojemna. Schyliłem się więc z lekkim grymasem bólu do dolnej partii ciała, gdzie znajdowały się również białe plecione koszyki na bieliznę. Wydobyłem ze sporej kolekcji konkret który na te chwile mnie interesował. Stringi, męskie koronkowe stringi. Zapewne nikt by w to nie uwierzył, a jednak męskie. No bo skoro nikogo nie brzydzą w tej branży siatkowane gdzie penis, prezentuje się jak uciśnięty kawał pasztetowej. To czemu by i nie dodać temu trochę więcej taktu i wyobraźni by stworzyć właśnie majtki w tym stylu.
Mówiąc krócej... Tak to ja sam je zrobiłem.
Naciągnąłem je w końcu na tyłek, czując jak przyjemnie ciasno przywierają do mojego ciała. Był wczesny ranek, ojciec cały dzień miał spać przygotowując się do nocnej zmiany w pracy, co oznaczało zero picia, jego oko ma być czujne przez całą nockę! Wystarczyło więc tylko teraz na gołe ciało naciągnąć przydługawą bluzkę z pingwinem i związać włosy w kucyk.
Mogłem teraz siąść spokojnie... Syknąłem gdy tylko próbowałem tego dokonać, co spowodowało wyciśnięcie z moich ust głośnego i siarczystego wiązadła przekleństw.
Udało mi się jednak w końcu położyć na materacu, tylko co teraz.
Nie miałem pojęcia co robić. Był co prawda piątek i za około pięciu minut miał bym wychodzić do szkoły. Nie miałem jednak takowego zamiaru.
Była ledwie piąta, a ja nie byłem w stanie usnąć. Rozmyślałem o nim, o Richardzie.
O tym jak zwiał, zostawił mnie samego... O bólu który czułem wraz z narastającym podnieceniem. Przeszedł mnie ponownie dreszcz, po całym ciele, trzęsącą się dłonią sięgnąłem do własnego krocza. Przejechałem lekko palcami po materiale stingów, z moich ust natomiast dobył się jęk który stłumiłem dłonią. Cóż byłem w dotyku dość... Stwardniały i niezbyt miałem pojęcie co z tym czynić, a już na pewno czemu tak było.
Moja dłoń zabrnęła dalej, wsuwając się w majtki i stykając się z moim członkiem znów zaczęła go drażnić. Natychmiast to przerwałem czując niebezpieczne ciepło, ukryłem twarz w poduszce pochlipując i próbując się uspokoić. Cały czas o nim myślałem i nie miałem zamiaru przestać. Nie obchodziło mnie, że uciekł. Naprawdę, choć może powinno.
Nie miałem siły nawet wstać, ale musiałem... Jeśli chciałem zwinąć jeden czy dwie puszki piwa... Nigdy nie piłem więc to mogło by być ciekawe.
Sięgnąłem więc po napój i nim się obejrzałem byłem wstawiony, świat kręcił mi się przede mną oczyma, a ja czułem jak z oczu same płyną mi łzy. Nie sądziłem, że można dostać takiej huśtawki nastrojów będąc jedynie troszkę podpitym po paru łykach.
Nie byłem teraz w niczym lepszy od baby w ciąży.
Położyłem się, z tego wszystkiego czułem jak głowa mi niebezpiecznie ciężeje. Podkurczałem nóżki i zakrywając się kocem z głośnym pomrukiem zadowolenia zamknąłem oczy... Co prawda bałem się mojego snu, ale poczułem się naprawdę senny.
Zadrżałem lekko czując czyjeś spojrzenie na moim ciele. Nie chciałem jeszcze otwierać oczu, ale w tym wypadku było to raczej dość konieczne, tak też więc uczyniłem i wtedy omal nie spadłem z wygodnego legowiska na kanapie. Choć to nie mogło się też stać gdyż on będąc nade mną blokował mnie w swoich ramionach. On to znaczy Richard.
Uśmiechał się do mnie, był tu przy mnie i gładził czule po policzku. Z moich ust dobył się cichutki jęk, wtedy też Rich mnie bez ostrzeżenia pocałował. Czułem jak te głupie rumieńce palą mi twarz, a będąc dokładnym policzki. Usiłowałem się ruszyć by zmienić nieco pozycje i wtedy natrafiłem na jego krocze. Stęknął jeszcze w moich ustach, lekko się krzywiąc gdy podrażniłem naumyślnie tym razem i zresztą nie tylko jednym jedynym, jego twardniejąc uwięziony w ciasnych spodniach członek.
Warknął przyciskając mnie mocniej do materacu poczym pieszcząc moje drżące ciało począł schodzić coraz to bardzie w dół by unieść delikatnie moje biodra i we mnie prędko wejść.
Wrzasnąłem, oplatając go nogami z zachwytem i mrucząc oddałem się wciąż nieco bolesnej przyjemność.
Niestety był to tylko sen, a ja wybudzając się powoli nie znalazłem przy sobie Rycha, a jedynie ujrzałem moją dłoń ubrudzoną jakąś dziwną substancją i zaciśniętym w niej moim własnym przyrodzeniem. Syknąłem jak sparaliżowany gdy doszło w końcu do mnie to uczucie przyjemność i... Jakby ulgi.
Z westchnieniem podniosłem się z kanapy i pokierowałem w stronę łazienki opłukać dłonie pod ciepłą wodą, a i obmyć sobie twarz. Zdołowało mi się, że trochę się zdążyłem spocić dlatego dla zwykłej pewności ponownie sięgnąłem po dezodorant.
Gdy nagle po pomieszczeniu rozszedł się dźwięk dzwonka do drzwi. Zdziwiłem się bo kto mógł przyjść o tej godzinie, zwykle nie miewaliśmy gości, a koledzy z pracy taty to na pewno nie byli. Wiedzieli przecież doskonale jaki dziś dzień i tym bardziej nie przynosili trunku aż do soboty. Gdy spojrzałem na zegar nie ukrywałem zdziwienia, było wczesne popołudnie, musiałem trochę długo przysnąć i niedługo trzeba będzie przygotować wałówkę do pracy ojcu. Gdy w stanie na pewno będzie głodny jak wilk.
Podszedłem w końcu do drzwi i stając na palcach zerknąłem przez judasza na złotą czuprynę Richarda. Serce zabiło mi mocniej. Jednak wrócił!
Z ledwością powstrzymałem się w ostatniej chwili przed odbezpieczeniem wszystkich zamków w drzwiach. Drżące ręce wtuliłem w pierś i oparłem się o drzwi.
- Czego chcesz? - Skrzywiłem się zabrzmiało to gorzej niż przewidziałem.
- Tak... To niestety ja... Nie oczekuje że mnie wpuścisz po tym wszystkim... - Co za kretyn, nawet nie wiesz jak trudno było mi się powstrzymać. - Chciałem przeprosić... Zaa .. No wiesz co. - Westchnąłem spoglądając po sobie. Tak bardzo chciałem go w puścić, ale czy to była odpowiednia decyzja.. Sam nie wiem.
- Nie martw się nie gniewam się. - Uśmiechnąłem się pocierając niezręcznie ramiona, choć on nie miał prawa tego widzieć.
- Chyba sobie ze mnie żartujesz! - Warknął i dopiero po chwili zdał sobie sprawę ze swojego nieodpowiedniego tonu. - Przepraszam.
Niewytrzymałe i w końcu otworzyłem drzwi nie zwracając uwagi na swój ubiór.
- Przestań przepraszać kretynie! - Wrzasnąłem cały czerwony... Dopiero teraz przypominałem sobie o tym, że jestem troszkę podchmielony i tym oto nagłym ruchem wpadłem mu w ramiona z zawrotnej głowy.
Rychu? Widzem gwiazdki
Szafa w moim pokoju zajmowała całą jedną ścianę. Była biała, ale przede wszystkim wielka, a co z tym się wiąże, także i pojemna. Schyliłem się więc z lekkim grymasem bólu do dolnej partii ciała, gdzie znajdowały się również białe plecione koszyki na bieliznę. Wydobyłem ze sporej kolekcji konkret który na te chwile mnie interesował. Stringi, męskie koronkowe stringi. Zapewne nikt by w to nie uwierzył, a jednak męskie. No bo skoro nikogo nie brzydzą w tej branży siatkowane gdzie penis, prezentuje się jak uciśnięty kawał pasztetowej. To czemu by i nie dodać temu trochę więcej taktu i wyobraźni by stworzyć właśnie majtki w tym stylu.
Mówiąc krócej... Tak to ja sam je zrobiłem.
Naciągnąłem je w końcu na tyłek, czując jak przyjemnie ciasno przywierają do mojego ciała. Był wczesny ranek, ojciec cały dzień miał spać przygotowując się do nocnej zmiany w pracy, co oznaczało zero picia, jego oko ma być czujne przez całą nockę! Wystarczyło więc tylko teraz na gołe ciało naciągnąć przydługawą bluzkę z pingwinem i związać włosy w kucyk.
Mogłem teraz siąść spokojnie... Syknąłem gdy tylko próbowałem tego dokonać, co spowodowało wyciśnięcie z moich ust głośnego i siarczystego wiązadła przekleństw.
Udało mi się jednak w końcu położyć na materacu, tylko co teraz.
Nie miałem pojęcia co robić. Był co prawda piątek i za około pięciu minut miał bym wychodzić do szkoły. Nie miałem jednak takowego zamiaru.
Była ledwie piąta, a ja nie byłem w stanie usnąć. Rozmyślałem o nim, o Richardzie.
O tym jak zwiał, zostawił mnie samego... O bólu który czułem wraz z narastającym podnieceniem. Przeszedł mnie ponownie dreszcz, po całym ciele, trzęsącą się dłonią sięgnąłem do własnego krocza. Przejechałem lekko palcami po materiale stingów, z moich ust natomiast dobył się jęk który stłumiłem dłonią. Cóż byłem w dotyku dość... Stwardniały i niezbyt miałem pojęcie co z tym czynić, a już na pewno czemu tak było.
Moja dłoń zabrnęła dalej, wsuwając się w majtki i stykając się z moim członkiem znów zaczęła go drażnić. Natychmiast to przerwałem czując niebezpieczne ciepło, ukryłem twarz w poduszce pochlipując i próbując się uspokoić. Cały czas o nim myślałem i nie miałem zamiaru przestać. Nie obchodziło mnie, że uciekł. Naprawdę, choć może powinno.
Nie miałem siły nawet wstać, ale musiałem... Jeśli chciałem zwinąć jeden czy dwie puszki piwa... Nigdy nie piłem więc to mogło by być ciekawe.
Sięgnąłem więc po napój i nim się obejrzałem byłem wstawiony, świat kręcił mi się przede mną oczyma, a ja czułem jak z oczu same płyną mi łzy. Nie sądziłem, że można dostać takiej huśtawki nastrojów będąc jedynie troszkę podpitym po paru łykach.
Nie byłem teraz w niczym lepszy od baby w ciąży.
Położyłem się, z tego wszystkiego czułem jak głowa mi niebezpiecznie ciężeje. Podkurczałem nóżki i zakrywając się kocem z głośnym pomrukiem zadowolenia zamknąłem oczy... Co prawda bałem się mojego snu, ale poczułem się naprawdę senny.
Zadrżałem lekko czując czyjeś spojrzenie na moim ciele. Nie chciałem jeszcze otwierać oczu, ale w tym wypadku było to raczej dość konieczne, tak też więc uczyniłem i wtedy omal nie spadłem z wygodnego legowiska na kanapie. Choć to nie mogło się też stać gdyż on będąc nade mną blokował mnie w swoich ramionach. On to znaczy Richard.
Uśmiechał się do mnie, był tu przy mnie i gładził czule po policzku. Z moich ust dobył się cichutki jęk, wtedy też Rich mnie bez ostrzeżenia pocałował. Czułem jak te głupie rumieńce palą mi twarz, a będąc dokładnym policzki. Usiłowałem się ruszyć by zmienić nieco pozycje i wtedy natrafiłem na jego krocze. Stęknął jeszcze w moich ustach, lekko się krzywiąc gdy podrażniłem naumyślnie tym razem i zresztą nie tylko jednym jedynym, jego twardniejąc uwięziony w ciasnych spodniach członek.
Warknął przyciskając mnie mocniej do materacu poczym pieszcząc moje drżące ciało począł schodzić coraz to bardzie w dół by unieść delikatnie moje biodra i we mnie prędko wejść.
Wrzasnąłem, oplatając go nogami z zachwytem i mrucząc oddałem się wciąż nieco bolesnej przyjemność.
Niestety był to tylko sen, a ja wybudzając się powoli nie znalazłem przy sobie Rycha, a jedynie ujrzałem moją dłoń ubrudzoną jakąś dziwną substancją i zaciśniętym w niej moim własnym przyrodzeniem. Syknąłem jak sparaliżowany gdy doszło w końcu do mnie to uczucie przyjemność i... Jakby ulgi.
Z westchnieniem podniosłem się z kanapy i pokierowałem w stronę łazienki opłukać dłonie pod ciepłą wodą, a i obmyć sobie twarz. Zdołowało mi się, że trochę się zdążyłem spocić dlatego dla zwykłej pewności ponownie sięgnąłem po dezodorant.
Gdy nagle po pomieszczeniu rozszedł się dźwięk dzwonka do drzwi. Zdziwiłem się bo kto mógł przyjść o tej godzinie, zwykle nie miewaliśmy gości, a koledzy z pracy taty to na pewno nie byli. Wiedzieli przecież doskonale jaki dziś dzień i tym bardziej nie przynosili trunku aż do soboty. Gdy spojrzałem na zegar nie ukrywałem zdziwienia, było wczesne popołudnie, musiałem trochę długo przysnąć i niedługo trzeba będzie przygotować wałówkę do pracy ojcu. Gdy w stanie na pewno będzie głodny jak wilk.
Podszedłem w końcu do drzwi i stając na palcach zerknąłem przez judasza na złotą czuprynę Richarda. Serce zabiło mi mocniej. Jednak wrócił!
Z ledwością powstrzymałem się w ostatniej chwili przed odbezpieczeniem wszystkich zamków w drzwiach. Drżące ręce wtuliłem w pierś i oparłem się o drzwi.
- Czego chcesz? - Skrzywiłem się zabrzmiało to gorzej niż przewidziałem.
- Tak... To niestety ja... Nie oczekuje że mnie wpuścisz po tym wszystkim... - Co za kretyn, nawet nie wiesz jak trudno było mi się powstrzymać. - Chciałem przeprosić... Zaa .. No wiesz co. - Westchnąłem spoglądając po sobie. Tak bardzo chciałem go w puścić, ale czy to była odpowiednia decyzja.. Sam nie wiem.
- Nie martw się nie gniewam się. - Uśmiechnąłem się pocierając niezręcznie ramiona, choć on nie miał prawa tego widzieć.
- Chyba sobie ze mnie żartujesz! - Warknął i dopiero po chwili zdał sobie sprawę ze swojego nieodpowiedniego tonu. - Przepraszam.
Niewytrzymałe i w końcu otworzyłem drzwi nie zwracając uwagi na swój ubiór.
- Przestań przepraszać kretynie! - Wrzasnąłem cały czerwony... Dopiero teraz przypominałem sobie o tym, że jestem troszkę podchmielony i tym oto nagłym ruchem wpadłem mu w ramiona z zawrotnej głowy.
Rychu? Widzem gwiazdki
wtorek, 10 lutego 2015
Od Jenny ( CD. Emilie ) : Cukiernia
- Pffffffffffffft, jasne że tak! Chodź. - prycham ze śmiechem i łapę Emilie za łokieć. Ciągnę ją na chodnik, a potem puszczam i wypytuję o najbliższą cukiernie. Ona mówi, że przy niedalekim przystanku jest jedna fajna cukiernia więc właśnie tam się kierujemy. Nie wiem czemu, Emi jest taka nieśmiała. Dla mnie nigdy nie było problemem takie wyjście czy w ogóle kontakty z ludźmi ale może po prostu niektórzy tak mają.
- To... skąd jesteś? - pyta Emilie. - Słyszę akcent więc...
- Indie.
- Indie? No, nieźle.
- Taaaaa, powiedzmy. Strasznie tam mają... hm, delikatnie ujmując, staroświeckie zwyczaje.
- Uch, rozumiem, że nie bardzo ci one odpowiadają?
- No... mało powiedziane.
- Huh, aż tak?
- Eh, nie pytaj, nie pytaj. - śmieję się i w tym samym momencie wchodzimy do cukierni.
Cóż. Cukiernia jak cukiernia. Całkiem okey. Brązowo - beżowe ściany, barek po lewej, krzesła i stoliki na całej sali. Kilka kanap dla większych grup. My z Emilie siadamy przy jednym ze stolików koło okna. Przez chwilę opowiadamy sobie jak było w szkole i jakich nudów musiałyśmy wysłuchiwać. Potem podchodzi do nas kelnerka.
- Dla mnie duża gorąca czekolada i ciastko nr 10, to z czekoladą i chrupkami. - mówię uśmiechnięta. Taaaaaaaaaaaaaaaaaaak, czekolada. Mogłabym ją pochłaniać w kilogramach.
- Ja poproszę cappuccino i ciastko z masą kawową. - prosi Emi i kelnerka odchodzi. - Ty to masz chyba osobny żołądek na czekoladę co? - śmieje się.
- Wiesz, badania wykazały, że... - zaczynam ze śmiechem
- Dobra, dobra. Nie widzi mi się słuchać o twoich wnętrznościach. - stopuje Emilie.
- Ale to jest fascynująca historia! - udaję oburzenie.
- Tak tak. Wiem. A tak na marginesie... Spójrz, miłość jest tuż, tuż. - ostrzega Emilie i wskazuję ręką za moją głowę. Jestem przekonana, że chodzi jej o czekoladę i już się odwracam kiedy zamiast upragnionego zamówienia, widzę za szybą cukierni jakiś kolesi. Jeden z nich ma czarną bluzę z wielkim rysunkiem ognia.
- Ty...mówiłaś o tym? - pytam koleżanki i wskazuję głową na chłopców. Ona tylko się uśmiecha i kiwa głową. W tym samym momencie podchodzi do nas kelnerka i stawia zamówienia. Łapię czekoladę w ręce i przechylam do ust. Nagle Emilie odsuwa się od szyby i trochę zdziwiona patrzy na zewnątrz. Podążam za nią wzrokiem. Otóż, ci sami goście sterczą za szybą i gapią się na nas, uśmiechają głupi i coś tam krzyczą oraz gestykulują. Zlewam ich totalnie, ukazując tylko grzecznie środkowy palec, oczywiście nie przerywając picia wspaniałego napoju.
- To... skąd jesteś? - pyta Emilie. - Słyszę akcent więc...
- Indie.
- Indie? No, nieźle.
- Taaaaa, powiedzmy. Strasznie tam mają... hm, delikatnie ujmując, staroświeckie zwyczaje.
- Uch, rozumiem, że nie bardzo ci one odpowiadają?
- No... mało powiedziane.
- Huh, aż tak?
- Eh, nie pytaj, nie pytaj. - śmieję się i w tym samym momencie wchodzimy do cukierni.
Cóż. Cukiernia jak cukiernia. Całkiem okey. Brązowo - beżowe ściany, barek po lewej, krzesła i stoliki na całej sali. Kilka kanap dla większych grup. My z Emilie siadamy przy jednym ze stolików koło okna. Przez chwilę opowiadamy sobie jak było w szkole i jakich nudów musiałyśmy wysłuchiwać. Potem podchodzi do nas kelnerka.
- Dla mnie duża gorąca czekolada i ciastko nr 10, to z czekoladą i chrupkami. - mówię uśmiechnięta. Taaaaaaaaaaaaaaaaaaak, czekolada. Mogłabym ją pochłaniać w kilogramach.
- Ja poproszę cappuccino i ciastko z masą kawową. - prosi Emi i kelnerka odchodzi. - Ty to masz chyba osobny żołądek na czekoladę co? - śmieje się.
- Wiesz, badania wykazały, że... - zaczynam ze śmiechem
- Dobra, dobra. Nie widzi mi się słuchać o twoich wnętrznościach. - stopuje Emilie.
- Ale to jest fascynująca historia! - udaję oburzenie.
- Tak tak. Wiem. A tak na marginesie... Spójrz, miłość jest tuż, tuż. - ostrzega Emilie i wskazuję ręką za moją głowę. Jestem przekonana, że chodzi jej o czekoladę i już się odwracam kiedy zamiast upragnionego zamówienia, widzę za szybą cukierni jakiś kolesi. Jeden z nich ma czarną bluzę z wielkim rysunkiem ognia.
- Ty...mówiłaś o tym? - pytam koleżanki i wskazuję głową na chłopców. Ona tylko się uśmiecha i kiwa głową. W tym samym momencie podchodzi do nas kelnerka i stawia zamówienia. Łapię czekoladę w ręce i przechylam do ust. Nagle Emilie odsuwa się od szyby i trochę zdziwiona patrzy na zewnątrz. Podążam za nią wzrokiem. Otóż, ci sami goście sterczą za szybą i gapią się na nas, uśmiechają głupi i coś tam krzyczą oraz gestykulują. Zlewam ich totalnie, ukazując tylko grzecznie środkowy palec, oczywiście nie przerywając picia wspaniałego napoju.
Emilie? Jestem bardzo ułożona :3
poniedziałek, 9 lutego 2015
od Emilie(CD Jenny)
Zastanowiłam się.
-Zdaje się że o czternastej-powiedziałam zerkając na Jennę.
-Ja też-uśmiechnęła się w nie jasny dla mnie sposób po czym zeskoczyła z parapetu-To chcesz gdzieś iść?
Potaknęłam.
-A-a do kąt?-spytałam.
Dziewczyna przez chwilę milczała.
-Może...-rozejrzała się dookoła.Gdzieś z boku stał niski, gruby chłopak z babeczką pokrytą różowym lukrem, od którego dosłownie czuć było wysoką zawartością kalorii-...do cukierni?
-D-dobrze.
-Czyli ustalone-powiedziała ponownie się szczerząc.
Zadzwonił dzwonek. Czyli pora na matematykę.
Nigdy z matmy dobra nie byłam i nigdy nie przykładałam do niej większej wagi. W czasie wakacji zawsze zapominałam wszystko z poprzedniego roku szkolnego. Jakby nie patrzeć matematyka prawie nigdy nie była mi do egzystencji zbyt potrzebna. Do liczenia gęsi nie potrzeba raczej mnożenia, dzielenia, wyciągania pierwiastka liczby czy innych pierdoł. Wystarczy po kolei liczyć pamiętając ile ich powinno być. Jeżeli jest ich za mało odejmuje się znalezione od liczby wszystkich i wychodzi ile się zgubiło. Nie ma się więc co dziwić, że szybko przestałam słuchać nauczycielki. A tak w ogóle to chyba za mną nie przepada. Pierwszego dnia szkoły spóźniłam się na jej lekcję, przerwałam wykład, a w efekcie straciła przeze mnie wątek.
Kilka następnych zleciało równie szybko co ta nieszczęsna matematyka, której omal nie przespałam. Na historii nawet udało mi się zasnąć. O dziwo nauczycielka nic nie zauważyła, ale za to klasa miała niezły ubaw. Spałam może dwadzieścia minut. Na w-f 'ie trochę się poruszałam.
Za to na angielskim ,,popisałam się" swym akcentem. Połowa klasy o mało z krzeseł nie pospadała słysząc na końcu zdania niby anielski wyraz, ale bez krztyny angielskiego akcentu, już nawet nie polskiego, a rosyjskiego. Brzmiało to trochę jak rzężenie starego, upitego dziadygi z bynajmniej nie właściwym zgryzem.
Po ostatniej lekcji wyszłam na plac z wyraźną ulgą. Odetchnęłam świeżym powietrzem.
-Witam-usłyszałam znajomy głos.
Odwróciłam się, w moją stronę szła Jenna,
-H-hej-znowu się zająknęłam-T-to idziemy do tej c-cukierni?
Ta pokiwała głową.
-Zdaje się że o czternastej-powiedziałam zerkając na Jennę.
-Ja też-uśmiechnęła się w nie jasny dla mnie sposób po czym zeskoczyła z parapetu-To chcesz gdzieś iść?
Potaknęłam.
-A-a do kąt?-spytałam.
Dziewczyna przez chwilę milczała.
-Może...-rozejrzała się dookoła.Gdzieś z boku stał niski, gruby chłopak z babeczką pokrytą różowym lukrem, od którego dosłownie czuć było wysoką zawartością kalorii-...do cukierni?
-D-dobrze.
-Czyli ustalone-powiedziała ponownie się szczerząc.
Zadzwonił dzwonek. Czyli pora na matematykę.
Nigdy z matmy dobra nie byłam i nigdy nie przykładałam do niej większej wagi. W czasie wakacji zawsze zapominałam wszystko z poprzedniego roku szkolnego. Jakby nie patrzeć matematyka prawie nigdy nie była mi do egzystencji zbyt potrzebna. Do liczenia gęsi nie potrzeba raczej mnożenia, dzielenia, wyciągania pierwiastka liczby czy innych pierdoł. Wystarczy po kolei liczyć pamiętając ile ich powinno być. Jeżeli jest ich za mało odejmuje się znalezione od liczby wszystkich i wychodzi ile się zgubiło. Nie ma się więc co dziwić, że szybko przestałam słuchać nauczycielki. A tak w ogóle to chyba za mną nie przepada. Pierwszego dnia szkoły spóźniłam się na jej lekcję, przerwałam wykład, a w efekcie straciła przeze mnie wątek.
Kilka następnych zleciało równie szybko co ta nieszczęsna matematyka, której omal nie przespałam. Na historii nawet udało mi się zasnąć. O dziwo nauczycielka nic nie zauważyła, ale za to klasa miała niezły ubaw. Spałam może dwadzieścia minut. Na w-f 'ie trochę się poruszałam.
Za to na angielskim ,,popisałam się" swym akcentem. Połowa klasy o mało z krzeseł nie pospadała słysząc na końcu zdania niby anielski wyraz, ale bez krztyny angielskiego akcentu, już nawet nie polskiego, a rosyjskiego. Brzmiało to trochę jak rzężenie starego, upitego dziadygi z bynajmniej nie właściwym zgryzem.
Po ostatniej lekcji wyszłam na plac z wyraźną ulgą. Odetchnęłam świeżym powietrzem.
-Witam-usłyszałam znajomy głos.
Odwróciłam się, w moją stronę szła Jenna,
-H-hej-znowu się zająknęłam-T-to idziemy do tej c-cukierni?
Ta pokiwała głową.
Jenna?Sory za długość i tak, możesz mi mówić Emi.
sobota, 7 lutego 2015
Od Jenny
Ranek. Słońce wkurzająco włazi mi między palce. Nie ma mowy o dalszym spaniu. Wstaję ze zmrużonymi oczami i toczę się do łazienki. Ogarniam się, żeby nie przestraszyć ludzi na ulicy i wlokę się na dół, do kuchni. Robię sobie szybko śniadanie i mocną kawę. To będzie długi i dziwny dzień... Powinnam chyba... Uch, no tak. Jestem w piżamie! Wypadałoby się jednak ubrać. Wkładam czarny podkoszulek na ramiączkach, koszulę w czarno-czerwoną kratkę, jeansy i czarne trampki. Włosy łapię w koka i wypadam z domu. Wsiadam na skuter i jadę do nowej szkoły.
Idę korytarzem nowej szkoły. Kilka par oczu spogląda na mnie ale nikt się nie odzywa, wszyscy są zajęci sobą. Poza tym, to dopiero początek roku, tak naprawdę nikt nikogo nie zna. Oglądam się na boki, rysuję w głowie mapę.
Dzwonek oznajmia lekcję. Z tego co widzę na rozpisce, mam w tym momencie chemię. No cóż, jedna z najgorszych lekcji, ale niech będzie. Może komuś się coś zapali? Kto wie?
Siadam w jednej z ławek pod oknem i szybko lustruję klasę. No, to dokładnie to, czego się spodziewałam ale nich będzie. Lekcja przemija niestety bez wybuchów, a gadanina nauczyciela wpływa mi jednym uchem, a drugim wypływa. Mam jakieś zapiski, coś wiem i tyle. Gdy dzwoni dzwonek wszyscy się uśmiechają i jak najszybciej wychodzą z klasy. Ja nie należę do wyjątków i również czym prędzej zwijam się do wyjścia. Na przerwie siadam na parapecie i wyciągam szkicownik. Kurde, ołówek jest tak krótki, że za niedługo będę musiała kupić nowy, myślę i rozpoczynam swoją mantrę rysunkową od początku. Najpierw oko, potem ogień. Dalej jakieś nieokreślone zawijasy i znów ogień...
- Widzę że ogień nie tylko na włosach. - słyszę głos za sobą. Odwracam się i widzę dziewczynę w moim wieku, z równie czerwonymi włosami co ja. Uśmiecham się półgębkiem i zamykam zeszyt.
- Moja fobia. - odpowiadam. - Jestem Jenna.
- Emilie. - mówi dziewczyna. Zrzucam nogi z parapetu robiąc jej miejsce. Emilie korzysta z tego i siada.
- To... co myślisz o jakże cudnej chemii? - pyta.
- Wybacz, ale nie mogę wyrazić opinii.
- Czemu?
- Bo kompletnie nic nie pamiętam. - śmieję się. Emi odpowiada tym samym.
- No tak, poza tym w sumie temat szkoła chyba niezbyt cię interesuje.
- Bingo. Wyglądam aż tak źle?
- Nie, ale rzadko się spotyka osoby z tatuażem, pierdyliardem kolczyków w uchu rysującą oczy, ogień i dzikie wstążki, która interesuje się szkołą. - mówi Emi wymachując ręką. Prycham.
- A czy ktokolwiek... Dobra, o czym my w ogóle gadamy?! Teoretycznie podstawowym pytaniem powinno być skąd jesteś, co lubisz najbardziej robić itp. ale... Zapytam lepiej o której wychodzisz z tej szkółki? Może poszłybyśmy gdzieś, co ty na to? - kończę znienawidzony temat propozycją.
Emilie? Mogę mówić Emi, prawda?
Idę korytarzem nowej szkoły. Kilka par oczu spogląda na mnie ale nikt się nie odzywa, wszyscy są zajęci sobą. Poza tym, to dopiero początek roku, tak naprawdę nikt nikogo nie zna. Oglądam się na boki, rysuję w głowie mapę.
Dzwonek oznajmia lekcję. Z tego co widzę na rozpisce, mam w tym momencie chemię. No cóż, jedna z najgorszych lekcji, ale niech będzie. Może komuś się coś zapali? Kto wie?
Siadam w jednej z ławek pod oknem i szybko lustruję klasę. No, to dokładnie to, czego się spodziewałam ale nich będzie. Lekcja przemija niestety bez wybuchów, a gadanina nauczyciela wpływa mi jednym uchem, a drugim wypływa. Mam jakieś zapiski, coś wiem i tyle. Gdy dzwoni dzwonek wszyscy się uśmiechają i jak najszybciej wychodzą z klasy. Ja nie należę do wyjątków i również czym prędzej zwijam się do wyjścia. Na przerwie siadam na parapecie i wyciągam szkicownik. Kurde, ołówek jest tak krótki, że za niedługo będę musiała kupić nowy, myślę i rozpoczynam swoją mantrę rysunkową od początku. Najpierw oko, potem ogień. Dalej jakieś nieokreślone zawijasy i znów ogień...
- Widzę że ogień nie tylko na włosach. - słyszę głos za sobą. Odwracam się i widzę dziewczynę w moim wieku, z równie czerwonymi włosami co ja. Uśmiecham się półgębkiem i zamykam zeszyt.
- Moja fobia. - odpowiadam. - Jestem Jenna.
- Emilie. - mówi dziewczyna. Zrzucam nogi z parapetu robiąc jej miejsce. Emilie korzysta z tego i siada.
- To... co myślisz o jakże cudnej chemii? - pyta.
- Wybacz, ale nie mogę wyrazić opinii.
- Czemu?
- Bo kompletnie nic nie pamiętam. - śmieję się. Emi odpowiada tym samym.
- No tak, poza tym w sumie temat szkoła chyba niezbyt cię interesuje.
- Bingo. Wyglądam aż tak źle?
- Nie, ale rzadko się spotyka osoby z tatuażem, pierdyliardem kolczyków w uchu rysującą oczy, ogień i dzikie wstążki, która interesuje się szkołą. - mówi Emi wymachując ręką. Prycham.
- A czy ktokolwiek... Dobra, o czym my w ogóle gadamy?! Teoretycznie podstawowym pytaniem powinno być skąd jesteś, co lubisz najbardziej robić itp. ale... Zapytam lepiej o której wychodzisz z tej szkółki? Może poszłybyśmy gdzieś, co ty na to? - kończę znienawidzony temat propozycją.
Emilie? Mogę mówić Emi, prawda?
piątek, 6 lutego 2015
Od Jade (CD Nelly)
Lekcja Chemii,której nienawidzę.Pomyślałam,że się wyrwę z lekcji.Myślałam jak o zrobić,żeby mnie nikt nie nakrył.Myślałam,myślałam,aż nagle wpadła na mnie jakaś dziewczyna.
-Gdzie łazisz,kobieto!
-Jade co ty robisz?!
-Oł...Nelly.I'm sorry.
-Nic się nie dzieje,ale musisz tak mówić?
-No wiesz,muszę to robić by no wiesz...Yyy
-Dobra nie tłumacz się,wiem o co chodzi.Ale gdzie ty idziesz?Zaraz się spóźnisz na Chemię.
-Walić chemię,uciekam.
-No co ty?!
-Dobra,bo mnie zaraz ktoś nakryje.Powiedz,że się źle poczułam czy coś,ja idę do pielęgniarki.
-Po co?
-Nie rozumiesz,nakłamię jej,że boli mnie brzuch lub coś innego.
-Ok.Pa!
-Pa!
Jak mówiłam,poszłam do pielęgniarki.Miała fajny gabinet jak na szkołę.
-Dzień dobry,prosze Pani,bo mam taka sprawę.
-Tak?
-Strasznie boli mnie brzuch...
-Aha,a czemu?
-No nie wiem,chyba coś zjadłam przeterminowanego lub coś innego.
-Ok,dam Ci tabletkę i miętę.Jaką teraz masz lekcję?
-Chemię...
-No dobrze zadzwonię do twoich rodziców,żeby cię zawieźli do domu.
-Nie,nie ma potrzeby.Mama jest w pracy a ojczym w pojechał za granicę.
-Ale może mama się zwolni?
-Nie,bo ona ciężko pracuje na awans,a ma takiego szefa,że...
-No dobrze pójdę do twojej wychowawczyni zanieść zwolnienie.
Gdy wyszłam udawałam,że jeszcze mnie boli dalej brzuch.Zadzwonił dzwonek.Nagle ze schodów zszedł Andrew.
-Hej dziewczynko,zaraz się spóźnisz na lekcję.
-Po pierwsze nie jestem dziewczynką,a po drugie zrywam lekcję.
-Haha okej,dziewczynka Pff...Mogę się zerwać z tobą.
-What,ty chyba żartujesz?
-Yy nie,chodź.
Andrew pociągnął mnie za rękę i schowaliśmy się za ścianą.Był za blisko mnie,za blisko,ale nawet mi się podobało.Po chwili usłyszałam kroki.Andrew się wychylił.
(szept)-To dyr,bądź cicho.
-Sam bądź cicho i odsuń się.
-Co,przeszkadzam ci?
-Nie...
-A może się zawstydziłaś co?
-Ty chyba jaja se robisz.
Nagle odchylił się i przycisnął mnie do ściany.Tego było za wiele.Na szczęście dyrektor odszedł,a ją mogłam zrobić to co chciałam.Odepchnęłam Andrew.
-Co ty robisz?!-Odpowiedziałam krzycząc,ale nie za głośno.
-No co chciałem się ukryć.
-Ta przyciskając mnie do ściany swoim ciałem.
-Hmm myślałem,że Ci się to spodoba.wiele lasek się za mną kręcą.
-Co!Ale nie ja.
-Ok,to co idziemy.
-No
Wyszliśmy z budy.Ah to powietrze.Zauważyłam,że moje włosy trochę wyblakły.Postanowiłam je przefarbować,gdy wrócę do domu.
-W ogóle zapomniałem,jak Ci na imię?
-Jade a ty?-jakbym nie wiedziała
-Andrew.A do której klasy chodzisz?
-3a gimnazjum,a co?
-Tak sie pytam.
-Aha.
I tak sobie rozmawialiśmy.Gdy była już moja ulica,zaproponował mi odprowadzenie mnie.Oczywiście zgodziłam się.
-No to mój dom.To do zobaczenia.
-Czekaj,czekaj moge do ciebie wpaść?
-No nie wiem...Chyba.
-No to na co czekamy.
Weszliśmy.Na szczęście żaden z moich rodziców nie było w domu.Poszliśmy do mojego pokoju,który był posprzątany.Ale mi ulżyło.
Andrew?
-Gdzie łazisz,kobieto!
-Jade co ty robisz?!
-Oł...Nelly.I'm sorry.
-Nic się nie dzieje,ale musisz tak mówić?
-No wiesz,muszę to robić by no wiesz...Yyy
-Dobra nie tłumacz się,wiem o co chodzi.Ale gdzie ty idziesz?Zaraz się spóźnisz na Chemię.
-Walić chemię,uciekam.
-No co ty?!
-Dobra,bo mnie zaraz ktoś nakryje.Powiedz,że się źle poczułam czy coś,ja idę do pielęgniarki.
-Po co?
-Nie rozumiesz,nakłamię jej,że boli mnie brzuch lub coś innego.
-Ok.Pa!
-Pa!
Jak mówiłam,poszłam do pielęgniarki.Miała fajny gabinet jak na szkołę.
-Dzień dobry,prosze Pani,bo mam taka sprawę.
-Tak?
-Strasznie boli mnie brzuch...
-Aha,a czemu?
-No nie wiem,chyba coś zjadłam przeterminowanego lub coś innego.
-Ok,dam Ci tabletkę i miętę.Jaką teraz masz lekcję?
-Chemię...
-No dobrze zadzwonię do twoich rodziców,żeby cię zawieźli do domu.
-Nie,nie ma potrzeby.Mama jest w pracy a ojczym w pojechał za granicę.
-Ale może mama się zwolni?
-Nie,bo ona ciężko pracuje na awans,a ma takiego szefa,że...
-No dobrze pójdę do twojej wychowawczyni zanieść zwolnienie.
Gdy wyszłam udawałam,że jeszcze mnie boli dalej brzuch.Zadzwonił dzwonek.Nagle ze schodów zszedł Andrew.
-Hej dziewczynko,zaraz się spóźnisz na lekcję.
-Po pierwsze nie jestem dziewczynką,a po drugie zrywam lekcję.
-Haha okej,dziewczynka Pff...Mogę się zerwać z tobą.
-What,ty chyba żartujesz?
-Yy nie,chodź.
Andrew pociągnął mnie za rękę i schowaliśmy się za ścianą.Był za blisko mnie,za blisko,ale nawet mi się podobało.Po chwili usłyszałam kroki.Andrew się wychylił.
(szept)-To dyr,bądź cicho.
-Sam bądź cicho i odsuń się.
-Co,przeszkadzam ci?
-Nie...
-A może się zawstydziłaś co?
-Ty chyba jaja se robisz.
Nagle odchylił się i przycisnął mnie do ściany.Tego było za wiele.Na szczęście dyrektor odszedł,a ją mogłam zrobić to co chciałam.Odepchnęłam Andrew.
-Co ty robisz?!-Odpowiedziałam krzycząc,ale nie za głośno.
-No co chciałem się ukryć.
-Ta przyciskając mnie do ściany swoim ciałem.
-Hmm myślałem,że Ci się to spodoba.wiele lasek się za mną kręcą.
-Co!Ale nie ja.
-Ok,to co idziemy.
-No
Wyszliśmy z budy.Ah to powietrze.Zauważyłam,że moje włosy trochę wyblakły.Postanowiłam je przefarbować,gdy wrócę do domu.
-W ogóle zapomniałem,jak Ci na imię?
-Jade a ty?-jakbym nie wiedziała
-Andrew.A do której klasy chodzisz?
-3a gimnazjum,a co?
-Tak sie pytam.
-Aha.
I tak sobie rozmawialiśmy.Gdy była już moja ulica,zaproponował mi odprowadzenie mnie.Oczywiście zgodziłam się.
-No to mój dom.To do zobaczenia.
-Czekaj,czekaj moge do ciebie wpaść?
-No nie wiem...Chyba.
-No to na co czekamy.
Weszliśmy.Na szczęście żaden z moich rodziców nie było w domu.Poszliśmy do mojego pokoju,który był posprzątany.Ale mi ulżyło.
Andrew?
środa, 4 lutego 2015
Od Richarda ( CD. Faust 'a ) :
W głowie kręciło mi się niemiłosiernie, a świat wokół mnie odstawiał przeróżne ewolucje i to lotnicze. A mimo to moje myśli zaprzątało coś zupełnie innego. Coś, co zagłuszało nawet szum w uszach. Tym czymś było nagie, mokre i przyjemnie prężące się ciało Fausta, którego przyciskałem do siebie mimo jego niezdarnego oporu. Pomyśleć, że zajrzałem tu chcąc ochlapać jedynie twarz chłodną wodą…. Teraz miałem gdzieś, że ściekają po nie strugi ciepłej wody, która wsiąkała w moje ubrania. Równie nieistotne były opatrunki, czy gips, który irytował, krępując ramię, choć to od dawna nie było już w temblaku i jako tako posłużyło mi do przytrzymania chłopaka przy sobie.
- Rich… Co ty wyrabiasz? – usłyszałem nieco spanikowany głos chłopaka, gdy oderwałem się na chwilę od jego ust.
- You’re so cute… - wymruczałem mu do ucha, skubiąc je lekko.
- R-Rich… - znów protest, tym razem słabszy, gdy moja zdrowa dłoń zaczęła błądzić po jego nagim pośladku.
- You’ll be my birthday gift… I want you… - stwierdziłem I znów wpiłem się w jego usta, podczas gdy moja dłoń wjechała między jego pośladki, a palce odnalazły wejście do jego wnętrza.
Pieściłem go tak chwilę, wciąż nie przestają całować, a on drżał w moich objęciach, początkowo nieporadnie próbując mnie odepchnąć. Nie pozwoliłem mu na to, byłem silniejszy… znacznie silniejszy.
Faust chyba chciał coś powiedzieć, może po raz kolejny zaprotestować, gdy rozpiąłem sobie spodnie i szybko obróciłem chłopaka tyłem do siebie, zmuszając, żeby oparł się drżącymi dłońmi o ścianę kabiny. Przytrzymałem go i wszedłem w niego szybko i dość brutalnie, choć jego spięte mięśnie stawiały mi opór. Z ust Faust wydobył się przeciągły, pełen bólu krzyk, który zdusiłem, zakrywając mu usta.
- Szszszzza… - wymruczałem mu do ucha, dalej zakrywając mu usta i wbijając się w niego głębiej.
Faust był taki rozkosznie ciasny, tak słodko wił się i pojękiwał, choć skutecznie tłumiłem jego krzyki. Brałem go szybko i mocno, ogłupiony przez pożądanie i alkohol. Sam nie wiem co w tamtej chwili myślałem… Czy w ogóle widziałem cokolwiek oprócz rządzy. Wiem tylko, że gdy wreszcie sięgnąłem spełnienia niemal pociemniało mi przed oczami z rozkoszy.
Gdy puściłem chłopaka ten zachwiał się i upadł z głuchym jękiem, a ja zobaczyłem krew… To mnie otrzeźwiło. Nie całkowicie, ale na tyle, żebym pojął co takiego narobiłem.
- Fuck… I’m… I should leave… - wydyszałem migiem zapinając spodnie i wychodząc z łazienki.
Zwyczajnie uciekłem. W przemoczonych ciuchach, jeszcze na klatce schodowej zakładając buty. Jakoś udało mi się dowlec do postoju taksówek i dojechać do domu. Ciotka czekała oczywiście z niezłą wiązanką na ustach… Tylko, że tym razem chyba za mało mi się oberwało… póki co.
Ściągnąłem ciuchy, które zdążyły już na nie przeschnąć, gdy spojrzałem na plamę krwi… nie swojej, zrobiło mi się niedobrze… Umyłem się szybko i wlazłem do łóżka. Długo nie mogłem zasnąć, a gdy wreszcie mi się udało roiły mi się jakieś koszmary…
Fauściu? Plasiam? T^T
- Rich… Co ty wyrabiasz? – usłyszałem nieco spanikowany głos chłopaka, gdy oderwałem się na chwilę od jego ust.
- You’re so cute… - wymruczałem mu do ucha, skubiąc je lekko.
- R-Rich… - znów protest, tym razem słabszy, gdy moja zdrowa dłoń zaczęła błądzić po jego nagim pośladku.
- You’ll be my birthday gift… I want you… - stwierdziłem I znów wpiłem się w jego usta, podczas gdy moja dłoń wjechała między jego pośladki, a palce odnalazły wejście do jego wnętrza.
Pieściłem go tak chwilę, wciąż nie przestają całować, a on drżał w moich objęciach, początkowo nieporadnie próbując mnie odepchnąć. Nie pozwoliłem mu na to, byłem silniejszy… znacznie silniejszy.
Faust chyba chciał coś powiedzieć, może po raz kolejny zaprotestować, gdy rozpiąłem sobie spodnie i szybko obróciłem chłopaka tyłem do siebie, zmuszając, żeby oparł się drżącymi dłońmi o ścianę kabiny. Przytrzymałem go i wszedłem w niego szybko i dość brutalnie, choć jego spięte mięśnie stawiały mi opór. Z ust Faust wydobył się przeciągły, pełen bólu krzyk, który zdusiłem, zakrywając mu usta.
- Szszszzza… - wymruczałem mu do ucha, dalej zakrywając mu usta i wbijając się w niego głębiej.
Faust był taki rozkosznie ciasny, tak słodko wił się i pojękiwał, choć skutecznie tłumiłem jego krzyki. Brałem go szybko i mocno, ogłupiony przez pożądanie i alkohol. Sam nie wiem co w tamtej chwili myślałem… Czy w ogóle widziałem cokolwiek oprócz rządzy. Wiem tylko, że gdy wreszcie sięgnąłem spełnienia niemal pociemniało mi przed oczami z rozkoszy.
Gdy puściłem chłopaka ten zachwiał się i upadł z głuchym jękiem, a ja zobaczyłem krew… To mnie otrzeźwiło. Nie całkowicie, ale na tyle, żebym pojął co takiego narobiłem.
- Fuck… I’m… I should leave… - wydyszałem migiem zapinając spodnie i wychodząc z łazienki.
Zwyczajnie uciekłem. W przemoczonych ciuchach, jeszcze na klatce schodowej zakładając buty. Jakoś udało mi się dowlec do postoju taksówek i dojechać do domu. Ciotka czekała oczywiście z niezłą wiązanką na ustach… Tylko, że tym razem chyba za mało mi się oberwało… póki co.
Ściągnąłem ciuchy, które zdążyły już na nie przeschnąć, gdy spojrzałem na plamę krwi… nie swojej, zrobiło mi się niedobrze… Umyłem się szybko i wlazłem do łóżka. Długo nie mogłem zasnąć, a gdy wreszcie mi się udało roiły mi się jakieś koszmary…
Fauściu? Plasiam? T^T
Od Faust 'a ( CD. Richarda )
Przechyliłem głowę niebezpiecznie tracąc równowagę i przechylając się w stronę Richa, w porę jednak się podparłem dłonią i odsunąłem jakby nigdy nic.
Spojrzałem na niego odruchowo czy przypadkiem nic nie zauważył, był jednak zbyt zaabsorbowany wyłączaniem telefonu.
- Przecież ona się po prostu tylko martwiła. - Stwierdziłem przeciągając się, trochę się zasiedziałem. Richard patrzył się na to jak się prężę z zaciekawieniem, jednak zaraz potem przybrał wyraz twarzy odpowiedni do swojej wypowiedzi.
- Yeh, but... No wiesz, jest zbyt nadopiekuńcza. - Westchnął wpychając do pierwszej lepszej kieszeni komórkę i wyciągnął rękę by coś pomajstrować przy ustawieniach dźwięku filmu.
- Nie wiem. Zauważyłeś, żeby się mną ojciec w ogóle interesował? - Rich skrzywił się, ale ponownie spojrzał na mnie. Wiem, że przeszkadzałem mu w oglądaniu zapewne po raz setny jak ten zielony grubas ucieka przed smoczycą z tym zabawnym osłem i tak dalej... Przykro mi, ale to na pewno nie zniszczy mu seansu tym bardziej, że na pewno znał teść tej bajki na pamięć.
- Niezbyt... Ale pytał się o.. O szkołę, prawda? - Znów się zająknął przy tym słowie, to było zabawne, ale sama jego uwaga niezbyt prowokowała mnie do śmiechu.
- Tak, tak pyta się tylko o to i nic więcej... Później nawet nie dostanę za to, że opuściłem po raz kolejny budę, żadnego wykładu. Spije się tylko bardziej i tyle z niego będzie.
Stwierdziłem w końcu, że z mojego oglądania tych zielonych przygód będą nici, to też wstałem i szybko przemknąłem do drzwi pokoju.
- Chcesz coś? Jogurt albo...
- Malina nie żartuj sobie! Prawdziwy mężczyzna pije tylko wódkę ! - Usłyszałem widząc chwile później tego chlejusa uśmiechniętego na fotelu.
- Zamknij się! I nie jestem żadną Maliną! - Warknąłem idąc w stronę kuchni poczym z wściekłością zatrzasnąłem lodówkę z której wyjąłem dwa jogurty. O ironio, że były właśnie malinowe. Otworzyłem jeden i nasypałem do niego płatków kukurydzianych, wszystko by było jak zwykle w takich sytuacjach gdyby nie fakt, że tym razem zrobiłem coś z goła innego niż zwykle. Powiedziałem ojcu prosto w twarz, że jestem płci męskiej... Powiedziałem, że nie jestem Maliną.
Usłyszałem trzask szklanki stykającej się z podłogą. Nawet Rich wyszedł z mojego pokoju ignorując idącą dalej bajkę by sprawdzić co się stało.
Zamieszałem jogurt i wpakowałem sobie porcje do ust, słysząc ukochane przeze mnie chrupnięcie.
- Tato? - Spytałem gdy w końcu przełknąłem to czym się tak delektowałem. Trochę zmartwiło mnie cisza która zapadła w mieszkaniu tak nagle.
Richard też wyglądał na zdezorientowanego gdy podałem mu jogurt wraz z łyżeczką.
- Mam nadzieje, że też lubisz sobie po chrupać. - To mówiąc puściłem mu oczko i postąpiłem pare kroków w stronę ojca by usłyszeć jęk, jak u ranionego dzikiego zwierzęcia.
- Moja córeczka dorasta! - Zaryczał ojciec przecierając poczerwieniałe i podkrążone oczy.
- Cóż ja teraz zrobię?! - Lamentował dalej.
- Oh udław się staruchu! Teraz widzisz o co cały ten cyrk? Kolego? - Właśnie, Richard nazwał mnie kolegą. To było trochę dziwne, ale miłe... Choć też czułem dziwne uczucie, jakby to było za mało. Znaliśmy się chwile więc nie miałem pojęcia o co mi chodzi, to bez sensu.
- Well... Ale ta propozycja z wódką to aktualna? - Zgromiłem go wzrokiem, po raz drugi zakrztusiłem się tego dnia... Tym razem mało nie połknąłem łyżki.
- Dobra! Nie to nie! Sam to zjem! - Wybuchnąłem i zabrałem oba jogurty do swojego pokoju.
- Najwyżej Malinie w tyłek pójdzie ! - Warknąłem niemal trzaskając drzwiami.
- Co go ugryzło? - Usłyszałem jeszcze głos Richard'a stłumiony, odległością i zaporą jaką tworzyły zamknięte drzwi oraz moje zawzięte chrupanie.
- Jak to Malina! Nie lubię gdy w domu zbyt dużo mówi się o chlańsku.
Brzuch mnie skutecznie rozbolał po tym wszystkim, wstyd było się przyznać, ale naprawdę wyszedłem na głupka. Te kubełki były stanowczo zbyt dużymi porcjami.
Nie miałem jednak zamiaru tego przyznać przed tymi pajacami.
Wstałem ociężale z podłogi przed telewizorem... Menu bajki już od dawna majaczyło na jego ekranie powtarzając te samą serie slajdów zachęcającą do oglądania i muzyczką która chyba tej nocy będzie mnie prześladować.
- Żwirek kręci z muchomorkiem co? - Ziewnąłem wciskając lekko przycisk wyłącz na pilocie. W końcu przemogłem się by skierować kroki w stronę wyjścia, trzeba było przecież wyłączyć to nadające o jakimś meczu pudło u nich, bo nie trudno zgadnąć, że byli już do tego średnio zdolni.
Zgarnąłem więc przelotem z szafy pierwsze leprze slipy i koszulkę nocną, zdaje się niebieską, usianą w takie jakby pszczółki. I dziwnymi rozsianymi na różnych fragmentach materiału wyrazami dźwiękonaśladowczymi głoszącymi " Bzzz bzzz", jak mniemam chodziło o buczenie tych owadów. Pchnąłem lekko drzwi, ciszę w salonie przecinał tylko szum telewizora i paplanina jakiś przypadkowych komutatorów sportowych.
- Żyjecie? - Nie usłyszałem odpowiedzi, więc podszedłem bliżej. I tak bym musiał by wyłączyć telewizor. Nim jednak znalazłem pilot, mało nie wywinąłem koziołka na jednej z pustych butelek po wódce.
- Cudnie... - Westchnąłem podnosząc to z ziemi i z brzdękiem stawiając na stoliku do kawy. Usłyszałem jęk. Należał on do Richard'a który dziwnym sposobem leżał właśnie pod tym stolikiem.
- Oh... Goliacie? - Potrząsnąłem jego ramie, uniósł się lekko i spojrzał na mnie szklistymi oczami. Zmierzwiłem mu rozczochrane włosy po czym przyłożyłem dłoń do czoła. Był rozpalony.
- Malinkaa.. - Szepnął z uśmiechem próbując pogładzić mnie to policzku. Speszyłem się i momentalnie wstałem ciągnąc go nieudolnie za sobą na kanapę. Był zbyt ciężki, a i nie chciałem urazić mu ręki która wciąż tkwiła w bandażu.
- No spójrz na siebie... Co twoja ciotka powie. - Uśmiechnąłem się ironicznie gdy przewrócił się na drugi bok mamrocząc coś niezrozumiale.
Wyłączyłem w końcu telewizor i udałem się do łazienki. Mimo iż mieliśmy osobę względnie obcą w domu, nie przepuszczę okazji do umycia się. Nie potrafię nie, nie myć się codziennie. Golić nóg... I tak dalej.
Gdy wszedłem do łazienki natychmiast zacząłem zdejmować koszulkę, dopiero wtedy przypomniałem sobie o zapobiegawczym zamknięciu drzwi. I mam za swoje.
- Tato... Już ci mówiłem, że nie będziesz rzygał kiedy ja mam zamiar się myć... Ale dobra, tylko szybko. - Westchnąłem odkładające kluczyk na pralkę i ostatecznie wyzbywając się pozostałych ubrań wskoczyłem pod prysznic. Związałem włosy w kok.
Woda była przyjemnie ciepła, rozluźniało mnie to. Nagle jednak za osłoną wszczął się jakiś niespokojny ruch. Wejście do brodzika zostało rozsunięte.
W pierwszej chwili nie wiedziałem co zrobić... Krzyczeć? Może i tak, ale ja jedynie gwałtowniej zaczerpnąłem powietrza i nawet nie stawiałem większego oporu gdy Rich wleciał w ubraniu pod prysznic, zaraz przy mnie... Przynajmniej nie miał butów... Był w skarpetkach. Ale ja.. Przecież byłem zupełnie nagi.
Prawie się poślizgnąłem więc złapałem się go kurczowo, na co ten od razu zareagował łapiąc mnie w objęcia i... Coś co wciąż niezbyt chciało do mnie dotrzeć.... Pocałował mnie.
Przeszedł mnie miły dreszcz. Choć zduszony natychmiastowo posmakiem wódki w jego ustach i ogólnie zapachem.
- Rich? - Jęknąłem próbując spojrzeć mu w oczy.
Rysieeek? Ty zboczuchu!
Spojrzałem na niego odruchowo czy przypadkiem nic nie zauważył, był jednak zbyt zaabsorbowany wyłączaniem telefonu.
- Przecież ona się po prostu tylko martwiła. - Stwierdziłem przeciągając się, trochę się zasiedziałem. Richard patrzył się na to jak się prężę z zaciekawieniem, jednak zaraz potem przybrał wyraz twarzy odpowiedni do swojej wypowiedzi.
- Yeh, but... No wiesz, jest zbyt nadopiekuńcza. - Westchnął wpychając do pierwszej lepszej kieszeni komórkę i wyciągnął rękę by coś pomajstrować przy ustawieniach dźwięku filmu.
- Nie wiem. Zauważyłeś, żeby się mną ojciec w ogóle interesował? - Rich skrzywił się, ale ponownie spojrzał na mnie. Wiem, że przeszkadzałem mu w oglądaniu zapewne po raz setny jak ten zielony grubas ucieka przed smoczycą z tym zabawnym osłem i tak dalej... Przykro mi, ale to na pewno nie zniszczy mu seansu tym bardziej, że na pewno znał teść tej bajki na pamięć.
- Niezbyt... Ale pytał się o.. O szkołę, prawda? - Znów się zająknął przy tym słowie, to było zabawne, ale sama jego uwaga niezbyt prowokowała mnie do śmiechu.
- Tak, tak pyta się tylko o to i nic więcej... Później nawet nie dostanę za to, że opuściłem po raz kolejny budę, żadnego wykładu. Spije się tylko bardziej i tyle z niego będzie.
Stwierdziłem w końcu, że z mojego oglądania tych zielonych przygód będą nici, to też wstałem i szybko przemknąłem do drzwi pokoju.
- Chcesz coś? Jogurt albo...
- Malina nie żartuj sobie! Prawdziwy mężczyzna pije tylko wódkę ! - Usłyszałem widząc chwile później tego chlejusa uśmiechniętego na fotelu.
- Zamknij się! I nie jestem żadną Maliną! - Warknąłem idąc w stronę kuchni poczym z wściekłością zatrzasnąłem lodówkę z której wyjąłem dwa jogurty. O ironio, że były właśnie malinowe. Otworzyłem jeden i nasypałem do niego płatków kukurydzianych, wszystko by było jak zwykle w takich sytuacjach gdyby nie fakt, że tym razem zrobiłem coś z goła innego niż zwykle. Powiedziałem ojcu prosto w twarz, że jestem płci męskiej... Powiedziałem, że nie jestem Maliną.
Usłyszałem trzask szklanki stykającej się z podłogą. Nawet Rich wyszedł z mojego pokoju ignorując idącą dalej bajkę by sprawdzić co się stało.
Zamieszałem jogurt i wpakowałem sobie porcje do ust, słysząc ukochane przeze mnie chrupnięcie.
- Tato? - Spytałem gdy w końcu przełknąłem to czym się tak delektowałem. Trochę zmartwiło mnie cisza która zapadła w mieszkaniu tak nagle.
Richard też wyglądał na zdezorientowanego gdy podałem mu jogurt wraz z łyżeczką.
- Mam nadzieje, że też lubisz sobie po chrupać. - To mówiąc puściłem mu oczko i postąpiłem pare kroków w stronę ojca by usłyszeć jęk, jak u ranionego dzikiego zwierzęcia.
- Moja córeczka dorasta! - Zaryczał ojciec przecierając poczerwieniałe i podkrążone oczy.
- Cóż ja teraz zrobię?! - Lamentował dalej.
- Oh udław się staruchu! Teraz widzisz o co cały ten cyrk? Kolego? - Właśnie, Richard nazwał mnie kolegą. To było trochę dziwne, ale miłe... Choć też czułem dziwne uczucie, jakby to było za mało. Znaliśmy się chwile więc nie miałem pojęcia o co mi chodzi, to bez sensu.
- Well... Ale ta propozycja z wódką to aktualna? - Zgromiłem go wzrokiem, po raz drugi zakrztusiłem się tego dnia... Tym razem mało nie połknąłem łyżki.
- Dobra! Nie to nie! Sam to zjem! - Wybuchnąłem i zabrałem oba jogurty do swojego pokoju.
- Najwyżej Malinie w tyłek pójdzie ! - Warknąłem niemal trzaskając drzwiami.
- Co go ugryzło? - Usłyszałem jeszcze głos Richard'a stłumiony, odległością i zaporą jaką tworzyły zamknięte drzwi oraz moje zawzięte chrupanie.
- Jak to Malina! Nie lubię gdy w domu zbyt dużo mówi się o chlańsku.
Brzuch mnie skutecznie rozbolał po tym wszystkim, wstyd było się przyznać, ale naprawdę wyszedłem na głupka. Te kubełki były stanowczo zbyt dużymi porcjami.
Nie miałem jednak zamiaru tego przyznać przed tymi pajacami.
Wstałem ociężale z podłogi przed telewizorem... Menu bajki już od dawna majaczyło na jego ekranie powtarzając te samą serie slajdów zachęcającą do oglądania i muzyczką która chyba tej nocy będzie mnie prześladować.
- Żwirek kręci z muchomorkiem co? - Ziewnąłem wciskając lekko przycisk wyłącz na pilocie. W końcu przemogłem się by skierować kroki w stronę wyjścia, trzeba było przecież wyłączyć to nadające o jakimś meczu pudło u nich, bo nie trudno zgadnąć, że byli już do tego średnio zdolni.
Zgarnąłem więc przelotem z szafy pierwsze leprze slipy i koszulkę nocną, zdaje się niebieską, usianą w takie jakby pszczółki. I dziwnymi rozsianymi na różnych fragmentach materiału wyrazami dźwiękonaśladowczymi głoszącymi " Bzzz bzzz", jak mniemam chodziło o buczenie tych owadów. Pchnąłem lekko drzwi, ciszę w salonie przecinał tylko szum telewizora i paplanina jakiś przypadkowych komutatorów sportowych.
- Żyjecie? - Nie usłyszałem odpowiedzi, więc podszedłem bliżej. I tak bym musiał by wyłączyć telewizor. Nim jednak znalazłem pilot, mało nie wywinąłem koziołka na jednej z pustych butelek po wódce.
- Cudnie... - Westchnąłem podnosząc to z ziemi i z brzdękiem stawiając na stoliku do kawy. Usłyszałem jęk. Należał on do Richard'a który dziwnym sposobem leżał właśnie pod tym stolikiem.
- Oh... Goliacie? - Potrząsnąłem jego ramie, uniósł się lekko i spojrzał na mnie szklistymi oczami. Zmierzwiłem mu rozczochrane włosy po czym przyłożyłem dłoń do czoła. Był rozpalony.
- Malinkaa.. - Szepnął z uśmiechem próbując pogładzić mnie to policzku. Speszyłem się i momentalnie wstałem ciągnąc go nieudolnie za sobą na kanapę. Był zbyt ciężki, a i nie chciałem urazić mu ręki która wciąż tkwiła w bandażu.
- No spójrz na siebie... Co twoja ciotka powie. - Uśmiechnąłem się ironicznie gdy przewrócił się na drugi bok mamrocząc coś niezrozumiale.
Wyłączyłem w końcu telewizor i udałem się do łazienki. Mimo iż mieliśmy osobę względnie obcą w domu, nie przepuszczę okazji do umycia się. Nie potrafię nie, nie myć się codziennie. Golić nóg... I tak dalej.
Gdy wszedłem do łazienki natychmiast zacząłem zdejmować koszulkę, dopiero wtedy przypomniałem sobie o zapobiegawczym zamknięciu drzwi. I mam za swoje.
- Tato... Już ci mówiłem, że nie będziesz rzygał kiedy ja mam zamiar się myć... Ale dobra, tylko szybko. - Westchnąłem odkładające kluczyk na pralkę i ostatecznie wyzbywając się pozostałych ubrań wskoczyłem pod prysznic. Związałem włosy w kok.
Woda była przyjemnie ciepła, rozluźniało mnie to. Nagle jednak za osłoną wszczął się jakiś niespokojny ruch. Wejście do brodzika zostało rozsunięte.
W pierwszej chwili nie wiedziałem co zrobić... Krzyczeć? Może i tak, ale ja jedynie gwałtowniej zaczerpnąłem powietrza i nawet nie stawiałem większego oporu gdy Rich wleciał w ubraniu pod prysznic, zaraz przy mnie... Przynajmniej nie miał butów... Był w skarpetkach. Ale ja.. Przecież byłem zupełnie nagi.
Prawie się poślizgnąłem więc złapałem się go kurczowo, na co ten od razu zareagował łapiąc mnie w objęcia i... Coś co wciąż niezbyt chciało do mnie dotrzeć.... Pocałował mnie.
Przeszedł mnie miły dreszcz. Choć zduszony natychmiastowo posmakiem wódki w jego ustach i ogólnie zapachem.
- Rich? - Jęknąłem próbując spojrzeć mu w oczy.
Rysieeek? Ty zboczuchu!
poniedziałek, 2 lutego 2015
Od Richarda ( CD. Faust 'a )
Chyba pierwszy raz trafiłem w miejsce gdzie mnie zwyczajnie przyjęli nie zerkając na mnie podejrzliwie, tak dla pewności, czy aby nie wyciągnę kosy z kieszeni i nie zechcę kogoś zaszlachtować. Nie miałem zbyt dobrych skojarzeń z tutejszą policją. Dlaczego? Bo większość nie kwapiła się pytać, widzieli obcokrajowca, na dodatek ta moja „gębą gangstera”, więc byłem dla nich pierwszym możliwym podejrzanym. Bo przecież amerykaniec przyjechał zapewne handlować prochami, gwałcić i palić. W końcu po co by innego?
Zostałem zaproszony do środka, poczęstowany piwem i papierosem, dziwnym trafem nazwano mnie przy okazji „chłopakiem Maliny”. Miło, naprawdę. Faust zniknął w kuchni, co potwierdzał zapach roznoszący się wkrótce po mieszkaniu. Zapach dość przyjemny, szczególnie, że jakoś nie kłopotałem się wcześniej sprawami tak przyziemnymi jak zjedzenie choćby śniadania…
Pan Mafiu, interesujące imię, naprawdę, wyjął album ze zdjęciami i zaczął wskazywać mi kolejne zdjęcia. Gdyby nie to, że już poznałem Fausta, czy też Malinę, jak nazywał go ojciec, to przysiągłbym, że na fotografiach siedzi uśmiechnięta dziewuszka.
- O! A tu Malina miała cztery latka i dobrała się do moich prezerwatyw. Urocze prawda? – spytał wskazując małe pyzate dziecko trzymające paczuszkę z ogumieniem w ząbkach, chyba starając się dobrać do środka.
Z trudem powstrzymałem śmiech.
- So sweet – wymamrotałem.
Faust postawił przede mną talerz i sam usiadł.
- Oczywiście. Urocze! – fuknął i wpakował gorącą potrawę do ust.
Oczywiście zakrztusił się.
- Drink! – nakazałem, podając mu piwo, bo nic innego do picia nie miałem pod ręką.
Chłopak posłusznie napił się, ale po tym skrzywił.
- Uważaj nieco z gorącym. Krzywdę sobie zrobisz – zganiłem go. Co u niego wywołało rumieniec.
- No Malinko! Wreszcie się będzie miał kto tobą opiekować jak widzę! – ryknął mężczyzna.
Faust odburknął coś chyba nieco urażony. Trzeba było przyznać, że ta dwójka tworzyła niezwykle specyficzną rodzinkę, ale nie przeszkadzało mi ich wariactwo. Wręcz przeciwnie, było przynajmniej interesująco.
Zabrałem się do jedzenia. Ładowałem kolejną łyżkę do ust, gdy natrafiłem na wzrok niby to ukradkiem, wpatrującego się we mnie chłopaka. Jego spojrzenie było dość jasne do rozszyfrowania. Ciotka zerkała na mnie tak samo kiedy już udało jej się usadzić mnie do wspólnego posiłku. Tylko, że te ponoć lekkie i pożywne wynalazki mojej ciotki były przeważnie wstrętne, a to co zrobił Faust, nazwa wyleciała mi z głowy, było naprawdę dobre.
- Bardzo smaczne – rzuciłem i puściłem mu oko, na co speszony odwrócił się i szybciej zaczął wiosłować łyżką.
Po posiłku wstałem i pomogłem pozbierać naczynia, choć Faust twierdził, że nie trzeba.
Gdy zerknęliśmy do salonu Mafiu siedział z pilotem w ręce i skakał po kanałach, ja zaś zostałem zaprowadzony do pokoju chłopaka. No powiedzmy, bo ściany były różowe, a łóżko zasłane narzutką z falbanką.
- Seriously? – wymsknęło mi się.
- No co? Dawno nie było tu malowane… - bronił się Faust.
- Ok. ok… Jak się tobie podoba, to chyba jest dobrze – dobrałem się do płyt z filmami, ułożonych na półce.
- Więc…. Skąd jesteś, bo chyba w Polsce się nie urodziłeś? – spytał chłopak, gdy ja robiłem małą rewizję.
- Yes. Urodziłem się i wychowałem w Stanach Zjednoczonych. Konkretniej w New Haven w Connecticut – odpowiedziałem.
- A długo już mieszkasz tutaj? – kolejne pytanie.
- Dwa lata.
- A dlaczego tu w ogóle przyjechałeś?
- Jakby to ode mnie zależało to nie byłoby mnie tutaj. To mój ojciec nagle zachciał wrócić. Sprzedał firmę, pozbierał graty i tyle. Byłem nieletni, nie mogłem zostać w Stanach sam.
- To też mieszkasz z ojcem?
- Nie – wreszcie znalazłem coś, co by mnie interesowało i dobrałem się do telewizora z odtwarzaczem DVD. – Mieszkam z ciotką…
- To gdzie twój tata? – Faust zadał kolejne pytanie.
Spojrzałem na niego uważnie. Ciekawskie, małe stworzenie. Mimo to ciekawie było spotkać kogoś, kto chciał wiedzieć i pytał, a nie pisał własne domysły, bo tak było najwygodniej i najszybciej.
- Mój ojciec zwiał. I don’t know where, or is He still alive – wyjaśniłem. – And I don’t want to talk about this. Ok?
- Ok… ok… - uśmiechnął się do mnie słodko. – Shrek? – zdziwił się, gdy puściłem wybraną bajkę.
- Ty lubisz różowe ściany… Ja bajki. Something wrong? – rozsiadłem się wygodnie na miękkim łóżku.
Faust oczywiście usiadł obok mnie, wyciągając się nieco do tyłu.
- Dlaczego nie lubisz gliniarzy? Znaczy policji?
- They don’t like me… Od tego zacznijmy.
- To znaczy?
- To znaczy, że dość często jestem dla nich oczywistym podejrzanym. Jestem nerwowym, napakowanym obcokrajowcem, który straszy innych rzucając wrogie spojrzenia. Przecież to oczywiste, że kogoś już zabiłem, tylko moja dziana rodzinka i układy trzymają mnie na wolności – burknąłem sarkastycznie.
- A zabiłeś kogoś? – spytał chłopak i nachylił się w moją stronę ożywiony.
- Yeah, sure… Tych co mi to zrobili – pomachałem mu przed nosem ręką w gipsie - niemal pozabijałem… To znaczy skoro jeszcze nie siedzę to żaden się nie przekręcił.
- A dlaczego ktoś ci to zrobił?
- Zwykłe nieporozumienie – rzuciłem. – Chłopcy źle dobrali słowa pod moim adresem to raz, a dwa zamiast przeprosić zaatakowali. No i się… zdenerwowałem.
- A często się denerwujesz? – chłopak lekko się skrzywił.
- Ponoć decydowanie za często… Ale mniejsza o to. Can we just sit and watch?
- No dobrze… tylko jeszcze jedno pytanie. Mogę? – zrobił wielkie, błagalne oczka.
- Alright.
- Dlaczego do mnie podszedłeś?
- Sam do końca nie wiem. Zwyczajnie jak to się tutaj mówi… Wpadłeś mi w oko, tak? Choć muszę przyznać, że początkowo uznałem, że niezła z ciebie laska – zaśmiałem się. – Swoją drogą to twojemu ojcu też się płeć myli… No a skoro już przy tym jesteśmy, to jesteś taki i zachowujesz się jak dziewczyna tak z własnej woli, czy to dlatego, że twój tata wolałby córkę?
- I tak i nie... – zaczął chłopak, opierając się z tyłu na rękach i machając nogami. - Po prostu przyzwyczaiłem się do bycia traktowanym jak dziewczyna i dość późno mi uświadomiono że nie jestem Malina, a Faust. Ale jak widać to mi nie przeszkadza.
- If you say so – rzuciłem. – A inni?
- Inni?
- Daj spokój. Tolerancja w tym kraju… Stop, w tym kraju nie ma tolerancji. Większość ludzi, którzy dowiedzieli się, że gustują i w kobietach i w mężczyznach raczej nie przebierali w słowach, nie mówiąc już o tym, że zaczynali na mnie patrzeć jak na jakiegoś chorego zboczeńca czy coś.
- Przykro mi… Tak nie powinno być.
- I am fine. Przywykłem i chyba dobrze, bo zostanę na tym… zadupiu jeszcze jakiś czas. I pomyśleć, że czekałem na tę swoją pieprzoną osiemnastkę jak głupi… A teraz co? Shit!
Przerwał nam mój telefon. Odebrałem odruchowo, niestety, bo dzwoniła ciotka.
- Boże najdroższy! Richard! Wiesz ile razy próbowałam się do ciebie dodzwonić? Wszystko w porządku? Wracaj do domu! – usłyszałem.
- Mam tu slaby zasięg, a do domu mi się nie spieszy.
- Jak to ci się nie spieszy?! To gdzie ty niby jesteś?- ciotka panikowała jak zawsze.
- U kolegi, alright? Wrócę jakoś wieczorem… chyba. A ty się tam nie martw – rozłączyłem się i wyłączyłem telefon. – Gosh…
Sięgnąłem po pilot i pogłośniłem nieco film.
Faustuś ?
Zostałem zaproszony do środka, poczęstowany piwem i papierosem, dziwnym trafem nazwano mnie przy okazji „chłopakiem Maliny”. Miło, naprawdę. Faust zniknął w kuchni, co potwierdzał zapach roznoszący się wkrótce po mieszkaniu. Zapach dość przyjemny, szczególnie, że jakoś nie kłopotałem się wcześniej sprawami tak przyziemnymi jak zjedzenie choćby śniadania…
Pan Mafiu, interesujące imię, naprawdę, wyjął album ze zdjęciami i zaczął wskazywać mi kolejne zdjęcia. Gdyby nie to, że już poznałem Fausta, czy też Malinę, jak nazywał go ojciec, to przysiągłbym, że na fotografiach siedzi uśmiechnięta dziewuszka.
- O! A tu Malina miała cztery latka i dobrała się do moich prezerwatyw. Urocze prawda? – spytał wskazując małe pyzate dziecko trzymające paczuszkę z ogumieniem w ząbkach, chyba starając się dobrać do środka.
Z trudem powstrzymałem śmiech.
- So sweet – wymamrotałem.
Faust postawił przede mną talerz i sam usiadł.
- Oczywiście. Urocze! – fuknął i wpakował gorącą potrawę do ust.
Oczywiście zakrztusił się.
- Drink! – nakazałem, podając mu piwo, bo nic innego do picia nie miałem pod ręką.
Chłopak posłusznie napił się, ale po tym skrzywił.
- Uważaj nieco z gorącym. Krzywdę sobie zrobisz – zganiłem go. Co u niego wywołało rumieniec.
- No Malinko! Wreszcie się będzie miał kto tobą opiekować jak widzę! – ryknął mężczyzna.
Faust odburknął coś chyba nieco urażony. Trzeba było przyznać, że ta dwójka tworzyła niezwykle specyficzną rodzinkę, ale nie przeszkadzało mi ich wariactwo. Wręcz przeciwnie, było przynajmniej interesująco.
Zabrałem się do jedzenia. Ładowałem kolejną łyżkę do ust, gdy natrafiłem na wzrok niby to ukradkiem, wpatrującego się we mnie chłopaka. Jego spojrzenie było dość jasne do rozszyfrowania. Ciotka zerkała na mnie tak samo kiedy już udało jej się usadzić mnie do wspólnego posiłku. Tylko, że te ponoć lekkie i pożywne wynalazki mojej ciotki były przeważnie wstrętne, a to co zrobił Faust, nazwa wyleciała mi z głowy, było naprawdę dobre.
- Bardzo smaczne – rzuciłem i puściłem mu oko, na co speszony odwrócił się i szybciej zaczął wiosłować łyżką.
Po posiłku wstałem i pomogłem pozbierać naczynia, choć Faust twierdził, że nie trzeba.
Gdy zerknęliśmy do salonu Mafiu siedział z pilotem w ręce i skakał po kanałach, ja zaś zostałem zaprowadzony do pokoju chłopaka. No powiedzmy, bo ściany były różowe, a łóżko zasłane narzutką z falbanką.
- Seriously? – wymsknęło mi się.
- No co? Dawno nie było tu malowane… - bronił się Faust.
- Ok. ok… Jak się tobie podoba, to chyba jest dobrze – dobrałem się do płyt z filmami, ułożonych na półce.
- Więc…. Skąd jesteś, bo chyba w Polsce się nie urodziłeś? – spytał chłopak, gdy ja robiłem małą rewizję.
- Yes. Urodziłem się i wychowałem w Stanach Zjednoczonych. Konkretniej w New Haven w Connecticut – odpowiedziałem.
- A długo już mieszkasz tutaj? – kolejne pytanie.
- Dwa lata.
- A dlaczego tu w ogóle przyjechałeś?
- Jakby to ode mnie zależało to nie byłoby mnie tutaj. To mój ojciec nagle zachciał wrócić. Sprzedał firmę, pozbierał graty i tyle. Byłem nieletni, nie mogłem zostać w Stanach sam.
- To też mieszkasz z ojcem?
- Nie – wreszcie znalazłem coś, co by mnie interesowało i dobrałem się do telewizora z odtwarzaczem DVD. – Mieszkam z ciotką…
- To gdzie twój tata? – Faust zadał kolejne pytanie.
Spojrzałem na niego uważnie. Ciekawskie, małe stworzenie. Mimo to ciekawie było spotkać kogoś, kto chciał wiedzieć i pytał, a nie pisał własne domysły, bo tak było najwygodniej i najszybciej.
- Mój ojciec zwiał. I don’t know where, or is He still alive – wyjaśniłem. – And I don’t want to talk about this. Ok?
- Ok… ok… - uśmiechnął się do mnie słodko. – Shrek? – zdziwił się, gdy puściłem wybraną bajkę.
- Ty lubisz różowe ściany… Ja bajki. Something wrong? – rozsiadłem się wygodnie na miękkim łóżku.
Faust oczywiście usiadł obok mnie, wyciągając się nieco do tyłu.
- Dlaczego nie lubisz gliniarzy? Znaczy policji?
- They don’t like me… Od tego zacznijmy.
- To znaczy?
- To znaczy, że dość często jestem dla nich oczywistym podejrzanym. Jestem nerwowym, napakowanym obcokrajowcem, który straszy innych rzucając wrogie spojrzenia. Przecież to oczywiste, że kogoś już zabiłem, tylko moja dziana rodzinka i układy trzymają mnie na wolności – burknąłem sarkastycznie.
- A zabiłeś kogoś? – spytał chłopak i nachylił się w moją stronę ożywiony.
- Yeah, sure… Tych co mi to zrobili – pomachałem mu przed nosem ręką w gipsie - niemal pozabijałem… To znaczy skoro jeszcze nie siedzę to żaden się nie przekręcił.
- A dlaczego ktoś ci to zrobił?
- Zwykłe nieporozumienie – rzuciłem. – Chłopcy źle dobrali słowa pod moim adresem to raz, a dwa zamiast przeprosić zaatakowali. No i się… zdenerwowałem.
- A często się denerwujesz? – chłopak lekko się skrzywił.
- Ponoć decydowanie za często… Ale mniejsza o to. Can we just sit and watch?
- No dobrze… tylko jeszcze jedno pytanie. Mogę? – zrobił wielkie, błagalne oczka.
- Alright.
- Dlaczego do mnie podszedłeś?
- Sam do końca nie wiem. Zwyczajnie jak to się tutaj mówi… Wpadłeś mi w oko, tak? Choć muszę przyznać, że początkowo uznałem, że niezła z ciebie laska – zaśmiałem się. – Swoją drogą to twojemu ojcu też się płeć myli… No a skoro już przy tym jesteśmy, to jesteś taki i zachowujesz się jak dziewczyna tak z własnej woli, czy to dlatego, że twój tata wolałby córkę?
- I tak i nie... – zaczął chłopak, opierając się z tyłu na rękach i machając nogami. - Po prostu przyzwyczaiłem się do bycia traktowanym jak dziewczyna i dość późno mi uświadomiono że nie jestem Malina, a Faust. Ale jak widać to mi nie przeszkadza.
- If you say so – rzuciłem. – A inni?
- Inni?
- Daj spokój. Tolerancja w tym kraju… Stop, w tym kraju nie ma tolerancji. Większość ludzi, którzy dowiedzieli się, że gustują i w kobietach i w mężczyznach raczej nie przebierali w słowach, nie mówiąc już o tym, że zaczynali na mnie patrzeć jak na jakiegoś chorego zboczeńca czy coś.
- Przykro mi… Tak nie powinno być.
- I am fine. Przywykłem i chyba dobrze, bo zostanę na tym… zadupiu jeszcze jakiś czas. I pomyśleć, że czekałem na tę swoją pieprzoną osiemnastkę jak głupi… A teraz co? Shit!
Przerwał nam mój telefon. Odebrałem odruchowo, niestety, bo dzwoniła ciotka.
- Boże najdroższy! Richard! Wiesz ile razy próbowałam się do ciebie dodzwonić? Wszystko w porządku? Wracaj do domu! – usłyszałem.
- Mam tu slaby zasięg, a do domu mi się nie spieszy.
- Jak to ci się nie spieszy?! To gdzie ty niby jesteś?- ciotka panikowała jak zawsze.
- U kolegi, alright? Wrócę jakoś wieczorem… chyba. A ty się tam nie martw – rozłączyłem się i wyłączyłem telefon. – Gosh…
Sięgnąłem po pilot i pogłośniłem nieco film.
Faustuś ?
sobota, 31 stycznia 2015
Od Ryana
- Miałem dzisiaj pisać sprawdzian z historii i powiem ci, że nawet się nauczyłem. Ale jak na złość Kogut się rozkraczył – westchnął Ryan.
- Przypadek? – zapytał Mike, zabawnie podnosząc brwi – Nie sądzę.
To miało zabrzmieć sarkastycznie. Ryan tak często powtarzał: „Nie wierzę w przypadki”, że teraz nie musiał już tego robić.
Ryan oparł się o lśniącą w słońcu maskę camaro.
- Hej, czy to nie Walker? – zapytał Mike.
Jakiś samochód wyraźnie zwolnił, dzięki czemu mogli dojrzeć jego wścibskiego kierowcę. Mężczyzna za kierownicą niewątpliwie przypominał ich nadętego nauczyciela łaciny, wychowanka Wilczej Góry o znienawidzonym przez wszystkich imieniu: Chris Walker. Na Ryanie, niewiele mogło zrobić wrażenie ale pojawienie się nauczyciela o tej porze i w tym miejscu było dość zaskakujące. Mężczyzna w aucie wychylił rękę przez otwartą szybę i wyrzucił coś przez okno.
Mina Mike była bezcenna, kiedy jego usta ułożyły się w kształcie litery „o”, poczym zaklną i schował się za autem.
Jednak Walker nie zamierzał zatrzymywać się na dłużej, nawet na nich nie zerknął. Zasunął szybę i ruszył z warkotem dalej.
- Pojechał sobie? – pisnął Mike, wychylając się znad camaro.
- Ta… - odparł Ryan nadal patrząc w kierunku odjeżdżającego nauczyciela.
Mike westchnął i wrócił do pozycji sprzed minuty.
- Coś mu zrobiłeś, że teraz tak się go boisz? – spytał po chwili Ryan.
- Daj spokój, przecież miałem z nim pierwszą lekcję. Jakby mnie teraz tu zobaczył z pewnością zakablowałby do dyrektora i dostałbym kolejną naganę… Chyba tym razem by mnie już wyrzucili.
Wtedy coś zabrzęczało w kieszeni Mike’a, a on z niechęcią na twarzy wyjął komórkę sprawdzając wiadomość.
- Zaczynam się obawiać o ludzkość – westchnął z poirytowaniem – Matt coraz bardziej przypomina mi ciebie.
Ryan popatrzył na niego znacząco.
- Przyjedzie o piątej ze swoją dziewczyną do naszego mieszkania – warknął.
Ryan także nie wydawał się być jakoś szczególnie zadowolony.
- Mówiłeś, że zaprasza nas na miasto…
- Napisał mi, że zmienił zdanie – szybko dodał Mike.
Po chwili chłopak ruszył w stronę swojego bmw i wyjął z niego papierową torbę z fast foodu.
- Znaj moją litość – powiedział i wręczył ja Ryanowi.
Ryan spojrzał na Mike’a, który stał oparty o camaro i z nieobecnym wzrokiem żuł jeden z rzemyków na nadgarstku.
- Mam nadzieję, że w tym hamburgerze nie ma sosu – powiedział Ryan.
- Wyluzuj – parsknął drwiąco Mike, wypuszczając rzemyk z zębów – Korniszonów też nie ma.
Przywiózł ze sobą dwa różne dodatki do paliwa, a także szmatę do ochrony spodni przed skutkami spotkania z kanistrem. W jego wykonaniu uruchomienie samochodu wydawało się banalne.
- Szybki quiz, panie Bailey. Trzy rzeczy, które znajdują się przy drodze?
- Samochody – odparł Mike z pobłażaniem w głosie – Chevrolety camaro.
- I zapalniczka – doszedł do sedna Ryan, podnosząc z trawy przedmiot, który wyrzucił ich nauczyciel.
- Nie wiedziałem, że Walker pali – Mike uśmiechnął się, jakby właśnie znalazł jakąś kolejną ciekawostkę, którą mógłby wykorzystać przeciwko nauczycielowi – W końcu nic szczególnego. Każdy może palić. Nawet ten gbur od siedmiu boleści, który uważa, że czekolada psuje mózgi.
Ryan kiwnął głową i w ciszy przyglądał się zużytej zapalniczce w kolorze ciemnej zieleni. Z niewiadomych powodów schował ją do kieszeni od spodni i wrócił do towarzysza.
Obydwoje stali w słońcu późnego poranka. Mike zakręcał korek barku. Słońce zaróżowiło mu policzki.
To był dzień podobny do wielu innych w ciągu minionych osiemnastu miesięcy. Zwykle przed nastaniem wieczoru Mike i Ryan zdążyli się już wielokrotnie pokłócić, nauczyciele wybaczali nieobecność chłopców, a potem Ryan, Mike i największy szkolny kujon szli na pizzę, aby we troje stawić czoła Mattowi.
- Spróbuj zapalić, Ryan – powiedział Mike.
Ryan usiadł za kierownicą, ale nie zamknął drzwi.
- No dalej, Kogucie! – warknął.
Ryan przekręcił kluczyk. Silnik zawył, na chwilę ucichł, a potem z ogłuszającym rykiem powrócił do życia. Camaro był gotów zmierzyć się z nadchodzącym dniem. Nawet radio działało, leciała piosenka Caroline Martin, która dla Ryana zawsze brzmiała jak historia o gołębiu z jednym skrzydłem. Zjadł zimną frytkę z przywiezionego przez chłopaka zestawu.
Mike zajrzał do samochodu.
- Pojadę za tobą. Do szkoły powinieneś jakoś dojechać, ale to na pewno nie koniec – powiedział – Coś tu jest nie tak.
- Świetnie – odparł Ryan, przekrzykując silnik.
Mike pognał do swojego auta i już po chwili bmw pulsowało z tyłu stłumioną, ledwo słyszalną linią basów.
Camaro z trudem wjechało na asfaltową drogę.
Ryan zastanawiał się czy Chris Walker ich zauważył. Bo jeśli tak, lepiej byłoby dla nich nie przychodzić dzisiaj do szkoły. Wszyscy jego uczniowie wiedzą, że jak ich nauczyciel się już czegoś uczepi będzie walczył do ostatniej kropli potu. Ryan miał już multum kłopotów, z którymi musi stawić czoła, więc ten wydawał się dla niego zbyteczny.
- Przypadek? – zapytał Mike, zabawnie podnosząc brwi – Nie sądzę.
To miało zabrzmieć sarkastycznie. Ryan tak często powtarzał: „Nie wierzę w przypadki”, że teraz nie musiał już tego robić.
Ryan oparł się o lśniącą w słońcu maskę camaro.
- Hej, czy to nie Walker? – zapytał Mike.
Jakiś samochód wyraźnie zwolnił, dzięki czemu mogli dojrzeć jego wścibskiego kierowcę. Mężczyzna za kierownicą niewątpliwie przypominał ich nadętego nauczyciela łaciny, wychowanka Wilczej Góry o znienawidzonym przez wszystkich imieniu: Chris Walker. Na Ryanie, niewiele mogło zrobić wrażenie ale pojawienie się nauczyciela o tej porze i w tym miejscu było dość zaskakujące. Mężczyzna w aucie wychylił rękę przez otwartą szybę i wyrzucił coś przez okno.
Mina Mike była bezcenna, kiedy jego usta ułożyły się w kształcie litery „o”, poczym zaklną i schował się za autem.
Jednak Walker nie zamierzał zatrzymywać się na dłużej, nawet na nich nie zerknął. Zasunął szybę i ruszył z warkotem dalej.
- Pojechał sobie? – pisnął Mike, wychylając się znad camaro.
- Ta… - odparł Ryan nadal patrząc w kierunku odjeżdżającego nauczyciela.
Mike westchnął i wrócił do pozycji sprzed minuty.
- Coś mu zrobiłeś, że teraz tak się go boisz? – spytał po chwili Ryan.
- Daj spokój, przecież miałem z nim pierwszą lekcję. Jakby mnie teraz tu zobaczył z pewnością zakablowałby do dyrektora i dostałbym kolejną naganę… Chyba tym razem by mnie już wyrzucili.
Wtedy coś zabrzęczało w kieszeni Mike’a, a on z niechęcią na twarzy wyjął komórkę sprawdzając wiadomość.
- Zaczynam się obawiać o ludzkość – westchnął z poirytowaniem – Matt coraz bardziej przypomina mi ciebie.
Ryan popatrzył na niego znacząco.
- Przyjedzie o piątej ze swoją dziewczyną do naszego mieszkania – warknął.
Ryan także nie wydawał się być jakoś szczególnie zadowolony.
- Mówiłeś, że zaprasza nas na miasto…
- Napisał mi, że zmienił zdanie – szybko dodał Mike.
Po chwili chłopak ruszył w stronę swojego bmw i wyjął z niego papierową torbę z fast foodu.
- Znaj moją litość – powiedział i wręczył ja Ryanowi.
Ryan spojrzał na Mike’a, który stał oparty o camaro i z nieobecnym wzrokiem żuł jeden z rzemyków na nadgarstku.
- Mam nadzieję, że w tym hamburgerze nie ma sosu – powiedział Ryan.
- Wyluzuj – parsknął drwiąco Mike, wypuszczając rzemyk z zębów – Korniszonów też nie ma.
Przywiózł ze sobą dwa różne dodatki do paliwa, a także szmatę do ochrony spodni przed skutkami spotkania z kanistrem. W jego wykonaniu uruchomienie samochodu wydawało się banalne.
- Szybki quiz, panie Bailey. Trzy rzeczy, które znajdują się przy drodze?
- Samochody – odparł Mike z pobłażaniem w głosie – Chevrolety camaro.
- I zapalniczka – doszedł do sedna Ryan, podnosząc z trawy przedmiot, który wyrzucił ich nauczyciel.
- Nie wiedziałem, że Walker pali – Mike uśmiechnął się, jakby właśnie znalazł jakąś kolejną ciekawostkę, którą mógłby wykorzystać przeciwko nauczycielowi – W końcu nic szczególnego. Każdy może palić. Nawet ten gbur od siedmiu boleści, który uważa, że czekolada psuje mózgi.
Ryan kiwnął głową i w ciszy przyglądał się zużytej zapalniczce w kolorze ciemnej zieleni. Z niewiadomych powodów schował ją do kieszeni od spodni i wrócił do towarzysza.
Obydwoje stali w słońcu późnego poranka. Mike zakręcał korek barku. Słońce zaróżowiło mu policzki.
To był dzień podobny do wielu innych w ciągu minionych osiemnastu miesięcy. Zwykle przed nastaniem wieczoru Mike i Ryan zdążyli się już wielokrotnie pokłócić, nauczyciele wybaczali nieobecność chłopców, a potem Ryan, Mike i największy szkolny kujon szli na pizzę, aby we troje stawić czoła Mattowi.
- Spróbuj zapalić, Ryan – powiedział Mike.
Ryan usiadł za kierownicą, ale nie zamknął drzwi.
- No dalej, Kogucie! – warknął.
Ryan przekręcił kluczyk. Silnik zawył, na chwilę ucichł, a potem z ogłuszającym rykiem powrócił do życia. Camaro był gotów zmierzyć się z nadchodzącym dniem. Nawet radio działało, leciała piosenka Caroline Martin, która dla Ryana zawsze brzmiała jak historia o gołębiu z jednym skrzydłem. Zjadł zimną frytkę z przywiezionego przez chłopaka zestawu.
Mike zajrzał do samochodu.
- Pojadę za tobą. Do szkoły powinieneś jakoś dojechać, ale to na pewno nie koniec – powiedział – Coś tu jest nie tak.
- Świetnie – odparł Ryan, przekrzykując silnik.
Mike pognał do swojego auta i już po chwili bmw pulsowało z tyłu stłumioną, ledwo słyszalną linią basów.
Camaro z trudem wjechało na asfaltową drogę.
Ryan zastanawiał się czy Chris Walker ich zauważył. Bo jeśli tak, lepiej byłoby dla nich nie przychodzić dzisiaj do szkoły. Wszyscy jego uczniowie wiedzą, że jak ich nauczyciel się już czegoś uczepi będzie walczył do ostatniej kropli potu. Ryan miał już multum kłopotów, z którymi musi stawić czoła, więc ten wydawał się dla niego zbyteczny.
Od Faust 'a ( CD. Richarda )
Naburmuszony z powodu niedosytu wiadomości jakie jedynie cząstkowo podsuwał mi pod nos Richard, wcisnąłem świecący na czerwono, guzik otwierający drzwi pojazdu. Nie zrobiły tego od razu oczywiście, zdążyłem jeszcze co najmniej trzy razy powtórzyć te czynność nim zatrzymaliśmy się na właściwym przystanku.
I raz jeszcze dla przesadnej pewności kiedy do drzwi zaczęły się już rozstępować przede mną.
Wyskoczyłem na chodnik przenosząc ciężar ciała z nogi na nogę po czym obróciłem się do mojego towarzysza przytakując w jego stronę.
- Lubisz spacery? Chyba nie będziesz mieć mi za złe, przejścia jeszcze paru kroków wzdłuż tych kamieniec? - Nie oczekiwałem odpowiedzi, ani też jego protest nie zrobił by mi różnicy. Po prostu chwile odczekałem póki nie znalazł się przy mnie wraz z odjazdem autobusu, do którego wpakowała się nowa fala pasażerów.
- Więc mieszkasz w mieszkaniu? - Zagaił temat, gdy tak sobie szliśmy, choć właściwie za niecałą sekundę miałem postawić pierwszy krok na schodach na piętro niezbyt zachęcającego budynku.
- A kto w tych czasach mieszka w normalnym domu? Coś jakbyś trafił, z tym, że to jest kamienica. Nie wiem jaka jest między tymi ustrojstwami różnica… To ma chyba po prostu wyglądać… no ten… leciwej. - Tak, Patrząc na to co prezentowało sobą to miejsce, mój opis był dość odpowiedni.
- Leciwej? - Rich powoli brnął po schodach w ślad za mną. No jasne… Pewnie takich sformułowań nie uczą w podręcznikach, nie ma w słownikach. Zresztą czy takie słowo w ogóle tak naprawdę istnieje? Nie miałem co do tego stu procentowej pewności, ale to nie teraz był mój problem. Jak mu to powiedzieć…
- Noo lata, ma sporo lat. W sensie to miejsce, czaisz angolu? - Jego spojrzenie było niewyraźne, ale przytaknął. Tak przynajmniej sądziłem, potem szturchnął mnie w plecy na tyle mocno, że przed padł bym jak długi przed drzwiami własnego mieszkania.
- Nie wiem co znaczy to całe angol, but you do not call me that. - Spojrzałem na niego spode łba rozmasowując obolałem miejsce po czym bez dłuższego cackania się przekręciłem klucz i nacisnąłem mocno na klamkę. Te równie leciwe drzwi lubiły się zacinać dość często, ale jakoś żadne z nas czyli ja i ojciec, nie pokusiliśmy się o zmianie w tym domu czegokolwiek. I tak robiłem wszystko łącznie z praniem i gotowaniem.
Zatrzymała mnie dłoń Rich’a, a zresztą drzwi i tak ledwie się zdążyły otworzyć, nie mam pojęcia czemu chłop tak panikował. Mój stary to po prostu glina? No bez przesady. Nie każdy wsadzi cię od razu za kraty, a na pewno nie on.
- Słuchaj, nie wiem o co ta spina to tylko mój… - Nie dokończyłem bo gdy ledwie uniosłem głowę w jego stronę ten się do mnie nachylił. Znów niebezpiecznie blisko, znów dysząc i łaskocząc mi nieznośnie skórę.
- Are you sure? - Jego mina mnie trochę przerażała, przełknąłem głośno ślinę i trochę bardziej naparłem na drzwi plecami. Ta niezbita powaga… Jeśli tylko spróbuje kłamać będę mieć kłopoty, nawet jeśli jakaś tam cicha nadzieja na przyjaźń zaczęła pomału kwitnąć, a szkoda. Naprawdę chciał bym mu ufać i niestety właśnie ufałem.
A znałem ledwie moment i że niby jak to wytłumaczyć?
- Oui! A teraz może w końcu wejdziemy? - Czułem jak pomału krew odpływa mi z twarzy, może racja, no był naprawdę czasem przerażający. Ale to tylko przez wzrost.
Na spełnienie mojej prośby, niemal błagalnej. Nie musiałem długo czekać bowiem ojciec wcześniej zdążył się zainteresować dziwną szamotaniną za drzwiami i pociągnął nie patyczkując się z delikatnością za klamkę.
Usłyszałem tylko głuchy jęk zawiasów, a zaraz potem opadłem na podłogę przygnieciony ciężarem ciała mojego niedoszłego kolegi.
- A cóż to? Nie uprzedzałeś, że przyprowadzisz swojego chłopaka, ale co ważniejsze… Czemu widzę cię tu a nie w szkole co? - Zostałem trącony w czubek głowy ciężkim glanem. Bolało chwile, ale tylko chwile.
- Tato to boli! Przestań! - Jęknąłem próbując wstać, ale że Rychowi się niezbyt śpieszyło to nie miałem innej opcji jak dalej leżeć na zimnej podłodze i przeklinać w duchu.
Blondyn zaś wpatrywały się w starszego mężczyznę niepewnie, oceniał w skali jeden do dziesięć chyba stan niebezpieczeństwa. Ale odetchnął z ulgą, zakładam więc, że mój ojciec był w dobrym chmurze. Przez co rozumiem, że towarzyszyła mu największa miłość jego życia. Puszka piwa.
- No dobra gołąbeczki wstawajcie, nie będę wam na pewno płacił za odkurzanie podłogi. O tym możecie pomarzyć.
- A z tobą synu - To mówiąc szturchnął mnie ponownie brudząc zeschniętym błotem moje czoło. - Pogadamy sobie później.
- Ah! La monstre! A ty… va te faire foutre! - Warknąłem, powoli stając na nogi i otrzepując się z brudu.
Nie wiem co mnie ugryzło, ani czemu powiedziałem by się odpieprzył, ale gdyby nie stawiał oporu to byśmy się nie znaleźli w tej dziwnej sytuacji. Rich patrzyła się na mnie jak na kosmitę, ale nie zamierzałem mu tego tłumaczyć. Właściwie cieszyłem się, że wypaliłem to w innym języku. Francuskim, którego swojego czasu udało mi się trochę łyknąć… nie było to nic szczególnego, ale można było rzucić pojedynczym słówkiem.
- Hej ty wielki i napakowany! Nie chcesz czegoś na rozluźnienie? - Mój ojciec znów pojawił się z nikąd w tym swoich bajecznych ufajdanych wiecznie smarem spodniach trzymając w ramionach napoczętą paczkę, którego nie pamiętam bym ostatnio wypisał na liście zakupów. Ale cóż poradzić.
- A może papieroska? - Zaśmiał się machając wymiętym pudełkiem które trzymał zawsze w którejś z kieszeni skórzanej kurtki. Nie miało zresztą znaczenia gdzie, jego kieszenie były niczym czarna dziura.
Raz, że dziurawa, a dwa, ze nie mogłem najeść tych paczek szlugów gdy miałem ochotę akurat je wywalić do kosza. I tak by to powrotem wygrzebał choćby ze śmietniska, ale warto było próbować.
Co dodatkowo mnie dość zasmuciło, ale było też i przewidywalne… No, niestety Richard z wielką chęcią przystał na propozycje, zresztą wyglądał na takiego. Po prostu wyglądał.
- A ty synu wyrodny, wysil się choć trochę i podgrzej te kretyńską fasolkę z puszki!
- W cale nie kretyńską tylko ty nie umiesz otwierać blaszaków bez odbezpieczania broni! - Odkrzyknąłem ale zabrałem się do roboty, przy okazji schylając się po dodatkowa porcje. W końcu mieliśmy gościa… Przypadkiem, choć przyprowadziłem go tu w zupełnie innym celu.
Mieszając znudzony pachnącą jak pachnącą potrawę, dodając do tego przecieru z pomidorów, szynki, kiełbasy i ziół, nasłuchiwałem podekscytowanego głosu mojego ojca opisującego moje wyczyny z dzieciństwa.
- O ! A tu Malina miała cztery latka i dobrała się do moich prezerwatyw. Urocze prawda? - Postawiłem przed nimi podając talerze ciepłej fasolki po bretońsku i sam przysiadłem na jednym z foteli z rękami skrzyżowanymi na piersi.
- Oczywiście. Urocze ! - Burknąłem pakując sobie do ust pierwszą łyżkę dania i oczywiście natychmiast się zakrztusiłem. Aj, gorące.
I raz jeszcze dla przesadnej pewności kiedy do drzwi zaczęły się już rozstępować przede mną.
Wyskoczyłem na chodnik przenosząc ciężar ciała z nogi na nogę po czym obróciłem się do mojego towarzysza przytakując w jego stronę.
- Lubisz spacery? Chyba nie będziesz mieć mi za złe, przejścia jeszcze paru kroków wzdłuż tych kamieniec? - Nie oczekiwałem odpowiedzi, ani też jego protest nie zrobił by mi różnicy. Po prostu chwile odczekałem póki nie znalazł się przy mnie wraz z odjazdem autobusu, do którego wpakowała się nowa fala pasażerów.
- Więc mieszkasz w mieszkaniu? - Zagaił temat, gdy tak sobie szliśmy, choć właściwie za niecałą sekundę miałem postawić pierwszy krok na schodach na piętro niezbyt zachęcającego budynku.
- A kto w tych czasach mieszka w normalnym domu? Coś jakbyś trafił, z tym, że to jest kamienica. Nie wiem jaka jest między tymi ustrojstwami różnica… To ma chyba po prostu wyglądać… no ten… leciwej. - Tak, Patrząc na to co prezentowało sobą to miejsce, mój opis był dość odpowiedni.
- Leciwej? - Rich powoli brnął po schodach w ślad za mną. No jasne… Pewnie takich sformułowań nie uczą w podręcznikach, nie ma w słownikach. Zresztą czy takie słowo w ogóle tak naprawdę istnieje? Nie miałem co do tego stu procentowej pewności, ale to nie teraz był mój problem. Jak mu to powiedzieć…
- Noo lata, ma sporo lat. W sensie to miejsce, czaisz angolu? - Jego spojrzenie było niewyraźne, ale przytaknął. Tak przynajmniej sądziłem, potem szturchnął mnie w plecy na tyle mocno, że przed padł bym jak długi przed drzwiami własnego mieszkania.
- Nie wiem co znaczy to całe angol, but you do not call me that. - Spojrzałem na niego spode łba rozmasowując obolałem miejsce po czym bez dłuższego cackania się przekręciłem klucz i nacisnąłem mocno na klamkę. Te równie leciwe drzwi lubiły się zacinać dość często, ale jakoś żadne z nas czyli ja i ojciec, nie pokusiliśmy się o zmianie w tym domu czegokolwiek. I tak robiłem wszystko łącznie z praniem i gotowaniem.
Zatrzymała mnie dłoń Rich’a, a zresztą drzwi i tak ledwie się zdążyły otworzyć, nie mam pojęcia czemu chłop tak panikował. Mój stary to po prostu glina? No bez przesady. Nie każdy wsadzi cię od razu za kraty, a na pewno nie on.
- Słuchaj, nie wiem o co ta spina to tylko mój… - Nie dokończyłem bo gdy ledwie uniosłem głowę w jego stronę ten się do mnie nachylił. Znów niebezpiecznie blisko, znów dysząc i łaskocząc mi nieznośnie skórę.
- Are you sure? - Jego mina mnie trochę przerażała, przełknąłem głośno ślinę i trochę bardziej naparłem na drzwi plecami. Ta niezbita powaga… Jeśli tylko spróbuje kłamać będę mieć kłopoty, nawet jeśli jakaś tam cicha nadzieja na przyjaźń zaczęła pomału kwitnąć, a szkoda. Naprawdę chciał bym mu ufać i niestety właśnie ufałem.
A znałem ledwie moment i że niby jak to wytłumaczyć?
- Oui! A teraz może w końcu wejdziemy? - Czułem jak pomału krew odpływa mi z twarzy, może racja, no był naprawdę czasem przerażający. Ale to tylko przez wzrost.
Na spełnienie mojej prośby, niemal błagalnej. Nie musiałem długo czekać bowiem ojciec wcześniej zdążył się zainteresować dziwną szamotaniną za drzwiami i pociągnął nie patyczkując się z delikatnością za klamkę.
Usłyszałem tylko głuchy jęk zawiasów, a zaraz potem opadłem na podłogę przygnieciony ciężarem ciała mojego niedoszłego kolegi.
- A cóż to? Nie uprzedzałeś, że przyprowadzisz swojego chłopaka, ale co ważniejsze… Czemu widzę cię tu a nie w szkole co? - Zostałem trącony w czubek głowy ciężkim glanem. Bolało chwile, ale tylko chwile.
- Tato to boli! Przestań! - Jęknąłem próbując wstać, ale że Rychowi się niezbyt śpieszyło to nie miałem innej opcji jak dalej leżeć na zimnej podłodze i przeklinać w duchu.
Blondyn zaś wpatrywały się w starszego mężczyznę niepewnie, oceniał w skali jeden do dziesięć chyba stan niebezpieczeństwa. Ale odetchnął z ulgą, zakładam więc, że mój ojciec był w dobrym chmurze. Przez co rozumiem, że towarzyszyła mu największa miłość jego życia. Puszka piwa.
- No dobra gołąbeczki wstawajcie, nie będę wam na pewno płacił za odkurzanie podłogi. O tym możecie pomarzyć.
- A z tobą synu - To mówiąc szturchnął mnie ponownie brudząc zeschniętym błotem moje czoło. - Pogadamy sobie później.
- Ah! La monstre! A ty… va te faire foutre! - Warknąłem, powoli stając na nogi i otrzepując się z brudu.
Nie wiem co mnie ugryzło, ani czemu powiedziałem by się odpieprzył, ale gdyby nie stawiał oporu to byśmy się nie znaleźli w tej dziwnej sytuacji. Rich patrzyła się na mnie jak na kosmitę, ale nie zamierzałem mu tego tłumaczyć. Właściwie cieszyłem się, że wypaliłem to w innym języku. Francuskim, którego swojego czasu udało mi się trochę łyknąć… nie było to nic szczególnego, ale można było rzucić pojedynczym słówkiem.
- Hej ty wielki i napakowany! Nie chcesz czegoś na rozluźnienie? - Mój ojciec znów pojawił się z nikąd w tym swoich bajecznych ufajdanych wiecznie smarem spodniach trzymając w ramionach napoczętą paczkę, którego nie pamiętam bym ostatnio wypisał na liście zakupów. Ale cóż poradzić.
- A może papieroska? - Zaśmiał się machając wymiętym pudełkiem które trzymał zawsze w którejś z kieszeni skórzanej kurtki. Nie miało zresztą znaczenia gdzie, jego kieszenie były niczym czarna dziura.
Raz, że dziurawa, a dwa, ze nie mogłem najeść tych paczek szlugów gdy miałem ochotę akurat je wywalić do kosza. I tak by to powrotem wygrzebał choćby ze śmietniska, ale warto było próbować.
Co dodatkowo mnie dość zasmuciło, ale było też i przewidywalne… No, niestety Richard z wielką chęcią przystał na propozycje, zresztą wyglądał na takiego. Po prostu wyglądał.
- A ty synu wyrodny, wysil się choć trochę i podgrzej te kretyńską fasolkę z puszki!
- W cale nie kretyńską tylko ty nie umiesz otwierać blaszaków bez odbezpieczania broni! - Odkrzyknąłem ale zabrałem się do roboty, przy okazji schylając się po dodatkowa porcje. W końcu mieliśmy gościa… Przypadkiem, choć przyprowadziłem go tu w zupełnie innym celu.
Mieszając znudzony pachnącą jak pachnącą potrawę, dodając do tego przecieru z pomidorów, szynki, kiełbasy i ziół, nasłuchiwałem podekscytowanego głosu mojego ojca opisującego moje wyczyny z dzieciństwa.
- O ! A tu Malina miała cztery latka i dobrała się do moich prezerwatyw. Urocze prawda? - Postawiłem przed nimi podając talerze ciepłej fasolki po bretońsku i sam przysiadłem na jednym z foteli z rękami skrzyżowanymi na piersi.
- Oczywiście. Urocze ! - Burknąłem pakując sobie do ust pierwszą łyżkę dania i oczywiście natychmiast się zakrztusiłem. Aj, gorące.
Rychu ?
piątek, 30 stycznia 2015
Od Nelly ( CD. Faust 'a i Michaela ) :
Wróciłam do domu później niż zwykle.Strzałki zegarka na mojej ręce wskazywały już godzinę 16.10.Nagle usłyszałam podniesione głosy dobiegające zza drzwi.Weszłam do środka.
- Nelly ? To ty ? -usłyszłam głos babci.
- Tak ! -odkrzyknęłam.
- Dlaczego tak późno ? -babcia wyszła z pomieszczenia i stanęła przede mną.
- Spóźniłam się na autobus -powiedziałam.
- A dlacze...
- Musiałam załatwić jeszcze parę spraw po drodze i dlatego autobus mi uciekł -odparłam szybko próbując zaspokoić dociekliwość babci.
Kobieta potaknęła głową i wróciła do kuchni.Weszłam do salonu.
- Ja nigdzie nie jadę ! - krzyknął mój dziadek.
Staruszek siedział w głębokim ,wytartym fotelu ustawionym w kącie pokoju.
- Nie po to uciekałem żeby tam wracać !
- Dziadku ,co się stało ? -spytałam podchodząc bliżej.
- Na Sybir mnie wywieźć chcą...
- Ten stary piernik już nic nie pojmuje ! -babcia wpadła do pokoju. Na jej twarzy widniał grymas wściekłości - Zaproponowałam mu wyjazd do sanatorium ,a jemu od razu w głowie się poprzewracało -wyjaśniła.
- Nie wracam na Sy...
- Tato...-powiedziała czule moja matka niespodziewanie wchodząc do pokoju - Wiesz dobrze ,że sanatorium to nie Syberia ,poza tym to tylko kilka kilometrów dalej.
- A córeczko...ja po prostu jestem za stary na podróże.Niech twoja matka jedzie sama...
- Widzisz ?! I taka to z nim rozmowa ! -babcia wyszła z pokoju zrezygnowana.
Ruszyłam w ślad za nią zostawiając mamę i dziadka samych.
Kolejny dzień zapowiadał się dość źle.I gdyby ktoś mi powiedział ,że dziś jest piątek trzynastego uwierzyłabym mu nawet gdyby okazało się ,iż mamy środę.
Po pierwsze : zaspałam. Obudziłam się o pół godziny później niż powinnam.Kiedy w końcu zebrałam się i wyszłam z domu okazało się ,że mój autobus odjechał jakieś pięć minut temu.
Po drugie : spóźniłam się na pierwszą lekcję -biologię.Oczywiśćie ,, za karę '' zostałam dokładnie odpytana.Na moją małą iskierkę szczęśćia ten temat pamiętałam na tyle by dostać mocną czwórkę ,jednakże widziałam ,iż mój nauczyciel z wielką chęcią wstawiłby mi tróję.
Kiedy usłyszałam dzwonek na przerwę pierwszą rzeczą jaką zrobiłam to skierowanie się w stronę automatu.Wrzuciłam dwuzłotówkę i nacisnęłam numer 12. Patrzyłam jak woda mineralna porusza się i w pewnym momencie staje.Automat znowu się zaciął.
- Cześć.Nie wiesz może gdzie jest sala od polskiego ?
Odwróciłam się.Przede mną stał jakiś chłopak mówiący łamanym polskim.Zauważyłam też,że ma francuski akcent.
- Ale która sala ? Bo od polskiego jest kilka sal -zaczęłam je wymieniać.
- Eh...chodzi mi o salę 44.
- Sala 44 ? Będziesz ,więc musiał spowrotem zejść na dół.
- No dobra...Może ci pomóc ?
Spojrzałam na automat.
- Jasne. Przydałoby się.Cały czas się zacina ,a ja nie mam najmniejszego pojęcia jak to teraz wyjąć -tu wskazałam na butelkę wody mineralnej.
Ku mojemu zdziwieniu chłopak walnął pięścią kilka razy w maszynę ,a moja woda wyskoczyła chwilę później.
- Dzięki.A jak ci na imię ?
- Michael.A ty jak się nazywasz ?
- Nelly -odparłam -A więc Michael ...do której klasy chodzisz ?
- Jeszcze nie wiem.Mam się spotkać z jakąś nauczycielką w sali 44. Na razie tyle wiem.
Potaknęłam głową.
Chłopak pożegnał się i zszedł w dół po schodach.Odwróciłam się żeby odejść jednak momentalnie wpadłam na kogoś ,a raczej ktoś na mnie.
Jade ?
- Nelly ? To ty ? -usłyszłam głos babci.
- Tak ! -odkrzyknęłam.
- Dlaczego tak późno ? -babcia wyszła z pomieszczenia i stanęła przede mną.
- Spóźniłam się na autobus -powiedziałam.
- A dlacze...
- Musiałam załatwić jeszcze parę spraw po drodze i dlatego autobus mi uciekł -odparłam szybko próbując zaspokoić dociekliwość babci.
Kobieta potaknęła głową i wróciła do kuchni.Weszłam do salonu.
- Ja nigdzie nie jadę ! - krzyknął mój dziadek.
Staruszek siedział w głębokim ,wytartym fotelu ustawionym w kącie pokoju.
- Nie po to uciekałem żeby tam wracać !
- Dziadku ,co się stało ? -spytałam podchodząc bliżej.
- Na Sybir mnie wywieźć chcą...
- Ten stary piernik już nic nie pojmuje ! -babcia wpadła do pokoju. Na jej twarzy widniał grymas wściekłości - Zaproponowałam mu wyjazd do sanatorium ,a jemu od razu w głowie się poprzewracało -wyjaśniła.
- Nie wracam na Sy...
- Tato...-powiedziała czule moja matka niespodziewanie wchodząc do pokoju - Wiesz dobrze ,że sanatorium to nie Syberia ,poza tym to tylko kilka kilometrów dalej.
- A córeczko...ja po prostu jestem za stary na podróże.Niech twoja matka jedzie sama...
- Widzisz ?! I taka to z nim rozmowa ! -babcia wyszła z pokoju zrezygnowana.
Ruszyłam w ślad za nią zostawiając mamę i dziadka samych.
Kolejny dzień zapowiadał się dość źle.I gdyby ktoś mi powiedział ,że dziś jest piątek trzynastego uwierzyłabym mu nawet gdyby okazało się ,iż mamy środę.
Po pierwsze : zaspałam. Obudziłam się o pół godziny później niż powinnam.Kiedy w końcu zebrałam się i wyszłam z domu okazało się ,że mój autobus odjechał jakieś pięć minut temu.
Po drugie : spóźniłam się na pierwszą lekcję -biologię.Oczywiśćie ,, za karę '' zostałam dokładnie odpytana.Na moją małą iskierkę szczęśćia ten temat pamiętałam na tyle by dostać mocną czwórkę ,jednakże widziałam ,iż mój nauczyciel z wielką chęcią wstawiłby mi tróję.
Kiedy usłyszałam dzwonek na przerwę pierwszą rzeczą jaką zrobiłam to skierowanie się w stronę automatu.Wrzuciłam dwuzłotówkę i nacisnęłam numer 12. Patrzyłam jak woda mineralna porusza się i w pewnym momencie staje.Automat znowu się zaciął.
- Cześć.Nie wiesz może gdzie jest sala od polskiego ?
Odwróciłam się.Przede mną stał jakiś chłopak mówiący łamanym polskim.Zauważyłam też,że ma francuski akcent.
- Ale która sala ? Bo od polskiego jest kilka sal -zaczęłam je wymieniać.
- Eh...chodzi mi o salę 44.
- Sala 44 ? Będziesz ,więc musiał spowrotem zejść na dół.
- No dobra...Może ci pomóc ?
Spojrzałam na automat.
- Jasne. Przydałoby się.Cały czas się zacina ,a ja nie mam najmniejszego pojęcia jak to teraz wyjąć -tu wskazałam na butelkę wody mineralnej.
Ku mojemu zdziwieniu chłopak walnął pięścią kilka razy w maszynę ,a moja woda wyskoczyła chwilę później.
- Dzięki.A jak ci na imię ?
- Michael.A ty jak się nazywasz ?
- Nelly -odparłam -A więc Michael ...do której klasy chodzisz ?
- Jeszcze nie wiem.Mam się spotkać z jakąś nauczycielką w sali 44. Na razie tyle wiem.
Potaknęłam głową.
Chłopak pożegnał się i zszedł w dół po schodach.Odwróciłam się żeby odejść jednak momentalnie wpadłam na kogoś ,a raczej ktoś na mnie.
Jade ?
czwartek, 29 stycznia 2015
Od Ryana
- To ja – powiedział wkurzony Ryan.
Odwrócił się i stanął przodem do auta. Jaskrawo-pomarańczowa maska chevroleta camaro była podniesiona, choć raczej w geście bezbronności niż z jakiegoś praktycznego powodu. Mike, miłośnik wszelakich samochodów, może potrafiłby stwierdzić, co tym razem nawaliło, ale Ryan z całą pewnością nie. Całe szczęście udało mu się zjechać na pobocze autostrady międzynarodowej. Wśród nierównych kęp traw porastającej dolinę szerokie opony samochodu wyglądały zupełnie nie na miejscu. Podmuch powietrza od przetaczającej się ciężarówki zakołysał camaro.
- Nie było cię na historii. Myślałem, że znów ujawniły się twoje hormony i szlag cię walnął – zabrzmiał w telefonie głos Mike Baileya, współlokatora Ryana.
Ryan napiął szczękę i obrócił nadgarstek by spojrzeć na zegarek. Ominęło go znacznie więcej niż tylko historia. Była dwunasta. Teraz przymrozek minionej nocy wydawał się nierealny. W spoconą dłoń chłopaka, tuż obok paska od zegarka, wbił się komar. Ryan pstryknął go palcem.
Przypomniało mu się jak kiedyś, gdy był młodszy mama zabrała go na biwak. Nocowali w namiotach, spali w śpiworach, a w pobliżu zaparkowali schludnego Hyundai’a, na wypadek natarczywych owadów. Ta wyprawa nie miała nic wspólnego z przeżyciami tego dnia.
- Zrobiłeś dla mnie jakieś notatki? – zapytał.
- Nie – odparł Mike – Myślałem, że cię szlag walnął.
Ryan przygryzł wargę w chwilowej irytacji i poprawił telefon przyciśnięty do ucha.
- Kogut mi się rozkraczył. Przyjedź po mnie.
Wszyscy zwykli nazywać jego auto „kogutem”, przez to, że przy zapalaniu silnika wył jak stara antena i przy tym budził wszystkich na osiedlu.
Powoli minął go jakiś wypasiony samochód, pełen gapiących się pasażerów. Ryan był nawet niczego sobie, a widok camaro też nie był szczególnie przykry dla oka, jednak to nie ich uroda wzbudzała tak duże zainteresowanie. Chłopak pochodził ze szkoły w Wilczej Górze, która na razie cieszyła się wielkim uznaniem a on stał przy zepsutym, jaskrawopomarańczowym samochodzie co było prawdziwą atrakcją. Jednak Ryan, że miał na głowie teraz ważniejszy problem zlekceważył ich śmiech.
- Daj spokój, człowieku – rzucił Mike.
- Przecież i tak nie zamierzałeś iść na następne zajęcia. Wiesz co? Zaraz będzie przerwa na lunch – powiedział Ryan – Proszę.
Ostatnie słowo było taką rzadkością w ustach Ryana, że aż brzmienie tego wyrazu zaskoczyło jego samego.
Mike milczał przez dłuższą chwilę. Był w tym dobry. Wiedział, że nic tak nie zbija ludzi z tropu. Ale Ryan, w wyniku doświadczenia, zdążył się uodpornić na jego metody. Czekając, aż Mike przemówi, nachylił się i zajrzał do samochodu, żeby sprawdzić, czy nie ma w schowku czegoś do jedzenia. Obok autostrzykawki z adrenaliną znalazł kawałek suszonej szynki, przeterminowanej dwa lata temu. Niewykluczone, że leżała tam już, kiedy kupował samochód.
- Gdzie jesteś? – zapytał wreszcie Mike.
- Obok znaku granicznego z Wilczą Górą na sześćdziesiątce. Przywieś mi hamburgera. Aha, i kanister benzyny.
W baku z pewnością było jeszcze paliwo, ale dolanie go nie mogło przecież zaszkodzić.
- Ryan – głos Mike’a brzmiał oschle.
- Cole też możesz przywieść.
Mike się rozłączył. Ryan zdjął bluzę i rzucił ją na tylne siedzenie. Ciasny tył samochodu był zawalony przedmiotami codziennego użytku. Leżały tam: książka od chemii, zeszyt poplamiony cappuccino, zasunięte do połowy etui, z którego wysypywały się na siedzenie płyty kompaktowe, zmięte mapy, wydruki komputerowe, stary koc, latarka, dębowy patyk. Kiedy chłopak wydobył z tego chaosu jego nowy tablet, na siedzenie sfrunął rachunek za pizzę (jedna duża na grubym cieście, połowa z kiełbasą, połowa z cztery sery), dołączając do pięciu innych różniących się tylko datą.
Z tabletem w ręce oparł się o błotnik i niczym niekompetentny dzieciak z uśmieszkiem na twarzy zaczął grać w subway surfers, bo tak jak on sam twierdził – nigdy mu się nie znudzi. Za każdym razem kiedy przegrywał marszczył czoło a jego usta układały się w podłużną linię pełną skupienia. Po kilkunastu próbach, przeklinał w duchu Mike’a, że tak wolno jedzie i tableta, który się rozładował. Jego nuda dotykała już zenitu i na pokrytym kurzem bucie, zaczął rysować podłużne linie.
Wreszcie za camaro zatrzymało się bmw Mike’a Baileya. Karoseria z nosem rekina, w metalicznym ciemnografitowym kolorze, teraz była pokryta zielonkawym pyłem kwiatowym. Ryan najpierw poczuł pod stopami dudnienie basów, dopiero po chwili rozpoznał piosenkę. Czekał oparty o błotnik camaro, aż Mike wysiądzie z samochodu. Chłopak przyciskał do ucha telefon komórkowy. Znad jego swetra wystawał równo związany krawat. Zmarszczył czoło, ściszył radio i powiedział coś do telefonu poczym schował go do kieszeni od spodni.
Mike trzasnął drzwiami – wszystkimi trzaskał – i podszedł do bagażnika.
- Mój wkurwiający brat chce, żebyśmy się z nim spotkali dziś wieczorem na mieście w jakiejś knajpie. Chce się pochwalić Rose.
- Kto to jest Rose? – zapytał Ryan.
Mike wyjął z bagażnika kanister z benzyną. Nie zawracał sobie głowy trzymaniem jego tłustych ścianek z dala od ubrania. Podobnie jak Ryan miał na sobie zwykłe, czarne trampki, tylko, że on wyglądał dość schludnie. Warren miał niedbale postawiony kołnierzyk swojej ciemnej koszuli a spodnie były zabrudzone zeschniętym błotem u spodu.
Uśmiech Mike’a przecinał jego twarz cienką i drapieżną linią. Przód jego bmw nieprzypadkowo przypomina rekina. Po prostu samochód upodobnił się do właściciela.
- Nowa dziewczyna Matta. Powiedział, że mamy się dla niej odstawić.
Ryan nie cierpiał tego, że musi być miły dla brata Mike’a, ucznia wyższej klasy w Wilczej Górze. W rodzinie Baileyów wolność była skomplikowanym zagadnieniem, a teraz to Matt trzymał do niej klucze.
Wlew paliwa camaro był ukryty pod tablicą rejestracyjną podnoszoną na zawiasach. Mike w milczeniu przyglądał się, jak Ryan mocuje się z korkiem, kanistrem i tablicą.
- Ty powinien to zrobić – powiedział Ryan – Tobie to obojętne, że uświnisz sobie koszulę.
Mike podrapał się obojętnie po ręce. W zeszłym tygodniu woził się w wózku sklepowym przyczepionym do camaro i nadal miał jeszcze brązowe plamy błota po tej zabawie.
Mike ponownie zerknął na Ryana a jego spojrzeniu towarzyszyło westchnienie, które Ryan nazywał „oddechem palacza”: długi wdech przez rozszerzone nozdrza, powolny wydech przez rozchylone usta. Ale Mike nie palił. Wolał nałogi, które powodowały kaca.
- Lejesz sobie paliwo na spodnie, głupku – warknął.
Ryan przewrócił oczami. Chyba tylko przez to, że obydwoje „rozumieli” się bez słów i jeden mógł zwalić na drugiego być nazywani przybranymi przyjaciółmi. Ani jeden ani drugi nie był zbytnio towarzyski przez co jako współlokatorzy małego mieszkanka w bloku byli wybuchowym połączeniem.
Odwrócił się i stanął przodem do auta. Jaskrawo-pomarańczowa maska chevroleta camaro była podniesiona, choć raczej w geście bezbronności niż z jakiegoś praktycznego powodu. Mike, miłośnik wszelakich samochodów, może potrafiłby stwierdzić, co tym razem nawaliło, ale Ryan z całą pewnością nie. Całe szczęście udało mu się zjechać na pobocze autostrady międzynarodowej. Wśród nierównych kęp traw porastającej dolinę szerokie opony samochodu wyglądały zupełnie nie na miejscu. Podmuch powietrza od przetaczającej się ciężarówki zakołysał camaro.
- Nie było cię na historii. Myślałem, że znów ujawniły się twoje hormony i szlag cię walnął – zabrzmiał w telefonie głos Mike Baileya, współlokatora Ryana.
Ryan napiął szczękę i obrócił nadgarstek by spojrzeć na zegarek. Ominęło go znacznie więcej niż tylko historia. Była dwunasta. Teraz przymrozek minionej nocy wydawał się nierealny. W spoconą dłoń chłopaka, tuż obok paska od zegarka, wbił się komar. Ryan pstryknął go palcem.
Przypomniało mu się jak kiedyś, gdy był młodszy mama zabrała go na biwak. Nocowali w namiotach, spali w śpiworach, a w pobliżu zaparkowali schludnego Hyundai’a, na wypadek natarczywych owadów. Ta wyprawa nie miała nic wspólnego z przeżyciami tego dnia.
- Zrobiłeś dla mnie jakieś notatki? – zapytał.
- Nie – odparł Mike – Myślałem, że cię szlag walnął.
Ryan przygryzł wargę w chwilowej irytacji i poprawił telefon przyciśnięty do ucha.
- Kogut mi się rozkraczył. Przyjedź po mnie.
Wszyscy zwykli nazywać jego auto „kogutem”, przez to, że przy zapalaniu silnika wył jak stara antena i przy tym budził wszystkich na osiedlu.
Powoli minął go jakiś wypasiony samochód, pełen gapiących się pasażerów. Ryan był nawet niczego sobie, a widok camaro też nie był szczególnie przykry dla oka, jednak to nie ich uroda wzbudzała tak duże zainteresowanie. Chłopak pochodził ze szkoły w Wilczej Górze, która na razie cieszyła się wielkim uznaniem a on stał przy zepsutym, jaskrawopomarańczowym samochodzie co było prawdziwą atrakcją. Jednak Ryan, że miał na głowie teraz ważniejszy problem zlekceważył ich śmiech.
- Daj spokój, człowieku – rzucił Mike.
- Przecież i tak nie zamierzałeś iść na następne zajęcia. Wiesz co? Zaraz będzie przerwa na lunch – powiedział Ryan – Proszę.
Ostatnie słowo było taką rzadkością w ustach Ryana, że aż brzmienie tego wyrazu zaskoczyło jego samego.
Mike milczał przez dłuższą chwilę. Był w tym dobry. Wiedział, że nic tak nie zbija ludzi z tropu. Ale Ryan, w wyniku doświadczenia, zdążył się uodpornić na jego metody. Czekając, aż Mike przemówi, nachylił się i zajrzał do samochodu, żeby sprawdzić, czy nie ma w schowku czegoś do jedzenia. Obok autostrzykawki z adrenaliną znalazł kawałek suszonej szynki, przeterminowanej dwa lata temu. Niewykluczone, że leżała tam już, kiedy kupował samochód.
- Gdzie jesteś? – zapytał wreszcie Mike.
- Obok znaku granicznego z Wilczą Górą na sześćdziesiątce. Przywieś mi hamburgera. Aha, i kanister benzyny.
W baku z pewnością było jeszcze paliwo, ale dolanie go nie mogło przecież zaszkodzić.
- Ryan – głos Mike’a brzmiał oschle.
- Cole też możesz przywieść.
Mike się rozłączył. Ryan zdjął bluzę i rzucił ją na tylne siedzenie. Ciasny tył samochodu był zawalony przedmiotami codziennego użytku. Leżały tam: książka od chemii, zeszyt poplamiony cappuccino, zasunięte do połowy etui, z którego wysypywały się na siedzenie płyty kompaktowe, zmięte mapy, wydruki komputerowe, stary koc, latarka, dębowy patyk. Kiedy chłopak wydobył z tego chaosu jego nowy tablet, na siedzenie sfrunął rachunek za pizzę (jedna duża na grubym cieście, połowa z kiełbasą, połowa z cztery sery), dołączając do pięciu innych różniących się tylko datą.
Z tabletem w ręce oparł się o błotnik i niczym niekompetentny dzieciak z uśmieszkiem na twarzy zaczął grać w subway surfers, bo tak jak on sam twierdził – nigdy mu się nie znudzi. Za każdym razem kiedy przegrywał marszczył czoło a jego usta układały się w podłużną linię pełną skupienia. Po kilkunastu próbach, przeklinał w duchu Mike’a, że tak wolno jedzie i tableta, który się rozładował. Jego nuda dotykała już zenitu i na pokrytym kurzem bucie, zaczął rysować podłużne linie.
Wreszcie za camaro zatrzymało się bmw Mike’a Baileya. Karoseria z nosem rekina, w metalicznym ciemnografitowym kolorze, teraz była pokryta zielonkawym pyłem kwiatowym. Ryan najpierw poczuł pod stopami dudnienie basów, dopiero po chwili rozpoznał piosenkę. Czekał oparty o błotnik camaro, aż Mike wysiądzie z samochodu. Chłopak przyciskał do ucha telefon komórkowy. Znad jego swetra wystawał równo związany krawat. Zmarszczył czoło, ściszył radio i powiedział coś do telefonu poczym schował go do kieszeni od spodni.
Mike trzasnął drzwiami – wszystkimi trzaskał – i podszedł do bagażnika.
- Mój wkurwiający brat chce, żebyśmy się z nim spotkali dziś wieczorem na mieście w jakiejś knajpie. Chce się pochwalić Rose.
- Kto to jest Rose? – zapytał Ryan.
Mike wyjął z bagażnika kanister z benzyną. Nie zawracał sobie głowy trzymaniem jego tłustych ścianek z dala od ubrania. Podobnie jak Ryan miał na sobie zwykłe, czarne trampki, tylko, że on wyglądał dość schludnie. Warren miał niedbale postawiony kołnierzyk swojej ciemnej koszuli a spodnie były zabrudzone zeschniętym błotem u spodu.
Uśmiech Mike’a przecinał jego twarz cienką i drapieżną linią. Przód jego bmw nieprzypadkowo przypomina rekina. Po prostu samochód upodobnił się do właściciela.
- Nowa dziewczyna Matta. Powiedział, że mamy się dla niej odstawić.
Ryan nie cierpiał tego, że musi być miły dla brata Mike’a, ucznia wyższej klasy w Wilczej Górze. W rodzinie Baileyów wolność była skomplikowanym zagadnieniem, a teraz to Matt trzymał do niej klucze.
Wlew paliwa camaro był ukryty pod tablicą rejestracyjną podnoszoną na zawiasach. Mike w milczeniu przyglądał się, jak Ryan mocuje się z korkiem, kanistrem i tablicą.
- Ty powinien to zrobić – powiedział Ryan – Tobie to obojętne, że uświnisz sobie koszulę.
Mike podrapał się obojętnie po ręce. W zeszłym tygodniu woził się w wózku sklepowym przyczepionym do camaro i nadal miał jeszcze brązowe plamy błota po tej zabawie.
Mike ponownie zerknął na Ryana a jego spojrzeniu towarzyszyło westchnienie, które Ryan nazywał „oddechem palacza”: długi wdech przez rozszerzone nozdrza, powolny wydech przez rozchylone usta. Ale Mike nie palił. Wolał nałogi, które powodowały kaca.
- Lejesz sobie paliwo na spodnie, głupku – warknął.
Ryan przewrócił oczami. Chyba tylko przez to, że obydwoje „rozumieli” się bez słów i jeden mógł zwalić na drugiego być nazywani przybranymi przyjaciółmi. Ani jeden ani drugi nie był zbytnio towarzyski przez co jako współlokatorzy małego mieszkanka w bloku byli wybuchowym połączeniem.
środa, 28 stycznia 2015
Nowy członek - Jenna
Imię : Jenna ( czyt. Dżena ) Możne też mówić Dżej lub Chochlik. Tak w zasadzie moje prawdziwe imię to Jenahia ale go nienawidzę i nie używam.
Nazwisko : Flicker
Wiek : 16 lat
Płeć : kobieta
Partner : Aha, jassssssssne... Mogę mieć faceta - przyjaciele i na więcej nie licz, zresztą kto by ze mną wytrzymał nerwowo?!
Rodzina : Żyje sobie spokojnie w Indiach
Charakter : Hm, Dżej jest zdecydowanie chłopczyca. Pomimo swojego pochodzenia nie zachowuje się jak księżniczka. Wręcz przeciwnie: jak dzieciak z ulicy. Biega po nienormalnych miejscach, jest dość chamska, ale tylko jeśli ma powód taką być, no i w dodatku śmieje się tak głośno, że ściany drżą. Jest twardo stąpającą po ziemi dziewczyną, ale czasem pozwala sobie na odlot. Na ogół nie "zarzuca" biodrami przed nosem chłopców. Nie boi się burzy, ciemności, ani ciężkiej pracy. Woli przeżywać przygody niż siedzieć nad wodą i oglądać swoje odbicie. Lubi żartować, dobrze się bawić, ale wie kiedy przestać. Ma szacunek do innych, jest tolerancyjna. Nie zawsze mówi prawdę i jest świetną aktorką, ale nie robi tego często. Tylko jeśli musi. Nie lubi romantyzmu, "słodziaśnych" rzeczy itp. Lubi siedzieć i patrzyć w księżyc o zmroku, tajemnice przygody. Ma swoje własne zdanie na niektóre sprawy, odmienne od wszystkich. Może się przyjaźnić z chłopakami, ale nie licz na więcej. Jest czasem uważana za wariatkę lub złośnicę, przez co dostała takie przezwisko. Kocha wolność, otwartą przestrzeń. Nie lubi zamkniętych pomieszczeń i dzikich tłumów ale nie gardzi towarzystwem. Czasem używa słów z hindi, takie przyzwyczajenie.
Historia : Cóż, wychowywałam się w domu dziecka najpierw w Indiach, a potem z jakiegoś powodu mnie stamtąd przenieśli i wylądowałam w domu dziecka tutaj, w Polsce. Ale moi rodzice od niedawna nawiązali ze mną kontakt bo nagle sobie o mnie przypomnieli i kupili mi domek (są bogaci jak nie wiem co ) i załatwili wszystko tak, że mogę mieszkać sama.
Nick na howrse : keiraKD
Nowy członek- Artemizja
Imię : Artemizja
Nazwisko : Ral
Wiek : 17 lat
Płeć : kobieta
Partner : No powiecmy że jak na razie te sprawy ją nie interesują ale otwarta na propozycje
Rodzina : Jedynaczka...ojciec nie żyje a matka...się mnie wyparła
Charakter : Typowa buntowniczka. Nienawidzi jak jej ktoś dyktuje co ma robić. Lubi się przekomarzać. Szczera do bólu...Spontaniczna i spostrzegawcza. Jak coś obiecuje zawsze dotrzymuje słowa. Cierpliwa, ale jak każdy wie czasami cierpliwość się kończy. Wytrzymała fizycznie jak i psychicznie. Szybka w biegu i w myśleniu. Umie ukrywać uczucia. Czasami strasznie pyskuje. Nienawidzi kiedy ktoś jej pomaga...ale czasami pomoc przeciez jest konieczna. Jest bardzo przebiegła i sprytna, wychowała sie na ulicy, z kradzierzy się utrzymywała.
Historia : Ojciec przedawkował z nararkotykami i umar, matka odchowała mnie do 9 roku życia a potem samo wolka, radz sobie sama...
Nick na howrse : Natka2222
wtorek, 27 stycznia 2015
od Emilie(CD. Andrew'a)
Usiadłam obok chłopaka. Ja na niego nie patrzyłam, ale dosłownie czułam jak mi się przypatruje. Trzeba było jakoś rozluźnić atmosferę.
-Emilie.
Na chwilę zapadła głęboka cisza przerywana jedynie turkotem silnika i podskakującego pojazdu.
-Andrew-odparł.
-Kiepską masz pamięć, co?-mruknęłam nadal wpatrując się w przestrzeń przede mną.
-Nooo-pociągnął-Czytałaś?-zerknął na trzymany w dłoni przedmiot.
-Nie-odparłam-Znaczy nie celowo. Leżał otwarty, trudno nie zwrócić uwagi na napis ,,ta ruda jeździ ze mną autobusem".
Nie powstrzymałam uśmiechu. Ten nic nie odpowiedział zwarzył w rękach dziennik. Widać było, że ma biedaczyna zagwozdkę ,,po kiego usiadła obok?".
-Dobry wybór-powiedziałam.
-Jaki?
-To miejsce...-dopiero teraz spojrzałam na jego facjatę- dzisiaj nie zdążą sprawdzić ci biletu.
Chłopak uniósł brew.
-Na najbliższym przystanku-wyjaśniłam-wsiądzie kontroler. Zawsze zaczyna od przodu. Nim tu dotrze i ty, i ja zdążymy...-urwałam.
Mój rozmówca szybko machał długopisem. Najwyraźniej zanotował sobie tą informację.
Zgodnie z mą wróżbą kontroler wsiadł i zaczął od przodu, a kiedy był już parę foteli ode mnie autobus zatrzymał się. Wysiadłam i usiadłam na ławce, umieszczonej pod daszkiem przystanku. Wyszedł też ów sklerotyk, minął przystanek i pożegnał mnie niedbałym ruchem ręki.
-Svyazhite shnurki-rzuciłam.
Miało to posłużyć jako taki ,, żarcik". O dziwo jednak ten odwrócił się, pochylił, zawiązał sznurowadła i odszedł.
Autobus był właściwie pusty. Mało kto z miasta jeździ tymi drogami. Z wyjątkiem mnie w pojeździe byli tylko moi sąsiedzi z naprzeciwka i kierowca.
Wysiadłam, poprawiłam plecak na ramieniu i ruszyłam lekko dziurawym chodnikiem.
Aby uniknąć nieporozumień wyjaśnię skont znam ruski. Prawie całe dzieciństwo spędziłam w Polsce, ale miałam przemożną potrzebę poznania zarówno ruskiego co szwajcarskiego. Na wypadek gdyby tatusiek raczył się mną zainteresować dobrze byłoby móc się z nim jakoś dogadać.
-Emilie.
Na chwilę zapadła głęboka cisza przerywana jedynie turkotem silnika i podskakującego pojazdu.
-Andrew-odparł.
-Kiepską masz pamięć, co?-mruknęłam nadal wpatrując się w przestrzeń przede mną.
-Nooo-pociągnął-Czytałaś?-zerknął na trzymany w dłoni przedmiot.
-Nie-odparłam-Znaczy nie celowo. Leżał otwarty, trudno nie zwrócić uwagi na napis ,,ta ruda jeździ ze mną autobusem".
Nie powstrzymałam uśmiechu. Ten nic nie odpowiedział zwarzył w rękach dziennik. Widać było, że ma biedaczyna zagwozdkę ,,po kiego usiadła obok?".
-Dobry wybór-powiedziałam.
-Jaki?
-To miejsce...-dopiero teraz spojrzałam na jego facjatę- dzisiaj nie zdążą sprawdzić ci biletu.
Chłopak uniósł brew.
-Na najbliższym przystanku-wyjaśniłam-wsiądzie kontroler. Zawsze zaczyna od przodu. Nim tu dotrze i ty, i ja zdążymy...-urwałam.
Mój rozmówca szybko machał długopisem. Najwyraźniej zanotował sobie tą informację.
Zgodnie z mą wróżbą kontroler wsiadł i zaczął od przodu, a kiedy był już parę foteli ode mnie autobus zatrzymał się. Wysiadłam i usiadłam na ławce, umieszczonej pod daszkiem przystanku. Wyszedł też ów sklerotyk, minął przystanek i pożegnał mnie niedbałym ruchem ręki.
-Svyazhite shnurki-rzuciłam.
Miało to posłużyć jako taki ,, żarcik". O dziwo jednak ten odwrócił się, pochylił, zawiązał sznurowadła i odszedł.
Autobus był właściwie pusty. Mało kto z miasta jeździ tymi drogami. Z wyjątkiem mnie w pojeździe byli tylko moi sąsiedzi z naprzeciwka i kierowca.
Wysiadłam, poprawiłam plecak na ramieniu i ruszyłam lekko dziurawym chodnikiem.
Aby uniknąć nieporozumień wyjaśnię skont znam ruski. Prawie całe dzieciństwo spędziłam w Polsce, ale miałam przemożną potrzebę poznania zarówno ruskiego co szwajcarskiego. Na wypadek gdyby tatusiek raczył się mną zainteresować dobrze byłoby móc się z nim jakoś dogadać.
niedziela, 25 stycznia 2015
Od Michaela :
Pierwszy dzień w nowej szkole.Dla jednych łatwo ,a innym...na przykład mi -trudno.Zawsze miałem problemy ze znalezieniem jakichkolwiek znajomych nie mówiąc już o przyjaciołach. Tak ,więc...kiedy przekroczyłem próg szkoły poczułem się trochę nieswojo.Masa nieznajomych ludzi ,starszny tłok...Nie zwracając uwagi na moje myśli mówiące ,, Wyjdź stąd jak najszybciej '' poszedłem pierwszym lepszym korytarzem szukając klasy polskiego.Kiedy zdezorientowany wspiąłem się po schodach ,wchodząc na pierwsze piętro ,moim pierwszym widokiem była jakaś dziewczyna stojąca przed automatem z napojami.Na jej twarzy było widać głębokie zamyślenie.
- Cześć -powiedziałem - Nie wiesz może gdzie jest sala od polskiego ?
Dziewczyna odwróciła głowę w moją stronę.
- Ale ,która sala ? Bo od polskiego jest kilka sal.Sa numer 11 ,26 ,32...
- Eh....chodzi mi o salę 44.
Dziewczyna uśmiechnęła się.
- Sala 44 ? Będziesz ,więc musiał spowrotem zejść na dół.
- No dobra...-powiedziałem i już miałem się odwrócić kiedy zawahałem się i w końcu wydusiłem :
- Może ci pomóc ? -spojrzałem na automat.
- Jasne,Przydałoby się.Cały czas się zacina ,a ja nie mam najmniejszego pojęcia jak to teraz wyjąć -tu wskazała na zablokowaną wodę mineralną.
Podszedłem bliżej automatu i walnąłem go pięśćią kilka razy.Woda mineralna wypadła z niego kilka sekund później.
- Dzięki -odparła dziewczyna -A jak ci na imię ?
- Michael. A ty jak się nazywasz ?
- Nelly.
Nelly ?
- Cześć -powiedziałem - Nie wiesz może gdzie jest sala od polskiego ?
Dziewczyna odwróciła głowę w moją stronę.
- Ale ,która sala ? Bo od polskiego jest kilka sal.Sa numer 11 ,26 ,32...
- Eh....chodzi mi o salę 44.
Dziewczyna uśmiechnęła się.
- Sala 44 ? Będziesz ,więc musiał spowrotem zejść na dół.
- No dobra...-powiedziałem i już miałem się odwrócić kiedy zawahałem się i w końcu wydusiłem :
- Może ci pomóc ? -spojrzałem na automat.
- Jasne,Przydałoby się.Cały czas się zacina ,a ja nie mam najmniejszego pojęcia jak to teraz wyjąć -tu wskazała na zablokowaną wodę mineralną.
Podszedłem bliżej automatu i walnąłem go pięśćią kilka razy.Woda mineralna wypadła z niego kilka sekund później.
- Dzięki -odparła dziewczyna -A jak ci na imię ?
- Michael. A ty jak się nazywasz ?
- Nelly.
Nelly ?
Od Richarda ( CD. Faust 'a ) :
Chłopak był…. Interesujący. Z jednaj strony był gotowy kopnąć mnie i zwiać, a z drugiej przepraszał i to najwyraźniej szczerze. Sporo mnie w nim zastanawiało. Choćby to dlaczego się tak rumienił.
Szczerze mówiąc od zawsze lubiłem badać reakcję ludzi. To tak, jakbym chciał każdego prześwietlić, a najlepiej zrobić to właśnie przekraczając granice, przypierając ich do muru, zmusić do skrajnych emocji. Chyba właśnie dlatego lubiłem i kobiety i mężczyzn. Chodziło mi o ludzi, to jacy byli, a nie płeć czy inne bzdety.
Kiedy chłopak pociągnął mnie za rękę i po moim pytaniu wyjaśniła dokąd idziemy stanąłem jak wryty, na co i on mimowolnie się zatrzymał.
- Wait! He’s a cop? Ja nie lubię policji, ok? – burknąłem. – And… I oni nie lubią mnie.
- Tak… To by tłumaczyło to jaki jesteś poobijany. Ale spokojnie. Mój ojciec nie będzie ci robił problemów. No chodź!
- As you wish… Ale jak coś to się – znów ułamek sekundy zajęło mi przypomnienie sobie odpowiedniego określenia – zmywam.
- Dobra, dobra, a teraz chodź już! – znów złapał mnie za zdrową rękę i pociągną za sobą.
Brawo jestem ciągany przez jakieś chuchro. Ale o dziwo nie przeszkadzało mi to za bardzo.
Wsiedliśmy razem do autobusu. Jak zwykle kiedy pasażerowie mnie zobaczyli, z kierowcą włącznie, oczywiście, od razu rozległy się szepty, a każdy zaczął mocniej ściskać swoją torebkę, plecak, czy co tam kto cennego miał przy sobie.
- As always… - burknąłem i rozsiadłem się na tylnych siedzeniach, tuż po tym jak grupka szczeniaków prysnęła do przodu.
- Zawsze tak działasz na ludzi? – spytał Faust, siadając obok mnie.
- Yes… Przywykłem jakoś… - rzuciłem.
- Do zbyt towarzyskich to ty nie należysz... co? – spytał, na co się zaśmiałem.
- Is that what you think? – spytałem, wpatrując się w niego intensywnie. – You’re wrong, actually. Jestem bardzo towarzyski, ale niewielu jakoś lubi moje towarzystwo. People here are… ludzie tutaj… w tym kraju… są uprzedzeni i ciemni. Tak wy to mówicie, tak?
- To znaczy? Co dokładnie masz na myśli? – dopytywał.
- Może innym razem… powiem ci więcej – burknąłem. – Daleko jeszcze do tego twojego domciu?
Faust?
Szczerze mówiąc od zawsze lubiłem badać reakcję ludzi. To tak, jakbym chciał każdego prześwietlić, a najlepiej zrobić to właśnie przekraczając granice, przypierając ich do muru, zmusić do skrajnych emocji. Chyba właśnie dlatego lubiłem i kobiety i mężczyzn. Chodziło mi o ludzi, to jacy byli, a nie płeć czy inne bzdety.
Kiedy chłopak pociągnął mnie za rękę i po moim pytaniu wyjaśniła dokąd idziemy stanąłem jak wryty, na co i on mimowolnie się zatrzymał.
- Wait! He’s a cop? Ja nie lubię policji, ok? – burknąłem. – And… I oni nie lubią mnie.
- Tak… To by tłumaczyło to jaki jesteś poobijany. Ale spokojnie. Mój ojciec nie będzie ci robił problemów. No chodź!
- As you wish… Ale jak coś to się – znów ułamek sekundy zajęło mi przypomnienie sobie odpowiedniego określenia – zmywam.
- Dobra, dobra, a teraz chodź już! – znów złapał mnie za zdrową rękę i pociągną za sobą.
Brawo jestem ciągany przez jakieś chuchro. Ale o dziwo nie przeszkadzało mi to za bardzo.
Wsiedliśmy razem do autobusu. Jak zwykle kiedy pasażerowie mnie zobaczyli, z kierowcą włącznie, oczywiście, od razu rozległy się szepty, a każdy zaczął mocniej ściskać swoją torebkę, plecak, czy co tam kto cennego miał przy sobie.
- As always… - burknąłem i rozsiadłem się na tylnych siedzeniach, tuż po tym jak grupka szczeniaków prysnęła do przodu.
- Zawsze tak działasz na ludzi? – spytał Faust, siadając obok mnie.
- Yes… Przywykłem jakoś… - rzuciłem.
- Do zbyt towarzyskich to ty nie należysz... co? – spytał, na co się zaśmiałem.
- Is that what you think? – spytałem, wpatrując się w niego intensywnie. – You’re wrong, actually. Jestem bardzo towarzyski, ale niewielu jakoś lubi moje towarzystwo. People here are… ludzie tutaj… w tym kraju… są uprzedzeni i ciemni. Tak wy to mówicie, tak?
- To znaczy? Co dokładnie masz na myśli? – dopytywał.
- Może innym razem… powiem ci więcej – burknąłem. – Daleko jeszcze do tego twojego domciu?
Faust?
Od Faust 'a ( CD. Richarda i Nelly )
Puściłem jego pytanie mimo uszu i odłożyłem pistolet na miejsce ze zrezygnowaniem. Patrzyłem na niego, on na mnie, rzeczy oczywista. A cała ta sytuacja nie miała póki co przyszłość, no może prócz tego że zaraz przebiegnie tu jakieś dziecko.
- A ty ? Coś taki poobijany? - Odpowiedziałam pytanie na pytanie, na co zmarszczył lekko nos.
- Nie interesuj się. - Odparł krótko na co ja się uśmiechnąłem posyłając mu całuska.
- Wzajemnie. - Miałem zamiar go teraz po prostu wyminąć zostawić ten rozdział w historii za sobą i tak też postąpiłem. Przeszedłem zgrabnym kroczkiem koło niego muskając mu dłonią podbródek, lecz ten chwycił mnie w nadgarstku i nici z planu postawienia kolejnego kroku. Westchnąłem przygryzając ze zniecierpliwieniem dolną wargę.
- Puszczaj Rychu z łaski swojej. - Próbowałem uwolnić się z jego uścisku drugą ręką, ale to cholerstwo było jak kajdanki którymi miał mnie w zwyczaju przykuwać ojciec do stołu każąc się uczyć. Każdy rodzic przecież ma inne metody wychowawcze… Skuteczne lub mniej. Choć ten ruch zawsze mnie uziemiał.
- I’m Richard, Rich or Rick … To pierwsza rzecz, a po drugie niegrzecznie tak zbywać ludzi. - Uśmiechał się, ale nie lubiłem już tego uśmiechu na start. Kpił sobie ze mnie i dobrze wiedział ze nie mam co z tym zrobić.
Mogłem tylko stać i gromić go wzrokiem, a on i tak niebezpiecznie się zbliżał z tą swoją Rychowatą satysfakcją na mordzie. Nagle jednak ten teatrzyk przerwała najmniej chyba oczekiwana osoba jaka mogła bycz w tym miejscu.. A dokładniej małe dziecko… Nigdy więcej sklepów z zabawkami, choć fascynującym było iż była to dziewczynka, wchodząca w regał z zabawkami jak by nie patrzeć, przeznaczonymi dla chłopców.
- Mamusiu bo ta pani i pan się gwałcą. - Wrzasnęła z uciechą na mordzie. Doprawdy… na oko sześcio letnie dziecko wie jak dobierać słowo i oceniać sytuacje doprawdy fachowo.
Spojrzałem na Rich’a mrużąc oczy, po czym szturchnąłem do biodrem.
- Dziewucha ma racje panie gwałcicielu, jesteś trochę za blisko. - Sapnąłem, czując jego oddech na mordzie bo właśnie się pochylał w moją stronę.
- Nic nie szkodzi, mnie to pasuje. - Przestań się tak uśmiechać ! Nie zważając na stopień okrucieństwa i agresji w moim czynie, ani co więcej.. To, że było przy nas dziecko, a zaraz i sam rodzic, kopnąłem z całej siły z kolanka prosto w jego krocze.
- Za blisko powiedziałem! - Zaśmiałem się natychmiast zwiewając w stronę wyjścia, choć zdążyłem jeszcze usłyszeć krzyki o zwołanie policji i głośny jęk mojej zdaje się ofiary na dziś dzień.
Przelotem wycelowałem przemokłym już rożkiem z niedokończoną porcją lodów do kosza, o dziwo żaden z przebiegających koło mnie policjantów nic nie podejrzewał… Przynajmniej przez chwile.
- Hey you! - Przez chwile miałem wątpliwość czy nie przystanąć by zatrzeć choć trochę podejrzenia i wyjechać z gadką o pośpiechu na autobus, ale gdy się postanowiłem odwrócić zobaczyłem pędzącego w moją stronę Richard’a i jego dość przekonywującą mnie do tego bym przyspieszył.
- No! - Wrzasnąłem wpadając na jakaś mało istotną dziewczynkę na mojej drodze, której zresztą nie powinno tam być. No mniejsza, zawsze coś musi mi przeszkodzić. Wpadłem jak najszybciej do jakiegoś spożywczego, a mój prześladowca ślad za mną bo jak by inaczej. W końcu mnie złapał przypierając do jednej ze ścian i warknął groźnie na co ja uniosłem łapki do góry i przymknąłem oczy szykując się na cios.
- Możesz mi powiedzieć… Why you hit my ? - Zelżył uścisk, ale po dłuższej chwili po tamtym niezbyt miłym doświadczeniu postanowił mnie skrępować będąc teraz zdecydowanie za blisko. Speszyłem się i chciałem odwrócić wzrok.
- Look at me! - Warknął lekko mną potrząsając.
- Mógłbyś przestać mnie tak trzymać ? Proszę? - Szepnąłem ledwie słyszalnie, zwieszając czerwony na twarzy, głowę. Nie chciałem że by to zobaczy, a przy okazji wykorzystał.
Czułem się po prostu nie komfortowo w takiej sytuacji. Proszę sobie nie wyobrażać, to nic szczególnego… Naprawdę. Usiłowałem sobie wmówić klepiąc się lekko po pliczku.
- Ja… Ja przepraszam. - Spoglądając na niego nieśmiało z pod opadającym mi w nieładzie na twarz włosów.
- No i to rozumiem. - Uśmiechnął się jakoś tak blado, wyglądał teraz jakby nic nigdy się nie wydarzyło i rozczochrał mi tylko włosy jeszcze bardziej.
- Ej! - Rzuciłem z wyrzutem, ale teraz ciążyła na mnie pewna blokada. Blondyn mnie onieśmielił, w pewnym stopniu się go bałem, ale też teraz nie chciałem popełnić błędu. Było mi głupio.
- Naprawdę przepraszam. - Jęknąłem poprawiając mu pasek na którym trzymała się ta jego dłoń w gipsie, którą dopiero teraz zauważyłem. Emanował on taką siłą, że trudno było w nim zauważyć takie błahostki jak ludzkie słabość.
- Przecież już to powiedziałeś. - Zaśmiał się szturchając mnie lekko w ramie. Zacząłem masować to miejsce odruchowo, ale tak naprawdę musiałem gdzieś koniecznie podziać ręce.
- Ale mówię to raz jeszcze! Coś nie pasuje? ! - Warknąłem, choć w cale na celu nie miałem jego ponownej obrazy.
Spojrzałem przez szybę sklepowej wystawy i przeszedł mnie dreszcz bowiem dziewczynę którą przez przypadek prychnąłem na ziemie w biegu bez zawracania sobie głowy przeprosinami właśnie przesłuchiwali policjanci.
Jasnym było, że nas wyda, przecież mnie nie znała i co więcej wylądowała przeze mnie na podłodze.
Spojrzała w te stronę, a ja poczułem jak żołądek podchodzi mi do gardła. Zakaszlałem lekko, ale przełknąłem to co próbowało się przedostać na zewnątrz chwytając się za brzuch.
Natomiast ona nie poruszyła ku mojemu zdziwieniu nawet ustami. Policja pobiegła dalej mijając sklep, a ja odetchnąłem z ulgą… W pewnym stopniu.
- Are you fine? - Richard stał przy mnie gotowy by mnie podeprzeć. Czemu niby nie miał by se od tak pójść tylko sterczał tu przy mnie. A czemu ja czułam się przy nim tak dziwnie? Nie miałem pojęcia, ale oboje mieliśmy wspólny problem… Policje.
- Nie, nie, jest okey. - Rzuciłem wychodząc ze sklepu i idąc w stronę dziewczyny. Zapewne byłem blady, próbowałem powstrzymać drżenie ciała i chwiejny krok wywołany nagłym stresem.
Tak nigdy nie byłem dobry w szkolnych teatrzykach, ani nie zachowywałem spokoju gdy pobierano mi krew. Zwykle albo mdlałem, albo puszczałem pawia.
- No ten… Dzięki, ale też sorry. - Wybełkotałem stając przy niej i wyciągając do niej dłoń w geście ugody. Miałem przynajmniej na to nadzieje. Rich zaś stanął przy mnie posyłając mi pytające spojrzenie.
- No co ? Staram się być miły! - Jęknąłem, na co dziewczyna niepewnie się uśmiechnęła.
- Nawet nieźle ci idzie i nie ma sprawy. Choć lepiej byście już poszli. - W sumie, nie powiem, ze nie zrobiła na mnie wrażenia. Podchodzi do niej dwójka podejrzanych typów, a jeden to już w szczególność, a tu taki spokój.
Poczułem nagle ucisk na pośladku. Odwróciłem się natychmiastowo wyłapując dwie szczególne rzeczy.
Pierwsza. Była to ewidentnie dłoń Richard’a, a druga to fakt, że go to śmieszyło. A będąc dokładniejszym, czerwień na mojej twarzy wzbudziła jego zainteresowanie.
- Co ty wyprawiasz!? - Warknąłem natychmiast przywracając się jakoś do porządku i odpychając jego dłoń z pobliża mojego ciała.
- Ja bardzo przepraszam za tego kretyna… Idziemy! - Pociągnąłem go za sobą w stronę wyjścia z centrum.
- Where are we going now?
- Do mojego domu, musimy wyjaśnić dzisiejszy incydent z moim ojcem. Jest gliną, a ty przestań gapić się na mój tyłek!
Richard? Nelly? (sorry za cyrk )
Nowy członek - Ryan
Imię : Ryan
Nazwisko : Warren
Wiek : 18 lat
Płeć : mężczyzna
Partner : nie szuka (Nienawidzi stałych związków, woli te bez zobowiązań)
Rodzina : Rodzice rozwiedli się kilka lat po narodzeniu Ryan’a. Chłopak został z matką, bo przez to, że nie ukończył on wtedy jeszcze czternastu lat, nie mógł decydować o tym u kogo będzie mieszkać. Do tej pory ojciec nie zamierzał się już pokazywać.
Charakter : I oto jest. Postać od dziecięcych lat przemykająca pośród cieni innych, ze strachem w oczach i pustką w sercu. Czas potrafi zmienić wiele, zrobił to również z Ryan’em, tak długo schowanym za innymi, że w końcu stał się okazem największej wrogości, chamstwa i wyższości owianym gęstą mgłą tajemnicy. Dymem nie do przebycia, trującym i pełnym zagadek, tudzież pułapek. Pustkę zastąpił mrokiem, bliskim i nieskończonym zarazem, czyli wszystkim co miał. Nigdy nikogo nie potrzebował, zawsze umie poradzić sobie sam, zawodząc się na 'bliskich' nauczył się samodzielności. Zdał prawo jazdy i wykupił kawalerkę w mieście i tym osiągnął szczyt swojej samotności. Nie próbuj nawiązać z nim kontaktu, kończy się to mało subtelnym zbyciem napastnika czy też głębokimi słowami: „Wynoś się stąd”. Nie patrz mu w oczy, one mówią zupełnie co innego. Unosi się on pychą i nader za dużą pewnością siebie ale światło reflektorów jest zbyt palące jak na jego gust.
Nie będzie bać się twojego wzroku, lepiej, on uwielbia przepalać innych spojrzeniem. Nie ucieka przy najbliższej okazji, a pchnięty do muru - atakuje. Nie obchodzi się z ludźmi łagodnie, jednak nie brakuje mu kultury wpajanej przez matkę od dzieciństwa. Tłum oraz towarzystwo, do tego nie przywykł, a jak wiadomo to co nowe nie zawsze jest dobre. Osiemnaście lat nauczyło go, że warto interesować się jedynie czubkiem własnego nosa. Robiąc coś dla innych można wyłącznie stracić, potknąć się na własnej naiwności. On przecież stracił zbyt wiele. Ot, najzwyklejszy w świecie egoista. Bardzo wysoko ceni sobie milczenie, natręctwa otwarcie nie znosi. Można uznać go za denerwującego i skłonnego do kłótni czy ataku. Nie kryje się ze swymi przekonaniami. Nie wtrąca się do rozmów nieproszony. Krzyczysz jego imię, pragnąc zwrócić uwagę ciemnego blondyna. Cisza. Na jego ustach pojawia się kpiący grymas. Brak litości, brak zrozumienia. Teraz zdajesz się jedynie na swoje umiejętności, sam zmiesza cię z błotem. Ale to ty odebrałeś sobie szansę na szacunek, odciąłeś możliwość zaufania.
Świat brutalnie potraktował masę ludzi, niektórzy poddają się, inni starają się zmienić. Być kimś, kim nie są. On zdecydował się na samotność, na samego siebie. Własny umysł i przekonania, trudno go złamać. Zmusić do działania narzuconego z góry, broni się przed tym, zapiera się przed tym rękoma i nogami. Nigdy nie okazuje swoich słabości, lękom stara się przeciwstawiać.
Najgorsze jednak w tym wszystkim jest to, że on nie ukazuje ani grama zainteresowania zabawą. Jest typem drętwego faceta, który woli ślęczeć nad książkami. Ciągle chodzi zdenerwowany i spięty. Wszystko zawsze ma napięte na ostatni guzik. Jest jednak coś z czym wiąże swoją przyszłość. Chciałby być detektywem, śledczym i już teraz gdy tylko może pomaga innym w rozwiązywaniu zagadek. Mówiono mu, że ma świetny zmysł i jest bardzo wyczulony na kłamstwa. Kiedy zjawia się na posterunku policji a ci proponują mu, że może im pomóc czuje się jak rybka w morzu. To jest to co kocha, zawsze stawiał pracę na pierwszym miejscu. I mimo tego, że jest hipokrytą, postara się być dla ciebie wiarygodnym. Jeśli tylko na to zasłużysz.
Historia : Nie ma się co rozpisywać… Nie ma co wspominać… A co ty myślałeś?! Że, Pan Warren osobiście wyzna ci co trzyma w sobie? On nie mówi tego przypadkowym osobom.
Nick na howrse : Lew
sobota, 24 stycznia 2015
Nowy członek - Michael
Imię : Michael
Nazwisko : Marmouget
Wiek : 16 lat
Płeć : mężczyzna
Partner : brak
Rodzina : matka ,ojciec i dziadkowie
Charakter : Michael to przeciętny chłopak.Nie jest agresywny ,ale i do spokojnych nie należy.Kiedy bardzo mu na czymś zależy umie postawić na swoim i nie odpuszczać.Zazwyczaj jest łagodny i zabawny ,ale to nie zmienia tego ,że czasem i jego potrafią ponieść emocje.Głośno mówi o tym co myśli i broni swoich racji ( przez to czasem brał udział w bójkach w roli głównej ).Nie jest on tchórzem i stawia czoła wyzwaniom ,jednakże zna umiar i wie kiedy przestać.
Historia : Michael jest Francuzem.Urodził się we Francji ,w Paryżu ,i mieszkał tam do siódmego roku życia.Potem razem z rodzicami przeniósł się do Polski ( gdyż jego ojciec dostał tam dobrze płatną pracę ,o której marzył )i zamieszkał z dziadkami ,którzy wyemigrowali z rodzinnego kraju kilka lat temu.Niestety dwa lata później matka dostała propozycję pracy w jednym z najlepszych domów mody Francji i wyjeżdża tam do pracy ,wracając do Polski tylko raz w miesiącu.
Nick na howrse : Spring
piątek, 23 stycznia 2015
Od Nelly
Stałam na szkolnym korytarzu opierając się plecami o ścianę.Nie musiałam długo czekać na dzwonek.Chwilę później rozbrzmiał on donośnym dźwiękiem wwiercając się w uszy.Uczniowe po kolei wchodzili do swoich klas.Wyprostowałam się ,westchnęłam i weszłam do sali jako jedna z ostatnich.Rozejrzałam się w poszukiwaniu wolnego miejsca.Wszystkie ławki były już chyba zajęte...ewentualnie mogłam usiąść obok ,którejść z samotnie siedzących osób.Nagle mój wzrok padł na pustą ławkę stojącą w rzędzie przy ścianie.Skierowałam się w jej stronę i usiadłam.Lekcja rozpoczęła się.
- A ,więc widzicie.Oblicza się to...-spojrzałam na zegarek odrywając wzrok od nauczycielki.Minęło pół lekcji ,a mój zeszyt miał już zapisane pięć stron wymiaru A4.Jak tak dalej pójdzie to będę musiała ,chyba kupić sobie gruby brulion A3.
Moje przemyślenia rozwiał dźwięk otwieranych drzwi.Do sali wpadła jakaś rudowłosa dziewczyna.
- Dzień dobry ,przepraszam za spóźnienie...
- Siadaj -powiedziała nauczycielka ,niezadowolona ,iż przerwano jej wykład.
Dziewczyna przytaknęła i ku mojemu zdziwieniu usiadła obok mnie.Spojrzałam na ,,rudą '' taksując ją wzrokiem.Była dziwnie ubrana ,tak...trochę wiejsko.I podczas ,gdy ja codziennie rano ,,psikałam '' się wodą toaletową z owoców leśnych ,czuć od niej było siano.
Nim się obejrzałam minęła matematyka ,a tuż po niej i chemia.Wyszłam przed budynek zaczerpnąć świeżego powietrza.
- Hej -powiedziałam podchodząc w stronę ,,rudej ''.
Dziewczyna podniosła wzrok znad książki.
- Cześć -odparła.
- Jestem Nelly...,Nelly Lorentz.A ty ?
Dziewczyna zawahała się lekko ,jednak odpowiedziała :
- Emilie Morozow,
Hmmm....skąd ja znam to nazwisko ?
- Masz może w szkole jakieś rodzeństwo ? -spytałam.
- Nie.Jestem jedynaczką.Coś się stało ? -spytała ,jednakże możliwie iź domyśliła się celu moich dociekań.
- Nie ,wszystko w porządku.Po prostu wydaje mi się ,że już gdzieś słyszałam twoje...
- Hi guys.What 's up ! -nagle koło nas pojawiła się dziewczyna o wściekle czerwonych włosach.
- Cześć. Jesteś nietutejsza ? -zapytała Emilie.
- Tak ,sorry ,jestem z Los Angeles i mam niemałe...Yyy...Problems ?
- Problemy ,jestem Emilie ,ta to Nelly ,a ty ? -zaskoczyło mnie jak szybko poznana przeze mnie dziewczyna potrafi nawiązać znajomość ,jednakże czułam w jej głosie nutę niepewności.
- Jade -przedstawiła się -Nice to meet you.Oj sorry ,miło was poznać ,ah...
- Wiesz...na polskim to sobie poprawisz -doradziła Emilie - ja na przykład jestem z Moskwy.
- Aha ,a gdzie jest sala historyczna ?
- Wiesz ,zaprowadzę cię tam -powiedziałam z uśmiechem - A ty Emilie ? Idziesz z nami ?
Dziewczyna pokręciła przecząco głową tłumacząc ,iż musi załatwić jeszcze parę spraw.Razem z Jade udałyśmy się w stronę sali historycznej.Kiedy tam dotarłyśmy ,uwagę mojej nowej koleżanki przykuł jakiś chłopak.Jade zaczerwieniła się.
- Tamten facet to Andrew ,jest w trzeciej klasie liceum -wyjaśniłam.
- Nelly ,da się przenieść trochę wyżej o klasę ? -zapytała dziewczyna z nadzieją w głosie.
- Nie ,niestety nie...
- Oh...-usłyszałam ciche westchnięcie.
Nastepną lekcją była historia.Omawialiśmy wybuch pierwszej wojny światowej.Słuchałam uważnie każdego słowa nauczycielki ,jednakże była ona bezradna wobec rozkojarzonej i krzyczącej klasy ,toteż trudno było usłyszeć jakiekolwiek zdanie.
Reszta dnia minęła w spokojniejszej atmosferze.Kiedy wybiła godzina 14.30 większość uczniów skończyła już lekcje ,włącznie z moją klasą.Pożegnałam się z Emilie i Jade ,po czym udałam się w stronę przystanka autobusowego.
Niosąc w dłoniach dużą ,czarną teczkę ,wypchanął różnymi rysunkami i dźwigając mały ,również czarny ,plecak z każdym krokiem zbliżałam się do mojego celu ,wmiędzyczasie wypatrując nadjeżdzającego autobusu.W pewnym momencie obok mnie przebiegły dwie osoby.Po zderzeniu z nim straciłam równowagę i upadłam na chodnik.Ku mojemu zdziwieniu owe osoby wpadły z impetem,do małego sklepiku kilka metrów dalej ,chowając się za półkami z makaronem.Jeden z nich był wysokim chłopakiem z ręką w gipsie ,a druga osoba była drobnej budowy ,przypominając dziewczynę.
Wstałam i otrzepałam spodnie podnosząc z ziemi teczkę.Większość jej zawartości wysypała się na chodnik.Kucnęłam próbując pozbierać rysunki spod nóg przechodniów.Nagle obok mnie pojawiło sie dwóch zdyszanych policjantów.
- Nie widziałaś może panienko dwóch łobuzów ?Powinni przebiegać tędy przed chwilą. -mężczyźni opisali wygląd poszukiwanych przed nich osób.Opisy zgadzały się do chłopaków chowających się kilka metrów dalej.
Obejrzałam się na sklep ,lecz po chwili ponownie spojrzałam na policjantów.
Co mam im powiedzieć ? To chyba oni ,ale...
Ku mojemu zdziwieniu policjanci minęli mnie zrezygnowani i pobiegli dalej.Spojrzałam w stronę otwierających się dzrzwi sklepu.Wyszło stamtąd dwóch chłopaków.
Faust ? Richard ?
- A ,więc widzicie.Oblicza się to...-spojrzałam na zegarek odrywając wzrok od nauczycielki.Minęło pół lekcji ,a mój zeszyt miał już zapisane pięć stron wymiaru A4.Jak tak dalej pójdzie to będę musiała ,chyba kupić sobie gruby brulion A3.
Moje przemyślenia rozwiał dźwięk otwieranych drzwi.Do sali wpadła jakaś rudowłosa dziewczyna.
- Dzień dobry ,przepraszam za spóźnienie...
- Siadaj -powiedziała nauczycielka ,niezadowolona ,iż przerwano jej wykład.
Dziewczyna przytaknęła i ku mojemu zdziwieniu usiadła obok mnie.Spojrzałam na ,,rudą '' taksując ją wzrokiem.Była dziwnie ubrana ,tak...trochę wiejsko.I podczas ,gdy ja codziennie rano ,,psikałam '' się wodą toaletową z owoców leśnych ,czuć od niej było siano.
Nim się obejrzałam minęła matematyka ,a tuż po niej i chemia.Wyszłam przed budynek zaczerpnąć świeżego powietrza.
- Hej -powiedziałam podchodząc w stronę ,,rudej ''.
Dziewczyna podniosła wzrok znad książki.
- Cześć -odparła.
- Jestem Nelly...,Nelly Lorentz.A ty ?
Dziewczyna zawahała się lekko ,jednak odpowiedziała :
- Emilie Morozow,
Hmmm....skąd ja znam to nazwisko ?
- Masz może w szkole jakieś rodzeństwo ? -spytałam.
- Nie.Jestem jedynaczką.Coś się stało ? -spytała ,jednakże możliwie iź domyśliła się celu moich dociekań.
- Nie ,wszystko w porządku.Po prostu wydaje mi się ,że już gdzieś słyszałam twoje...
- Hi guys.What 's up ! -nagle koło nas pojawiła się dziewczyna o wściekle czerwonych włosach.
- Cześć. Jesteś nietutejsza ? -zapytała Emilie.
- Tak ,sorry ,jestem z Los Angeles i mam niemałe...Yyy...Problems ?
- Problemy ,jestem Emilie ,ta to Nelly ,a ty ? -zaskoczyło mnie jak szybko poznana przeze mnie dziewczyna potrafi nawiązać znajomość ,jednakże czułam w jej głosie nutę niepewności.
- Jade -przedstawiła się -Nice to meet you.Oj sorry ,miło was poznać ,ah...
- Wiesz...na polskim to sobie poprawisz -doradziła Emilie - ja na przykład jestem z Moskwy.
- Aha ,a gdzie jest sala historyczna ?
- Wiesz ,zaprowadzę cię tam -powiedziałam z uśmiechem - A ty Emilie ? Idziesz z nami ?
Dziewczyna pokręciła przecząco głową tłumacząc ,iż musi załatwić jeszcze parę spraw.Razem z Jade udałyśmy się w stronę sali historycznej.Kiedy tam dotarłyśmy ,uwagę mojej nowej koleżanki przykuł jakiś chłopak.Jade zaczerwieniła się.
- Tamten facet to Andrew ,jest w trzeciej klasie liceum -wyjaśniłam.
- Nelly ,da się przenieść trochę wyżej o klasę ? -zapytała dziewczyna z nadzieją w głosie.
- Nie ,niestety nie...
- Oh...-usłyszałam ciche westchnięcie.
Nastepną lekcją była historia.Omawialiśmy wybuch pierwszej wojny światowej.Słuchałam uważnie każdego słowa nauczycielki ,jednakże była ona bezradna wobec rozkojarzonej i krzyczącej klasy ,toteż trudno było usłyszeć jakiekolwiek zdanie.
Reszta dnia minęła w spokojniejszej atmosferze.Kiedy wybiła godzina 14.30 większość uczniów skończyła już lekcje ,włącznie z moją klasą.Pożegnałam się z Emilie i Jade ,po czym udałam się w stronę przystanka autobusowego.
Niosąc w dłoniach dużą ,czarną teczkę ,wypchanął różnymi rysunkami i dźwigając mały ,również czarny ,plecak z każdym krokiem zbliżałam się do mojego celu ,wmiędzyczasie wypatrując nadjeżdzającego autobusu.W pewnym momencie obok mnie przebiegły dwie osoby.Po zderzeniu z nim straciłam równowagę i upadłam na chodnik.Ku mojemu zdziwieniu owe osoby wpadły z impetem,do małego sklepiku kilka metrów dalej ,chowając się za półkami z makaronem.Jeden z nich był wysokim chłopakiem z ręką w gipsie ,a druga osoba była drobnej budowy ,przypominając dziewczynę.
Wstałam i otrzepałam spodnie podnosząc z ziemi teczkę.Większość jej zawartości wysypała się na chodnik.Kucnęłam próbując pozbierać rysunki spod nóg przechodniów.Nagle obok mnie pojawiło sie dwóch zdyszanych policjantów.
- Nie widziałaś może panienko dwóch łobuzów ?Powinni przebiegać tędy przed chwilą. -mężczyźni opisali wygląd poszukiwanych przed nich osób.Opisy zgadzały się do chłopaków chowających się kilka metrów dalej.
Obejrzałam się na sklep ,lecz po chwili ponownie spojrzałam na policjantów.
Co mam im powiedzieć ? To chyba oni ,ale...
Ku mojemu zdziwieniu policjanci minęli mnie zrezygnowani i pobiegli dalej.Spojrzałam w stronę otwierających się dzrzwi sklepu.Wyszło stamtąd dwóch chłopaków.
Faust ? Richard ?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)